Podróż do przeszłości

Jan Tomkiewicz

Serdecznie dziękuję gospodarzom spotkania z dr. Ignacym Potockim, Małgosi i Wojtkowi Zagórskim.

Artykuł ten stanowi uzupełnienie wcześniejszego opracowania wspomnień wnuka założycieli uzdrowiska które ukazało się w I tomie „Rocznika Rymanowa Zdroju" pod tytułem „Krótka podróż do źródeł Rymanowa Zdroju", Jest on zbiorem luźnych wspomnień dr. Ignacego Potockiego, związanych z jego dzieciństwem, tragicznymi wydarzeniami z okresu II wojny światowej oraz paradoksami początków historii PRL.

Rymanów Zdrój od początków swego istnienia do II wojny światowej zachowywał dobrą kondycję gospodarczą pomimo to, że nękany było pożarami, powodziami oraz nie ominęła go zawierucha I wojny światowej. Rymanów Zdrój miał się dobrze i ciągłe się rozwijał. Mało kto wie, że uzdrowisko utrzymywało się nie tylko z kuracjuszy odwiedzających go w sezonie.
„Rymanów Zdrój był uzdrowiskiem, które mogło przetrwać dzięki swojej wielokierunkowej działalności. Uzdrowisko posiadało las, z którego pozyskiwano 2500 metrów sześciennych na rok (w opracowaniu było 3500 m sześciennych, które zmniejszono o tysiąc na ochronę uzdrowiska). Na Wólce była kopalnia ropy, nad kościołem kamieniołom. Wszystko przynosiło jakieś zyski, największe zaś uzdrowisko. Wtedy, gdy frekwencja kuracjuszy nie dopisywała i uzdrowisko osiągało mniejsze dochody, to deficyt w budżecie pokrywano z tych dodatkowych źródeł".1
Jednak często w rodzinie właścicieli Rymanow-skiego Zdroju panowało przekonanie, że zyski zdrojowego majątku nie są należycie wykorzystywane. Winą za ten stan rzeczy obarczano samą założycielkę kurortu, Annę Potocką.
„Moja babka Anna Potocką po śmierci swego męża Stanisława była uważana przez rodzinę za osobę, która marnotrawi majątek na różne rzeczy, między innymi na założoną przez siebie w rymanowskim dworze szkółkę rzeźbiarską dla uzdolnionych dzieci z okolicznych wiosek. Mieszkała ona w takim malutkim folwarczku na początku Wołtuszowej. Jej niesamowitą pasją życiową było zielarstwo. W okolicy Wołtuszowej po łąkach zbierała lecznicze zioła, a mie-
szkańcy tej wsi niekiedy żartowali, że: Hrabinka sia pasut pid lisom'. Babka utrzymywała dobrosiąsiedzkie stosunki z mieszkańcami całej okolicy. Kiedy zmarła w 1926 roku, to z okolicznych gór na jej pogrzeb zeszły się tłumy ludzi. Ceremonia odbyła się w dwu obrządkach: rzymskokatolickim i grekokatolickirn".2
Nad wspomnianym wołtuszowskim folwarczkiem Anny Potockiej górowała nie istniejąca już dziś drewniana cerkiewka na Wołtuszowej. Jedynym wspomnieniem dr Ignacego Potockiego o wnętrzu wołtusżowskiej cerkwi była ikona św. Mikołaja oraz epizod z nią związany.
„Czasem z ojcem, Janem Potockim, jeździliśmy do cerkwi na Wołtuszową lub do Deszna. Często przypomina mi się zabawna anegdota. Jednego dnia przyjeżdżamy w niedzielę do cerkwi na Wołtuszowej. Jak zwykle po mszy ludzie wychodzą. Na końcu idzie kobieta z maleńkim chłopczykiem. Na jednej ze ścian wymalowany jest taki wspaniały prymityw - św. Mikołaj, Anioł i na końcu diabeł. Kobieta prowadzi tego małego, podnosi go i mówi do niego: 'Pociumaj Boziu w hwizdok', a to był oczywiście diabli ogon".3
We wspomnieniach dr. Ignacego Potockiego pojawił się ciekawy wątek związany z pobytem w Rymanowie Stanisława Wyspiańskiego — pisarza, poety i malarza.
„Stanisław Wyspiański chodził ubrany podobnie jak Słowacki, poza tym przypominam sobie jedno jego zachowanie, które nie było przyjemne dla otoczenia. Mianowicie, przywiązywał butelkę od piwa, w którą nabierał sobie wodę ze źródła, na sznurku i kręcił wkoło siebie, idąc deptakiem, powodując popłoch i oburzenie wśród spacerowiczów. Przypuszczam, że Wyspiański podczas swojego drugiego pobytu w Rymanowie Zdroju, w najtańszym pokoiku w willi Leliwa, namalował na ścianie piękne słoneczniki. W czasie pierwszej wojny światowej w Leliwie został urządzony szpital dla rannych żołnierzy i jak to w szpitalu ściany zostały zamalowane na biało, wraz z nimi słoneczniki, które zostały zupełnie zniszczone".4
