| ZYNDRANOWA
Trzydziestolecie muzeum łemkowskiego
Dom nad Sołotwyną
"Chcę żyć i umrzeć tu, gdzie mój ojciec i matka". Taką sentencję,
obok wezwania Łemków do zgody, umieścił na najstarszej chacie
skansenu w Zyndranowej jego założyciel, właściciel i kustosz Fedor
Gocz. FOT. ANDRZEJ KACZYŃSKI
ANDRZEJ KACZYŃSKI
- Przyjeżdżali muzealnicy i wybrzydzali: wszystko było nie tak,
eksponaty nie takie, po amatorsku zestawione i wystawione, lamus nie
muzeum - opowiada Teodor Gocz, założyciel i kustosz skansenu kultury
Łemków w Zyndranowej. - Tak, pytałem, a gdzieżeś ty, bracie, był,
kiedy tu niszczały i paliły się cerkwie, rabowano kapliczki, kiedy
rozpadały się nasze chyże, a cmentarze wrastały w ziemię?
Było 180 "dymów", jest 80 "numerów"
Przed wojną w Zyndranowej było 180 dymów, czyli gospodarstw
rodzinnych; tysiąc mieszkańców. Sześć rodzin żydowskich, trzy
cygańskie, reszta Łemkowie. Teraz jest osiemdziesiąt "numerów",
jedna trzecia Łemków, dwie rodziny cygańskie, pozostali to Polacy.
Jedyny ocalały zyndranowski Żyd, Samuel Oliner, odwiedził rodzinne
strony cztery lata temu. Przeżył wojnę pod opieką Łemkini Balwiny
Piecuch w Pieśniku koło Gorlic. Gocz przeczytał w czasopiśmie
wspomnienia profesora socjologii z Kalifornii, który pisał:
"urodziłem się w Zyndranowej na południe od Dukli". Przypomniał go
sobie z dzieciństwa, nawiązał z nim kontakt, w końcu zaprosił na
otwarcie izby pamiątek żydowskich, którą urządził w opuszczonej
chacie Zelmana, stryja Olinera.
Spotykam u Gocza dwoje starszych Żydów z Nowego Jorku. Szymon
urodził się w Dukli, jego żona Renee w Ameryce, ale jej rodzice
wyemigrowali z Birczy koło Przemyśla. Szymon Jarmosz przyjechał
pomodlić się na grobie dwóch braci rozstrzelanych 56 lat temu w
lesie koło Tylawy. Anonimową mogiłę zapamiętał i zaopiekował się nią
Łemek Jan Holuta. Jerzy Jastrzębowski, który odnalazł i przywiózł do
Polski Szymona, opisał jego historię w "Plusie - Minusie" z 26 - 28
czerwca br. Opowiedział, że nad mogiłą braci towarzyszyło Szymonowi
dziesięciu Żydów, akurat tylu trzeba do odmówienia kadiszu, i
garstka Łemków, Polacy nie przyszli. Jarmoszowie mieli przed wojną
sklep żelazny na rynku w Dukli. Teściowa Gocza naraz odzywa się: a
ja pamiętam ten sklep... Jako dziecko chodziła czasem ze Smereczna
na zakupy do miasteczka. Szymon zerwał się, jakby coś w nim
eksplodowało, porwał panią Marię w ramiona. Szukał odpowiednich
słów, jakimi mógłby przemówić do kogoś, kto widział, musiał widzieć
jego rodziców, skoro widział sklep żelazny, a przecież ktoś z
rodziców zawsze siedział w sklepie. - Smereczne - powtórzył,
smakując odkrytą w zakamarkach pamięci nazwę - Dukla, mama, tata,
Smereczne, Maria - jakby odnalazł niewidzialną, ale rozpiętą
pomiędzy obiema miejscowościami linię życia. Nie ma już Żydów w
Dukli, Szymon więc gotów byłby pojechać do Smereczna. Ale nie ma już
także Smereczna. Jest tylko punktem na mapie.
Zjeżdżają się do skansenu w Zyndranowej malarze i rzeźbiarze na
doroczny plener. Iwan (- a właściwie Wanio - poprawia się) ze Lwowa
był tu już rok temu, teraz przywiózł syna. - Ze Lwowa to ja jestem
teraz - mówi (mieszka we Lwowie z 50 lat) - ale naprawdę to pochodzę
z Żydowskiego... Piękne miejsce na wieś, potok w dolinie, wijąca się
ponad nią droga, kopiaste wzgórza z liściastym lasem. Nie zdołały
widoku zniszczyć nawet żelbetonowe stajnie "hokejki", wraki po
igloopolowskiej fermie owiec (od kształtu słupów, przypominających
kije hokejowe). Żydowskie jest zaznaczone na mapie, ale wsi już nie
ma. Wanio wie o tym, Fecio Gocz zawiózł go tam zeszłego roku.