II wojna światowa
W miarę spokojne łata egzystencji uzdrowiska przerwała II wojna światowa. Uzdrowisko w momencie wybuchu wojny nie miało żadnych finansowych zaległości, pomimo to, że ostatni sezon nie przyniósł spodziewanych dochodów. Na wieść o zbliżającej się wojnie kuracjusze masowo zaczęli wyjeżdżać z uzdrowiska.
„Zapakowałem żonę i dzieci w dwa chevrolety, ponieważ był rozkaz, że mężczyźni w wieku poborowym mają się usunąć z terenu. Pojechaliśmy na wschód. Minęliśmy dokumentnie zbombardowany Przemyśl i w ciężkich warunkach dojechaliśmy w pobliże Lwowa. Na jakiejś rzece był olbrzymi korek. Niemieckie samoloty ostrzeliwały z powietrza. Popłoch straszny. Uciekające wojsko, ludzie, którzy na wózkach dziecięcych wieźli swój dobytek, skończywszy na tych, którzy nie zdążyli zabrać w pośpiechu z domów niczego. Niemcy postępowali do przodu bardzo szybko, ponieważ zaatakowali od strony Słowacji. Przyjechaliśmy do Lwowa. Tam zgłosiłem się do wojska, gdzie powiedziano mi, że nawet nie ma na wyposażeniu magazynów pasów do mundurów wojskowych i nic tu po mnie. W ten sam sposób odesłano do domu mojego szwagra, który był oficerem rezerwy. Z całą rodziną pojechaliśmy dalej. Dotarliśmy do Podhorzec. Spotkałem tam krewnego, który jechał do Rumunii i namawiał mnie do wspólnej ucieczki. Po naradzie z żoną zadecydowaliśmy, że zostajemy w Polsce. Zatrzymaliśmy się u moich krewnych w pięknym pałacu, z przełomu XVI i XVI! wieku. W środku były salony, a w jednym z nich rozbity namiot turecki, pod którym dostaliśmy lokum na odpoczynek. Cały pałac wypełniony był uciekinierami. Wieczorem przyjechał dyrektor zakładów azotowych z Tarnowa, który w wielkiej skrzyni wywoził przed Niemcami ruszt platynowy używany w zakładzie jako katalizator. Dyrektor z Tarnowa miał w samochodzie rzecz, która była wtedy rzadkością - radio. Dzięki niemu dowiedzieliśmy się z rosyjskiej rozgłośni o mobilizacji Rosjan. Nie wiedzieliśmy, że został podpisany pakt Ribbentrop -Mołotow. Komunikat ten kończył się wierszem czytanym łamaną polszczyzną: 'Pójdziem suszyć z karabinem polskie pińskie błota'. Dalej pojechaliśmy do Nowomalina, do mego kuzyna. Tam doszło do zbrojnych potyczek polsko - ukraińskich. Polska straż graniczna zastrzeliła kilku sabotażystów ukraińskich.
Polscy żołnierze zamknęli się w swojej strażnicy niedaleko Ostroga w pobliżu granicy rosyjskiej, my zaś byliśmy zdani wyłącznie na samych siebie. W nocy razem z innymi, z bronią w ręku pilnowaliśmy zameczku, w którym zatrzymaliśmy się. W patrolu towarzyszył mi miejscowy gajowy, który brał udział w wojnie polsko - rosyjskiej w dwudziestym roku. Za jakieś dwa dni przyszli Rosjanie. Wkroczyli gdzieś około południa. Najpierw przeleciały samoloty, oddając kilka salw. Później wjechał sprzęt ciężki, czołgi i samochody pancerne. Smród od oleju napędowego był nieprawdopodobny. Wojsko było nędzne, ale zachowywało się poprawnie. Nie rabowało, nie kradło. Żołnierzom groziła sroga kara w razie niepodporządkowania się regulaminowi. Wieczorem przyszli do naszego zameczku i przypatrywali się nam z zaciekawieniem. Rano odwiedzili nas ludzie z NKWD i straż graniczna. Zabrali mojego kuzyna - pana domu, który do dnia dzisiejszego nie wrócił i nie wiadomo, co się z nim stało. Z żołnierzami był komisarz komunistyczny, który prowadził tajną komórkę w Ostrogu, był tam handlarzem zwierząt przez dwadzieścia parę lat. Zbadał nasze dowody osobiste. Byliśmy ze strefy zajętej przez Niemców. Powiedział, że jesteśmy uciekinierami, a tacy ich nie interesują. Miejscowych właścicieli ziemskich traktowano jak zbrodniarzy.
Na nasze nieszczęście pojawiły się ulotki: 'za użycie prywatnego samochodu — kara śmierci'. Było nas trzech, którzy mieli samochody. Oprócz mnie dysponowali nimi jeszcze inżynierowie z Warszawy. Wpadłem na pomysł, że skoro nie można samochodem, to spróbujemy końmi. Poszedłem do stajni dworskiej i tam od mojej kuzynki kupiłem parę koni. Nagle zajeżdża straż graniczna i starszyna pyta: 'który to ma broń?', a mój znajomy Polak gajowy, z którym patrolowaliśmy dwa dni wcześniej okolice zameczku, pokazuje na mnie. Żołnierze sowieccy ciągną mnie pod ścianę. Mówię, że nie mam broni (godzinę wcześniej podarowałem mojego mauzera jednemu z inżynierów z Warszawy, który uciekał do Rumunii). Jak znalazłem się pod murem, to ten drugi inżynier zaczął uciekać. Wycelowali karabin maszynowy w niego i zaczęli strzelać, on wpadł w zarośla i za chwilę usłyszeliśmy, jak odjeżdża swoim Fiatem 1500. Później dowiedziałem się, że się uratował. Mnie trzymają pod tą ścianą, przybiega moja żona i krzyczy: 'jak ginąć, to razem'. Wtedy nadjeżdża chevrollet z komisarzem z Ostroga, który wydaje polecenie: 'puścić ich, to są bieżeńcy'. Takim sposobem uratowaliśmy się. Później wyjechaliśmy. Moja żona z dziećmi pojechała przodem samochodem, nie bacząc na grożącą karę śmierci, doszliśmy do wniosku, że jak zobaczą kobietę z dziećmi, to nic jej nie zrobią. Ja kupionymi końmi jechałem za nimi. Dojechaliśmy do Ostroga, gdzie spotkaliśmy nauczycielkę z Klimkówki, która mieszkała tuż koło ratusza. Miasteczko było parterowe, typowo kresowe. Kiedy wypakowywaliśmy bagaże, chłopiec stajenny
(?)podczas eksperymentów. Świetny lekarz. Sto osób z dalszej i bliższej rodziny mu wymordowano, a on wraca do Krynicy. Urząd Bezpieczeństwa zrobił go szefem sanatorium Ministerstwa Spraw Wewnętrznych w Krynicy, czyli ma do niego zaufanie. On tą jedną ręką dalej pracuje, ale niestety grozi mu bezwład i tej zdrowej jedynej ręki. Wtedy, nawet pod kościół nie pójdzie prosić o pomoc, bo nie jest katolikiem'. Personalny zaczerwieniał i powiedział: Tan jest porządny człowiek. Włos panu z głowy nie spadnie, ale w Krynicy już się pan więcej nie pokaże'. Wiedziałem o tym, że los tego człowieka nie będzie mu obojętny. Wtedy przenieśli mnie z dyrektora naczelnego Uzdrowisk Karpackich na. stanowisko pomocnika kreślarza w Warszawie w biurze projektów. Jakiś czas później zaproponowano, abym pojechał do Szczawna Zdroju i tam założył instytut balneotechniki na bazie bardzo znanego laboratorium chemicznego, które obsługiwało wschodnią część Rzeszy. W Szczawnie pozostał znany wcześniej chemik dr Wa-
gner. Był profesorem, ale za karę, że poskarżył się, że Hitler—Jugend robi hałasy w środowisku, odebrano mu tytuł profesora. Człowiek ten był studnią wiedzy z zakresu balneotechniki. To, co on wiedział, to była szkoła nowoczesnej balneotechniki. W Polsce dużo umieliśmy, ale Niemcy znacznie nas przewyższali pod względem wiedzy z tego zakresu. Profesor Wagner robił wszystkie poważne analizy wód mineralnych w Niemczech.
Dobieraliśmy do naszej ekipy fachowców, np. dr Jarocką, świetnego chemika. W naszym instytucie działało około 10 12 osób. Ja stworzyłem tam tzw. grupę operacyjną. Mieliśmy samochód terenowy z wielką przyczepą, na to ładowaliśmy motopompę i wszystkie urządzenia do badania źródeł. Jeździliśmy do różnych awarii źródlanych oraz prowadziliśmy badania źródeł. Uzdrowiska wtedy nie dysponowały żadnym sprzętem - wszystko było rozkradzione.