Uśmiecha się smutno: - Żydowskie jest tutaj - dotyka czoła - i na
moich obrazach. Synowi zamiast rodzinnego Żydowskiego pokazuje
gospodarstwo muzealne Teodora Gocza w Zyndranowej. Samuel, Szymon,
Wanio, Petro w Zyndranowej mają zastępczy dom. Sczezły setki
łemkowskich wsi. Nie ma sąsiedniego Lipowca, nie ma Czeremchy.
Doliną płynie nie, jak dawniej, Sołotwyna, tylko Panna.
Gocz ma trojakie imię
W dowodzie osobistym - Teodor. W metryce chrztu - Fedor. Dla
bliskich i przyjaciół jest Fecio. Brzmi jak poufałe zdrobnienie, ale
jest to po prostu łemkowska forma imienia. Tak samo Jan - Iwan -
Wanio. W pewnej górskiej wiosce widziałem, jak kłócili się dwaj
mężczyźni, aż piwo bryzgało. Jeden był za "Waniem", drugi obstawał
przy "Iwanie". Nie wiedziałem, że jestem świadkiem sporu dwóch opcji
genealogicznych Łemków. Pierwszy reprezentował formację
"autonomiczną" lub "starorusińską", która dawniej przybierała też
polityczną postać "rusofilską". Drugi -opcję "proukraińską".
Łemkowie chętnie i ze znawstwem rozprawiają o swoim języku. Syn
Wania z Żydowskiego i dwaj plastycy z Chusta na Zakarpaciu
zakrzątnęli się i, raz dwa, sprawnie ułożyli drwa i zapalili
łemkowską watrę. Dwaj z Chusta, dwaj ze Lwowa i Fecio z Zyndranowej
spotkali się pierwszy raz w takim składzie - i na dobry początek
znajomości porównali słownictwo. Opuściłem ich na tym, że
etnografowie breszą, gdy wmawiają Łemkom pochodzenie od wołoskich
pasterzy, skoro w języku nie ma zbyt wielu śladów wołoskich wpływów.
- Piszą o nas jak o Mohikanach - żartował Gocz. W "Zahorodzie"
(czyli "Zagrodzie"), czasopiśmie rady i przyjaciół skansenu w
Zyndranowej, znalazłem dobroduszne przekomarzanie z ukraińskim
"Naszym Słowem", które na poświęconej Łemkom stronie uparcie
"poprawia" polonizmy i rusycyzmy w łemkowskiej mowie.
Są trzy wielkie doroczne łemkowskie imprezy kulturalne. W
Michałowie w legnickiem "Watrę" organizuje autonomiczne
Stowarzyszenie Łemków. Na "Watrze" w Żdyni koło Gorlic dominuje
ukraińskie Zjednoczenie Łemków. W Zyndranowej święto łemkowskiej
kultury nazywa się "Od Rusala do Jana". Gocz wzbrania się przed
przypisywaniem do jednego lub drugiego nurtu. Tamtemu "narodowemu"
podziałowi z grubsza odpowiada podział wyznaniowy. "Autonomiści" są
raczej wyznania prawosławnego, grekokatolicy na ogół wybierają
"proukraińskość". Ale i to nie jest ostre kryterium. Fedor Gocz był
ochrzczony w obrządku unickim, ale uczęszcza do cerkwi prawosławnej,
którą zresztą w sześć rodzin zbudowali w Zyndranowej i ofiarowali w
intencji zarówno 1000-lecia chrztu Rusi Kijowskiej, jak i 1100-lecia
misji Cyryla i Metodego.
Fecio Gocz wykreował sceniczną postać ludowego mędrka "Kuma
Hnata", który chętnie komentuje w przyśpiewkach aktualne wydarzenia.
Był starostą na pierwszej "Watrze" w rodzinnych łemkowskich górach
(wtedy jeszcze "Watra" nie odbywała się w Żdyni) i pierwszym
przewodniczącym Zjednoczenia Łemków. Przyznaje wprawdzie, że odsunął
się od jednego i drugiego, ale wbrew powołaniu "Kuma Hnata" nie chce
rozwodzić się nad podziałami. - Skrajności są niedobre - mówi tylko.
- Kiedyś moskalofilstwo było szkodliwe, dziś ukrainofilstwo, jeśli
jest zbyt zaborcze, też może szkodzić.
Na ścianie głównej chyży w skansenie Fecio Gocz umieścił apel do
Łemków o jedność. Domy i sprzęty są ideowo obojętne. W skansenie
jest dość dowodów na to, że w przeszłości Łemkowie mieli dość
zewnętrznych przeciwników i wrogów, żeby mieli walczyć jeszcze
między sobą. Stoi na przykład pomniczek ofiar Talerhofu. Podczas I
wojny światowej w austriackim miasteczku Talerhof koło Grazu istniał
obóz - jedni mówią internowania, drudzy posługują się późniejszym
terminem: koncentracyjny - w którym uwięziono dwa tysiące elity
Łemków uznanych (skutek nurtu rusofilskiego) za wrogów dobrodusznego
Franciszka Józefa. Stoi przetrącony (dlaczego, o tym później)
pomniczek żołnierzy armii radzieckiej, słowackiej i polskiej,
poległych w Karpatach, a zwłaszcza w operacji na Przełęczy
Dukielskiej. W ubiegłym roku rzeźbiarze wykonali podczas pleneru
upamiętnienie więźniów obozu w Jaworznie. Skansen w całości jest
przecież wspomnieniem tragedii przesiedleń, których zresztą było
więcej niż tylko najczęściej wspominana akcja "Wisła". Na początku
wojny Niemcy wymienili pewną liczbę Łemków za kolonistów niemieckich
ewakuowanych z ZSRR. Wywozili do Rzeszy robotników przymusowych. W
jesieni 1944 roku wyjechała na Ukrainę pierwsza grupa "dobrowolców".
Podczas bitwy dukielskiej dowództwo 38. armii łatało Łemkami ubytki
mięsa armatniego. Polskich obywateli, nieświadomych, że to
bezprawie, wcielano pod przymusem do wojska radzieckiego, " bo i tak
są przeznaczeni do przesiedlenia". Co zresztą w niedługim czasie
nastąpiło.
Wysiedlenia uniknęły dwie rodziny
Akcja "W" spadła na zrujnowaną i wyludnioną wieś, w której
pozostało trzydzieści rodzin. Wysiedlenia uniknęły dwie, którym
ksiądz wydał rzymskokatolickie metryki, jedna Łemkini, która wyszła
za Polaka, jeden po obozie w Dachau i dwóch staruszków. Fedor
Kukieła, przyrodni pradziadek Gocza, prosił żołnierzy, żeby go
zostawili albo zastrzelili, bo chce umrzeć tam, gdzie przeżył
osiemdziesiąt pięć lat. Ocalał, został, i jeszcze doczekał powrotu
prawnuka. Fecio Gocz razem z matką i bratem pojechał w
Zielonogórskie. Namówił matkę i brata, żeby wyemigrowali do ojca,
który od 1930 roku mieszkał w Kanadzie. Jako podejrzany o
"sprzyjanie banderowcom" (- UPA nie widziałem na oczy, a nawet o
niej nic nie słyszałem - mówi Gocz) i syn ukraińskiego emigranta
politycznego (ojciec w Kanadzie wstąpił do partii komunistycznej)
został w 1952 roku wcielony do batalionów górniczych. Gdy miał w
1954 roku - co prawda bez awansu, ale z pochwałami za dobrą służbę -
odchodzić z wojska, zapytał oficera, czy w Polsce wszyscy mają równe
prawa i czy zatem może wrócić tam, skąd pochodzi i gdzie ma jedynego
krewnego, pradziadka. W 1954 roku wrócił do Zyndranowej i to z
mocnym, wojskowym, zezwoleniem. W następnym roku zmarł Fedor
Kukieła, zapisując prawnukowi gospodarstwo (do dziś Gocz nie
odzyskał części spadku). Kiedy zbudował nowy dom, w 1968 roku za
radą przyjaciół - m.in. Michała Dońskiego, z którym potem rozeszli
się ideowo, i Pawła Stefanowskiego, który po skończeniu etnografii
przeniósł swoje zbiory z Zyndranowej do Nowego Sącza - Fecio
postanowił w starych budynkach gromadzić łemkowskie pamiątki.
Przed Goczem do Zyndranowej wróciły z wygnania dwie łemkowskie
rodziny oraz dwie cygańskie, ściągnięte przez rolniczą spółdzielnię
produkcyjną "Solidarność". Według doktryny w socjalistycznym
kolektywie powinien być zespół folklorystyczny. Poza Łemkami i
Cyganami pozostali mieszkańcy Zyndranowej przybyli każdy skądinąd i
nie mieli wspólnej ludowej tradycji. Fedor Gocz, który zdobył w
wojsku estradowe doświadczenie, zaproponował, żeby wystawić
"Łemkowskie wesele". Zimą 1955 roku Zyndranowa była chyba jedynym
miejscem w całej Polsce, gdzie można było legalnie oddawać się
łemkowskim pieśniom i tańcom. Nieco później podobny zespół powstał w
zagubionej w górach Komańczy, w której najwięcej Łemków uniknęło
wywózki. W roku 1957 Gomułka zgodził się na powrót pewnej liczby
wywiezionych w rodzinne strony. Do Zyndranowej wróciło osiem rodzin.
Jechało jeszcze sześć, dotarły już prawie do domu, ale z Krosna
zostały zawrócone do Świebodzina. Jakoby zaprotestowali polscy
osadnicy. Taka sama historia zdarzyła się ludziom z Krępnej, którzy
zostali zawróceni z Jasła. - Druga akcja "Wisła" - mówi Gocz. Jego
stryj, Stefan, odkupił gospodarstwo od osadników. Ale po roku 1957
zespoły łemkowskie powstawały prawie w każdej wiosce w górach. Paweł
Stefanowski kierował grupami w Wysowej, Łosiu, Komańczy i Turyńsku.
Wanio Kosarowski w Grabie. Dwoili się i troili, ciągle w drodze z
próby na koncert i na próbę, Jarosław Polański i Jarosław
Trochanowski. Nawiązały się kontakty z Łemkami, którzy pozostawali w
diasporze, ale odwiedzali rodzinne strony. Wielu z nich nie miało
już gdzie się zatrzymać. Zahorody - a jest w tym słowie znacznie
więcej historycznej i sentymentalnej treści niż w polskim
odpowiedniku zagrody - Kukieły i Gocza były dla nich zastępczym
domem.
Trzy napisy, po polsku, rosyjsku i słowacku
Przez prawie trzydzieści lat Fedor Gocz sumptem własnym i
przyjaciół rozbudowywał i utrzymywał skansen, aż w końcu koszty
przerosły ich możliwości. Trzy lata temu dziennikarz i historyk
Artur Bata - którego książce "Bieszczady w ogniu" zarzuca się,
prawie na równi z Jana Gerharda "Łunami w Bieszczadach", że
podsyciła stereotypowe wyobrażenie o Ukraińcach jako "rezunach" i
fałszywe uzasadnienie dla zastosowanych wobec nich zbiorowych
represji - został dyrektorem muzeum okręgowego w Krośnie. I to
właśnie on jednym z pierwszych swych posunięć wybawił zyndranowski
skansen z kłopotu - ustanowił go oddziałem muzeum okręgowego i wziął
na utrzymanie. Gocz mógł spokojny o jego przyszłość zorganizować
jubileusz trzydziestolecia Muzeum Kultury Łemkowskiej. A Bata zaraz
po jubileuszu został odwołany ze stanowiska.
W 1976 roku mało brakowało, by łemkowski skansen dosłownie
zniknął z powierzchni ziemi. Teodor Gocz wystawił pomniczek. Dziś
mówi się nielegalne upamiętnienie. Nie miał formalnego zezwolenia,
ale wymowa powinna być władzom miła. Trzy napisy, po polsku,
rosyjsku i słowacku, oddające hołd poległym w wojnie w Karpatach,
zwłaszcza na Przełęczy Dukielskiej, bohaterom trzech - jak mówiono -
bratnich armii, czerwona gwiazda na wierzchołku. Jakoby nie do
przyjęcia okazał się podpis, mówiący, że pomnik wystawili Łemkowie.
Władze nakazały go rozebrać, Gocz odmówił. Poleciły WOP-owi wysadzić
pomnik w powietrze. Wopiści wykręcili się, że nie są saperami.
Wezwano saperów z Dębicy. Trotylem wysadzili pomnik, a wraz z nim
kości czterech żołnierzy radzieckich, które Gocz złożył tam, żeby
się nie poniewierały w lesie. Nigdy nie zdołał pojąć zajadłości
władz młodego krośnieńskiego województwa. Ktoś mu mówił, że miał
wówczas zniknąć nie tylko pomnik, ale i spłonąć - niby przypadkiem,
"przy okazji" - łemkowski skansen.
|