I tak dotarłem z Wagnerem tutaj, do Rymanowa Zdroju. Pamiętam, jak niemiecki profesor odkrył w willi 'Pod Gołąbkiem' kuchenny kredens. Tam zrobił sobie laboratorium. Objechaliśmy wtedy całą okolicę, gdzie się tylko dało. Nawet dotarliśmy do źródła Królowej Bony w Jurowcach koło Sanoka.
W późniejszych latach do moich poprzednich studiów dorobiłem sobie hydrobiologię na AGH, po latach doktoryzowałem się. Minister Osóbka Morawski przeniósł mnie do Warszawy na stanowisko głównego geologa resortu Zdrowia i Opieki Społecznej. Miałem nadzór nad wszystkimi źródłami. W każdym uzdrowisku utworzyłem stanowisko referenta do spraw źródeł i złóż, na którym zatrudniano osobę, która potrafiła przeprowadzić proste analizy wód mineralnych dla celów profilaktycznych. Najpierw pracownik ten codziennie spisywał wyniki swoich analiz: wydajność źródła, analiza wody, pogoda, ciśnienie barometryczne, opady, itd. To wszystko było przesyłane do Warszawy raz na miesiąc. Dane z 24 uzdrowisk analizowałem z moimi podwładnymi. Jak tylko jakieś źródło 'zachorowało', to wysyłaliśmy tam ekipę fachowców, by je ratować.
Raz przeżyłem zabawną rzecz. Przyjeżdżamy naszą ekipą do Kołobrzegu. Miasto jest w ruinie. Wchodzę na pierwsze piętro zbombardowanych łazienek, patrzę, a tam leżą zasuszone zwłoki oficera niemieckiego z pistoletem, ówczesny dyrektor uzdrowiska mówi, że do głównego źródła mnie nie dopuści, ponieważ Niemcy wrzucili tam pociski i je zaminowali. Naszym szoferem był typowy warszawski cwaniak, czołgista. Razem z nim wynieśliśmy ze źródła około dwudziestu nie do końca znanych przez nas obiektów i wyczyściliśmy źródła. Wtedy przyszedł milicjant i zrobił nam dziką awanturę, że tylko wojsko może zajmować się takimi rzeczami. Źródło nazwaliśmy Wincenty Kadłubek.
Kiedy osiągnąłem już wiek emerytalny, prof. Goszczewski przysłał do mnie do biura na Drugiej mojego szefa, który oznajmił mi, żebym w żadnym wypadku nie myślał o przejściu na emeryturę, że mogę tak długo pracować na stanowisku, jak mi się tylko podoba. Poza tym byłem przedstawicielem Polski w międzynarodowym komitecie do spraw uzdrowisk. W międzyczasie po kontroli NIK zdymisjonowali przychylnego mi ministra. Mój szef wezwał mnie do siebie i mówi mi, że NIK stwierdził, że jestem już rok po czasie emerytalnym i powinienem napisać rezygnację. Polecenie wykonałem bezwłocznie i dostałem trzymiesięczne wypowiedzenie. Dwa tygodnie później przyszedł mój szef i przepraszając mnie stwierdził, że muszę odejść natychmiast. Odprawili mnie z szalonymi uprzejmościami jak swojego najbliższego towarzysza partyjnego. W sali konferencyjnej żegnali mnie wielcy dygnitarze. Przemowy, toasty. Na końcu zabrałem głos. Powiedziałem, że dziękuję serdecznie za spotkanie. Dziękuję mojej „dyrekcji, która przez 27 lat broniła mnie od wylania z pracy, ponieważ jedni chcieli mnie wylać, inni zaś od tego chronili. Powiedziałem też wtedy, że nie czułem się obco w tym budynku, ponieważ tutaj Konstytucją 3 Maja opracowywał przedstawiciel mojej rodziny, Ignacy Potocki. Obecni bardzo się zdziwili, więc wyjaśniłem, że konstytucję opracowywano tu, u przyjaciela, ponieważ w pałacu Lubomirskich ruch "był za duży. Potocki pracował z adwokatami - Francuzami i Włochami. Później ją referował jako Wicemarszałek Sejmu.""

Przypisy

1. Dr T. Potocki, Wspomnienia — na podstawie wywiadu z grudnia 1993 r.
2. Tamże.
3. Tamże.
4. Tamże.
5. Tamże.
6. Tamże.





Icon Return to Lemkos Home Page

Document Information

Document URL: http://lemko.org/polish/sprz/07.html


E-mail: walter@lemko.org

Copyright © LVProductions, Ltd.

Originally Composed: April 25th, 2003
Date last modified: