Subject: Krynica-RYMANÓW ZDRÓJ: Dzien 1
From: DACH@KGF.AR.WROC.PL (Wojciech Dach)
Date: 1997/02/18
Newsgroups: pl.rec.travel

Czešc',
Ja robilem w zeszlym roku [trase] -- od Krynicy do Rymanowa Zdroju. Opisze swoje wrazenia. Natchnelo mnie i wyszla z tego opowiešc w odcinkach jednodniowych. Zapraszam do lektury.
Start=======>
W zasadzie cały czas szlišmy czerwonym szlakiem.
Dzien 1 =======>
5.10 w Krynicy, z Wrocławia z przesiadką w pośpiech "Bieszczady" w Gliwicach. O 6.00 wraz z pierwszymi kuracjuszami wdepneliśmy do pijalni wód mineralnych, gdzie ogrzaliśmy sie przy podgrzewanej mieszance "Zubera" z "Janem". Prima sort, zwłaszcza po nocnej podrózy. 1,5 litra tejże mieszanki zabraliśmy na drogę.
Czerwonym szlakiem przez Huzary zeszliśmy do Mochnaczki Niżnej,
uwazajac na to, aby sie nie poślizgnąć na blotku, poniewaz deszcz
i mżawka (na zmiane) uwilotnily grunt. Drogi tak obłocone, ze bez
gumofilcow nie wejdziesz. Musielismy wędrowac bokiem, pastwiskiem,
śledzeni przez obojetne spojrzenia krów. W Mochnaczce po drzewie,
słuzacym za klądkę, przeszlismy na druga strone potoku (pamietam
to miejsce sprzed 7 lat, wtedy też przejscia bronil byk i dwie
kozy!) i wyszlismy wprost na sklepik, glównie z uzywkami i prasa.
Mlody Lemko zapytal sie nas skad jestesmy i zapytany czy duzo ludzi
chodzi w tym roku stwierdzil, ze troche chodzi, i nawet wczoraj
nocowali tutaj jakies sk...syny z Gdanska. Podobno nocowac mozna
u ludzi za tanie pieniadze, ale nie próbowalismy. Nastawialismy
sie na PTSM-y.
Z Mochnaczki przez grzbiet (piekny kawalek szlaku!) zeszlismy do Banicy,
gdzie dopadla nas potezna burza z piorunami. Przeczekalismy ulewe pod
najblizszym daszkiem. Zaraz po minely nas dwie, pozniej okazalo sie bardzo
mile, panie ze Szczecina, odbywajace swoja coroczna wedrowke wzdluz gor
polskich. Od Banicy, pokonujac kolejny grzbiet, spadlismy do potoku,
którego przekraczanie zakonczylo sie gruntownym myciem butów, a potem
znow kolejny grzbiecik i wyszlismy na polane nad Ropkami. Tutaj, troche
zmeczeni, delektowalismy sie widokiem, m.in. Koziego Zebra i Cergowej. Z
Ropek, zostawiajac z boku zabudowania remontowanego starego schroniska
(chyba kiedys harcerzy, dzis -- widac po chalupie -- prywatna), bloki PGR-
u i gierkowska ferme bydla dotarlismy do Hanczowej, gdzie zatrzymalismy sie
na nocleg w Szkole Podstawowej, wczesniej PTSM-ie. Placówke ta prowadzi
byly kierownik PTSM-u i dyrektor szkoly w jednej sobie, bardzo sympatyczny
i ufny mlody czlowiek. Placi sie w zasadzie jemu. Za dwie osoby
zaplacilismy wtedy 8 zl za noc. Warunki PTSM-owskie. Ciepla woda (bojler),
kuchnia do dyspozycji, spanie na materacach w klasach. Gites! Podobno w
tym roku szkola-schronisko ma funkcjonowac na podobnych zasadach. Szkola
sasiaduje z piekna cerkwia unicka. Jesli komus nie odpowiada Hanczowa, to
srednio co 2 godziny jezdzi autobus w strone Gorlic, a w Usciu Gorlickim
jest nastepny PTSM, bardzo chwalony przez Szczecinianki, ktore --
przypominam -- mijaly nas po drodze i pojechaly tam. Z reszta jeszcze do
nich wroce. W szkole zalozyly sobie kwatere wypadowa na okolice trzy grupki
lazikow. Wymieniajac wrazenia dotrwalismy do kolacji, a po niej tak nas
zmoglo, ze musielismy sie polozyc. Snów nie pamietalem.
. * .
Atrakcje pozaprzyrodnicze na trasie 1 dnia:
- piwo: w Krynicy, Mochnaczce Niznej i Hanczowej (kilka placowek).
Zbaczajac nieco z trasy mozliwe tez w Banicy i Izbach.
- Bazy namiotowe zorganizowane i campingi: zapewne w Krynicy, poza tym
nie natrafilismy. Zawsze tez mozna "na dziko".
W autobus i pojechalismy do Wysowej. Kozie Zebro wolelismy zdobywac
z lagodniejszej strony. W Wysowej byl odpust. Kupilismy sobie
farbowanych cukierkow i testowalismy smak tamtejszych wód mineralnych.
Polecam "Aleksandre". Strasznie zmineralizowana i bombowo gazowana!
Smak zgnilo-jajeczko-podobny, orzezwiajaca. Nabralismy znów 1,5 litra i po
godzinie z wody zaczelo sie robic blotko (zjawisko osadu jest normalne
jezeli woda jest tak zmineralizowana jak "Aleksandra"). Szukalismy takze
domu ZDRÓJowego, przechodzac obok niego kilka razy. Przyzwyczajeni do domów
ZDRÓJowych Kudowy, Dusznik, Polanicy czy chocby sasiedniej Krynicy nie
spodziewalismy sie, ze wysowski wyglada tak niepozornie. W srodku
kawiarnia.
Zaczal sie wilgotny upalek, a przed nami Kozie Zebro szlakiem zielonym.
Spoceni jak myszy wdrapalismy sie na szczyt. Po drodze, pod i na szczycie
slady okopów z I wojny swiatowej. Jak na tyle lat bardzo dobrze widoczne.
Maly odpoczynek. Na szczycie duzy ruch, co nas troche zdziwilo, ale w
Wysowej bylo dosc duzo ludzi. No, ale byla to takze niedziela, moze stad
taki ruch.
Bez wiekszych (stromo i slisko) szkód udalo nam sie zejsc do Regetowa
Wyznego. Wrócilismy na czerwony szlak. Nie udalo nam sie jednak odszukac
cmentarza z I wojny w Regetowie. Dochodzac do drogi zauwazylismy
szlak wyznakowany jak sciezka dydaktyczna, nie zaznaczony na mapach.
Potem okazalo sie, ze mozna bylo nim wejsc na Rotunde (jeden z wiekszych
cmentarzy wojennych). Z drugiej strony szczytu sciezka ta laczy sie
ponownie z czerwonym szlakiem i sprowadza do Zdyni. My szlismy czerwonym
przez Regetow, gubiac szlak (znow w tym samym co 7 lat temu miejscu, w
poblizu potoku). Juz myslalem, ze taka ze mnie sierota, ale zobaczywszy
inna grupke poszukujaca szlaku podbudowalem sie. Nie tylko my mielismy
trudnosci w tym miejscu. Nawiasem mówiac byla to ciekawa grupka spod Lomzy.
Szlismy dalej razem przez prawie dwa dni. Oswieceni zostalismy przez
napotkanych turystow idacych w druga strone.
Znów deszcz. Kolejne podejscie na Popowe Wierchy w jego strugach. Pioruny.
Nastroj prawie jak z Conan Doyle'a. Deszcz, stary bukowy las o wymyslnych
ksztaltach, atmosfera niepewnosci i troszeczke grozy. Schodzac do
Jasionki/Krzywej deszcz ustal i przejasnilo sie. Na drodze natknelismy sie
na sympatycznego, starszego pasterza z kilkoma owcami. Opowiadal nam
historie widocznej przy drodze dziury, z ktorej wykopano niedawno szczatki
zolnierza. Tyle zrozumielismy, bo pasterz mowil bardzo niewyraznie,
zapewne dlatego, ze nie mial wiekszosci zebów.
Wyszlismy na asfalt, co po calym dniu wedrowki dokumentnie nas dobilo.
Wlekac sie noga za noga zlustrowalismy cerkiewke w Krzywej, odpoczelismy
kolo pominka lotników, ktorych samolot rozbil sie tam w 1944 roku i juz
prawie po ciemku stanelismy przed drzwiami schroniska w Banicy (drugiej
juz na naszej trasie). Schronisko jest obecnie prywatne. 7 lat temu
prowadzil je jeszcze "Almatur" z Lublina. Full ludzi. Nie ma sie gdzie
polozyc. Zapytalismy czy tu tak zawsze, okazalo sie, ze nie i tylko
ostatnie dwa dni byly tak mocno oblozone. Zostalismy postawieni przed
alternatywa -- albo spimy na korytarzu, co z racji oblozenia turystami
równalo by sie permanentnemu niepokojowi o cialo i bagaze lub w swiezo
zaimpregnowanym jakas trucizna pokoju, ale na wlasna odpowiedzialnosc.
Wybralismy drugie wyjscie. Otworzylismy okna (a noce nie byly juz cieple,
wszak byla to juz polowa sierpnia). Do dyspozycji bylo tez pole namiotowe,
ale my bez namiotu. Warunki traperskie. Toaleta slawojka (drzwi otwieraja
sie same w najmniej odpowiednim momencie), mycie i woda ze strumienia,
kuchnia -- prymusy, juwle, epigazy... co kto tam ze soba nosi lub ognisko
(niestety, bylo mokro i dzdzyscie). Zmeczeni polozylismy sie spac.
Co widzielismy lub o czym slyszelismy 2 dnia:
- Wysowa: dwa pola namiotowe. Jedno przy zielonym szlaku na Kozie Zebro,
do 30 min od centrum, przed zejsciem szlaku z szosy w las. Wyglada na
cywilizowane (troche namiotow, woda, etc.). Drugie przy niebieskim
szlaku z Ropek do Wysowej, w niedalekim przysiolku, ktorego nazwy
w tej chwili nie pamietam. To z kolei bez zadnych wygód. Po prostu
pole biwakowe z przykrym sasiedztwem pewnej babci, ktora co wieczór
pomstuje na turystow, gdyz ci wykopuja jej kartofle na ognisko. Tam nie
bylismy, znamy z opowiadan znajomych. Ludzi rozbilo sie tam podobno duzo.
Mozna tez wynajmowac pokoje w licznych sanatoriach i domach wczasowych.
Co do istnienia w Wysowej bazy namiotowej SKPB Rzeszow sa watpliwosci.
- Banica: Prywatne schronisko. 6 zl os/noc. Opis powyzej.
- Niedaleko Banicy schronisko PTTK na Magurze Malastowskiej oraz Bacowka
PTTK w Bartnem.
- W kilku miejscowosciach PTSM-y, spotykami wedrowcy mowili, ze czynne
i dobrze utrzymane. Adresy i lokalizacja w informatorze PTSM dostepnym w
placowkach w kazdym miescie wojewodzkim lub na internecie (patrz lista
TRAMP).
Dzien 3 =======>
Rano wstalismy. Widocznie impregnat byl na nas za slaby. Po sniadaniu
zaraz ruszylismy w droge, oblocona i wydeptana przez krowy. Zóltym, nowo
wyznakowanym szlakiem do Bartnego. Przeszlismy lagodny grzbiet i zeszlismy
do Barntego, ponizej slawnej cerkwi-muzeum. Akurat byla otwarta.
Zwiedzilismy wnetrze. U opiekujacego sie cerkwia mozna kupic przewodniki
po Beskidzie Niskim oraz literature i spiewniki lemkowskie. Zanabylismy
przewodnik krajoznawczy "B.N. - od Komanczy do Bartnego". Ciekawie
zredagowany i szczegolowy.
Po przerwie na doznania duchowe wdrapalismy sie na gore do Bacowki PTTK
w Barntem. Cala bacowka harcerzy z obozu wedrownego. Milo. Ceny od
12 zl os/noc w gore. Herbatka i dalej w droge. Szlaki bardzo mokre. Woda
stoi nawet na stokach, w trawie. Przy zejsciu do Swierzowej Ruskiej
pozegnalismy sie z mila grupka spod Lomzy i sami ruszylismy w dól dolina
nieistniejacej juz dzis, a kiedys jednej z wiekszych lemkowskich wsi.
Przy drodze widac ruiny domow (kamienne podmurowki i piwniczki), kamienne
swiatki, lemkowskie potrojne krzyze. Pamietam, ze byl tam dobrze zachowany
cmentarz przycerkiewny, ale musialem go minac niezauwazywszy.
Idac dluga dolina dotarlismy do Swiatkowej Wielkiej. Asfalt. Autobusy po
16:00 juz nie jezdza. We wsi cerkiew (obecnie funkcjonujaca chyba jako
kosciol katolicki). Przykra niespodzianka. PTSM juz nieczynny, bo zbliza
sie rok szkolny i wylewaja posadzke. Doszlismy do mostu na Wisloce, do
Swiatkowej Malej. Tam nastepna cerkiew, remontowana. Ogladamy, podziwiamy
architekture. Okolo 18:00 wraca PKS z Grabu i zabieramy sie do Krempnej. W
Krempnej juz pada. Ladujemy w PTSM- ie. Bardzo czysto, schludnie, okolo 10
turystow. Wsród nich -- okazalo sie -- nasze znajome Szczecinianki, z
którymi rozstalismy sie pierwszego dnia w Hanczowej.
Towarzystwo nocujace bardzo oryginalne. Pol godziny po nas do schroniska
dotarl samotny wedrowiec, ktory juz po 5 minutach stal sie schroniskowa
legenda, z racji dlugosci trasy, ktora pokonal tego dnia -- szedl non stop
az z Biecza, wyruszyl o 4 rano, do Krempnej dotarl po 18:00. Facet w sumie
nie pierwszej mlodosci, na oko po 40-tce, z lekkim brzuszkiem, a tu
prosze. Jak sie chce, to mozna. Nastepne orginaly to znakarze szlakow.
Znakowali nowe szlaki w okolicach Krempnej-Grabu. Pasjonaci, ciekawie
opowiadali o okolicy i swoich perypetiach. Powstal tam niedawno park
krajobrazowy i znakuje sie nowe szlaki. Pewnie jeszcze nie ma ich na
mapach, a przydadza sie, bo skróca droge z Krempnej do Grabu i w strone
granicy (szlak schodzi z drogi i prowadzi czesciowo lasem). Znakarze
przestrzegali nas, abysmy nie wchodzili zbyt gleboko w las, bo w lesie jest
jeszcze duzo nierozbrojonych min i pociskow z II, a nawet z I wojny, nie
mowiac o pozostalosciach uzbrojenia, zasiekach i okopach. "Szczesciarz"
moze natknac sie na chelm z czaszka w srodku (autentyczne!. Nawet teraz
zdarzaja sie przypadki okaleczen na skutek wybuchu niewypalów.
Slyszelismy opowiesci o tym, jak komus uszkodzilo powaznie rece, bo
rozpalil ognisko akurat na starej zakopanej minie. Tak tak. Sa jeszcze w
Polsce miejsca, gdzie nie stanela od dlugiego czasu ludzka stopa.
Wieczorem chcielismy zajrzec na baze namiotowa, do cerkwi oraz na odnowiony
staraniem styryjskiego pulku obrony granic z Austrii zolnierski cmentarz z
I wojny, ale nasze plany pokrzyzowal znów deszcz. Za to pogadalismy z
towarzystwem w schronisku, zwlaszcza ze znajdujacy sie tam telewizor
popsul sie i nie nadawal obrazu. Tak zakonczylismy dzien trzeci.
- gdyby isc od Bacowki w Bartnem dalej szlakiem czerwony, mozna dojsc do
rezerwatu "Kornuty", a stamtad zejsc zoltym do Folusza (rezerwat "Diabli
Kamien"). W Foluszu jest miejsce do biwakowania oraz stacja turystyczna
(prawdopodobnie prywatna) i PTSM.
- PTSM-y: w Swiatkowej Wielkiej, Grabiu, Krempnej, Polanach. Polecam.
- bazy namiotowe: Krempna, byla tez kiedys w Wilszni-Smerecznem, ale
teraz nie wiem, czy jeszcze jest. Nie bylismy, ale duzo dobrego
slyszelismy.
- chatki studenckie: niedaleko Krempnej w Ropiance. Bardzo chcielismy tam
dotrzec, zwlaszcza ze wczesniej ogladalismy chatke AKT Maluch w
Internecie, lecz czas wymagal korekty trasy. Opinie chatka ma pochlebne.
Dodam, ze w Kolonii Olchowiec jest prywatne muzeum, ktore urzadzil w
swoim domu i po ktorym ciekawie i szczegolowo oprowadza starszy
czlowiek, ktory przeniosl sie tam z Lodzi. Muzeum prezentuje folklor
oraz znaleziska z czasow wojny.
Dzien 4 =======>
Rano okazalo sie, ze trasy Szczecinianek, Panem-samotnika i nasza pokrywaja
sie, wiec umowilismy sie, iz bedziemy isc razem.
Wypadaloby napisac cos w tym miejscu o naszych szlakowych znajomych. My w
calym towarzystwie bylismy najmlodzi. Szczecinianki to panie ok. 40-tki, ale
wygladajace na wiele mniej. Bezproblemowe, wesole, przyjemne w obyciu.
Pan-samotnik jeszcze od nich weselszy, wieku podobnego. Wszyscy byli
pracownikami szkol (srednich i wyzszych), wiec mogli sobie wojazowac w
czasie wakacji. Pozazdroscic jedynie kondycji i hartu ducha.
Autobusem podjechalismy do Ka,tów i stamtad dalej czerwonym szlakiem.
Poczatkowo szlak prowadzil drogami polnymi pod góre, wiec znow topilismy sie
w blocie i tracilismy kontakt we mgle. Nasze buty pozostawialy na drodze
formy nazwane przez nas "strukturami kopytowymi", poniewaz do zludzenia
przypominaly odciski poteznych kopyt, ewentualnie slonich nóg. A to ze
wzgledu na olbrzymie ilosci blota, ktore dolepily sie do bieznika.
Szlismy dlugim, wyplaszczonym grzbietem. W kilku miejscach zastanawialismy
sie nad droga. Mgla utrudniala widocznosc, drogi rozchodzily sie w rózne
strony, a szlak malowany byl z rzadka na drzewach. Szlismy pieknie
ukwieconymi l'a,kami. Szkoda, ze nie bylo widoków. Wnet tez nasz peleton
rozdzielil sie z racji stosowanych róznych predkosci marszu. Pierwszy
wysforowal sie Pan-samotnik uprzedzajac o tym Panie-Szczecinianki, a one
poinformowaly nas, gdy doszlismy do nich na kolejnym postoju. Umowilismy sie
wszyscy w Dukli w PTSM-ie. Kolezanka malzonka i ja chodzimy zwykle dosc
wolno, wiec zamykalismy stawke, doganiajac Szczecinianki na postojach.
Tak szlismy sobie spokojnie az do Chyrowej, czyli fragmentu tzw. "Doliny
Smierci", gdzie toczyly sie ciezkie walki podczas operacji dukielskiej
w 1944 roku. Ponoc kolo Iwli, w centrum doliny, ziemia jest tak naszpikowana
zelastwem, ze wykrywacze metalu glupieja. W tejze Chyrowej kolejna cerkiew z
kamiennym murem dookola i cmentarzem w jego obrebie. Za cerkwia znow
wystapily klopoty ze szlakiem. Dogonilismy po raz kolejny Szczecinianki,
które nie mogly go odszukac przez dluzszy czas. Stwierdzilismy, ze jedyne
wolne od elektrycznych pastuchow (to taki lokalny koloryt wystepujacy w
obfitosci) przejscie prowadzi najwiekszymi chaszczami. Lekko widoczna
sciezynka posunelimy do góry. Dopiero tam sie wyjasnila cala sytuacja, gdy
spojrzelismy na nia z tej perspektywy. Po prostu szlak przechodzli normalnie
droga, ktora z kolei prowadzila przez prywatne godpodarstwo. Gospodarz
wejscie na droge zablokowal potrójnym elektrycznym pastuchem i wywiesil
odstraszajaca tabliczke "teren prywatny". A my biedni, poparzeni pokrzywami i
podrapani musielismy sie przedzierac bokiem, jakbysmy cos komus zrobili! Na
górze zostalismy nagrodzeni przepieknymi widokami w strone granicy.
Posililismy sie zakupionymi ciasteczkami i zaglebilismy sie w las.
Wkrotce stanelismy na rozdrozu. Czerwony szlak prowadzil dalej do kaplicy
Blogoslawionego Jana z Dukli (tego, ktorego w tym roku ma kanonizowac
Papiez, specjalnie po to przybywajacy do Dukli. Odnowiono tez sama kaplice).
Slady wskazywaly, ze Pan-samotnik wlasnie tam sie udal. My postanowilismy juz
spadac w dól do Dulki szlakiem zoltym. Mokro. Po drodze minelismy ruiny
kilku chalup oraz jedna zamieszkala, ale zorientowalismy sie, ze chyba przez
kogos "nie stad". Wygladala na prywatna weekendowa siedzibe. Przed nami
roztaczala sie panorama Dukli oraz potezny, fascynujacy szczyt Cergowej,
wygladajacej stamtad bardzo monumentalnie. Robi wrazenie!
Weszlismy do miasta od strony osiedla domkow jednorodzinnych. Przechodzac
obok stacji wodociagow wymylismy gruntownie nasze oblocone buciory, bo
przeciez idziemy do ludzi. Zajelo to troche czasu. Dukla jest przyjemnym
malym miasteczkiem. Pamietam ja sprzed kilku lat jako szara, monotonna.
Teraz kazda kamieniczka w rynku ma inny, pastelowy kolor, jest czysciej.
W rynku znajduje sie tez PTSM, z reszta jeden z dwóch w Dukli. Miesci sie on
w internacie, ale jest czynny przez caly rok, tylko poza sezonem wczesniej
trzeba zadzwonic i sie umowic. Co mnie zaskoczylo: wyremontowana lazienka dla
mezczyzn (dla kobiet jeszcze nie. Zwykle to mezczyzni cierpia z tego powodu.
Nota bene panie i tak korzystaly z meskiej) oraz kierownik schroniska.
Czlowiek bardzo przyjemny, sluzacy wszelka informacja i bardzo grzeczny,
aczkolwiek stanowczy. Schronisko stylem jeszcze z poprzedniej epoki, ale za
to a mila atmosfera. Ciepla woda (to wazne po calym dniu marszu) w
przyjemnych warunkach.
Dopelnilismy formalnosci meldunkowych, rozkulbaczylismy sie z plecakow i
ruszylismy na zwiedzanie miasta. Zaczelimy od lodow w lodziarni kolo
kosciola. Barok. Potem poszlismy do klasztoru i kosciola Franciszkanow, przed
którym na cokole stoi dzialo samobiezne, pamiatka z 1944 r. Tez barok, ale z
elementami pozniejszymi, jasny, az za zloty jak na nasz gust. Osobiscie wole
barok spokojniejszy, w tonacji czarno-bialej. Obok proponuje odwiedzic dwa
cmentarze: cyliwny i wojskowy. Cywilny jest ciekawy ze wzgledu na mnogosc
starych nagrobkow, i to w jezyku polskim. Moze ktos mnie w tym miejscu nie
zrozumie, ale jako Wroclawiak wedruje glownie po Sudetach, a tam, jesli
spotkam zachowany jeszcze stary cmentarz, to nagrobki sa tylko po niemiecku.
Wojskowy jak to wojskowy. W dwuszeregu. Zastanawia ilosc poleglych
zolnierzy. Zginelo ich tam kilkadziesiat tysiecy po obu stronach. Czy
potrzebnie -- fachowcy twierdza, ze nie.
Wrócilismy do schronska. Dotarl juz do niego nasz znajomy Pan-samotnik. Z
Kaplicy Bl. Jana zszedl do drogi i droga doszedl do Dukli, oczywiscie po
asfalcie. W ramach relaksu po pracowitym dniu postanowilismy pójsc na piwo
do sklepiku obok. Mam taki zwyczaj, ze zawsze pije piwo miejscowe. Nie kusza
mnie wtedy zadne Zywce, Okocimy czy EBy. Poprosilem o piwo z najblizszego
browaru. Najblizszym browarem byl Lezajsk, chociaz wolalbym cos mniej
znanego. Usiedlismy przy stoliku przed sklepem i zaczelismy dywagowac na
temat Dukli. Kolezanka malzonka zaczela rozwodzic sie nad problemami
egzystencji w Dukli, "ze tu tak ladnie i nawet chcialaby tu zamieszkac, a co
w wolnych chwilach robi tutaj mlodziez, ciekawe czy maja tutaj kino..."
Nagle slyszyny glos sasiada, saczacego leniwie piwo przy tym samym co my
stoliku.
- "Niech pani sobie wyobrazi, ze jest tutaj kino!" i dawaj zaczal nas
uswiadamiac, ze Dukla to zadna tam prowincja, ze to miasto historyczne,
ze Blogoslawiony Jan i Papiez. Nasze tlumaczenia, ze zdajemy sobie z tego
sprawe i nie mamy zamiaru oczerniac jego rodzinnej miejscowosci, wrecz
przeciwnie -- malo skutkowaly.
- Pan dalej -- "A skad jestescie"
- My: "Z Wroclawia"
- On: "U was tak brzydko. Jezdze czasami na zachód do siostry i dlugo
nie moge tam wytrzymac. Zawsze wracam tu jak najpredzej moge". W Dukli
patrzcie jak kolorowo. Prawda, przed wojna bylo to zydowskie miasteczko, ale
teraz my tu gospodarujemy".
Potem zaczal nas wypytywac o cel naszej wycieczki.
No to my mowimy, ze
turystyczny.
- "A co konkternie Was interesuje?"
- My: "Wszystko po trochu. Przyroda, cerkiewki, cmentarze z I wojny, ludzie,
zabytki"
- On: "Nie, tak nie moze byc. Musicie wedrowac z konkretnym celem. Albo
interesuje was kultura lemkowska -- wtedy powinnismy zwiedzac cerkiewki
oraz skansen w Zyndranowej, albo polska -- wtedy zabytki Dukli, kaplice Bl.
Jana oraz Bóbrke".
Twierdzenia, ze mozemy zwiedzac i jedno, i drugie nie mógl pojac. W pewnym
momencie calkowicie juz nas zaskoczyl zwracajac sie do mnie:
- "A pana rodzice to czasem nie stad?" Zapewne myslal, ze jestem potomkiem
wysiedlonych Lemkow podczas nieslawnej operacji "Wisla" i wracam tutaj z
jakims konkretnym, niecnym celem. Zapewnilem go, ze nie. Zupelnie nie
wiedzac co o nas sadzic oddalil sie, juz dobrze wstawiony, w sina dal.
Szkoda, bo myslelismy, ze zakonczymy rozmowe w przyjaznym nastroju.
Zonie troche przeszla chec zamieszkania w pieknej Dukli.
Za to bardzo przyjemna mielismy kolacje. Wszyscy piecioro zebralismy sie w
kuchni mniej wiecej w jednakowym czasie i nawiazalismy interesujaca rozmowe.
Kazdy opowiadal o swoich przygodach i wrazeniach z roznych turystycznych
wypraw i wycieczek, z dalekiej i bliskiej przeszlosci, o sobie, itp.
A usmialismy sie przy tym wszyscy zdrowo. Teraz zaluje, ze nie wymienilismy
sie wtedy adresami, bo byli to ciekawi ludzie. Po kolacji, w bardzo
przyjemnym nastawieniu do otaczajacej nas rzeczywistosci zasnelismy z
usmiechem na twarzy.
Dzien 5 ======>
Ekipa nasza zminejszyla sie do 4 osob. Opuscil nas Pan-samotnik konczac swoja
wedrowke. Chcac dostac sie do czerwonego szlaku i ominac asfalt, wsiedlismy
w autobus jadacy do pobliskiej wsi Jasionka (rowniez juz druga na trasie).
Tam, za wsia lezaca na tle Cergowej, doszlismy do drogi, ktora biegl szlak.
Wyraznie zmienila sie tez pogoda. Juz rano zaczelo niezle przypiekac slonce,
co zapowiadlo upal na dalszy ciag dnia. Zaraz tez znalezlismy sie w
nastepnej miejscowosci -- Lubiechowej, w ktorej znajduje sie gorujacy nad
budynkami neogotycki kosciol z dzwonnica z drugim po dzwonie Zygmuncie
dzwonem Malopolski.
Szybko wdrapalismy sie na przeciwlegly grzbiet doliny, skad podziwialismy
widoki (po stanie drogi widac bylo m.in granice gmin Lubiechowa/Dukla na
korzysc tej pierwszej). Na grzbiecie pomiedzy Lubiechowa i Iwoniczem Zdr.
spotkalismy rowerzystow górskich. Droga zeszlismy do Iwonicza Zdroju i
udalismy sie do pijalni wód mineralnych (kolejna degustacja karpackich wód).
Do wyboru wiecej niz w Krynicy i Wysowej. Kazda jest dokladnie opisana, z
podaniem skladu i chorob, na ktore jest polecana. Szybko zadecydowalismy
jakich dolegliwosci najszybciej chcielibysmy sie pozbyc i stosownie do wyboru
zakupilismy po flakoniku trzech wód po kolei. Przed wyjsciem tradycyjnie
wzielismy zapas do butelki.
Iwonicz sprawial wrazenie przyjemnego uzdrowiska, ale byl bardzo zaltoczony,
z panoszacym sie wszedzie szpanem. Za to maja tam dobre i tanie ciasteczka.
Glowny deptak udekorowany jest mnóstwem donic z kolorowymi kwiatami.
Pare chwil posiedzielismy w cukierni i ruszylismy dalej w droge. Droga ta
pachniala nam ropa. Wzdluz niej poustawiane sa wieze-pompy, ktore pompuja
rope naftowa z warstw fliszu do niewielkich zbiornikow. Co jakis czas rope
zbiera sie do cystern i wywozi do rafinerii w Jedliczach. Zapach ropy unosi
sie wzdluz szlaku. Jej zloza sa jednak tak male, ze pompy pracuja z
przerwami. Po wypompowaniu zloza musza czekac az nacieknie do niego nowa
ropa.
Pomiedzy Iwoniczem Zdrój a Rymanowem Zdrój szlak prowadzi przez dwa
grzbiety, tak ze dwa razy schodzilismy i dwa razy podchodzilismy, i to dosyc
stromo. Rymanów Zdrój wczesniej uslyszelismy niz zobaczylismy. Jak wiadomo
jest to uzdrowisko przede wszystkim dla dzieci. Ozywiaja one swoja bytnoscia
ta mala miejscowosc. W Rymanowie pozegnalismy nasze Szczecinianki, z ktorymi
wedrowalismy, z przerwami, od poczatku naszej wyprawy. Poszly one dalej z
zamiarem dotarcia do Pulaw, a drugiego dnia chcialy przejsc odcinek Pulawy-
-Komancza. My, poniewaz juz czas nam sie konczyl, zostalismy w Rymanowie.
Na tym zakonczylismy piesza wedrowke. Cala reszta to wlasciwie przedluzony
powrót do Wroclawia.
Z Rymanowa Zdroju kierowalismy sie powoli w strone najblizszej linii
kolejowej, musielismy wracac do domu. Wczesniej odwiedzilismy tutejsza
pijalnie. Oferuje ona jedynie 4 wody. Na pytanie ile kosztuje kubeczek pani
grzecznie, acz stanowczo poinformowala nas, ze tutaj nie placi sie za wode.
Czyzby uklon w strone sasiedniego Iwonicza? Pokrzepilismy sie wiec
Celestynka i udalismy sie na przystanek PKS w celu dotarcia do Krosna.
Autobusy dojezdzaja tu czesto.
W Krosnie mielismy maly problem z odnalezieniem ulicy, na ktorej znajduje
sie PTSM, ale pomogli zyczliwi ludzie. W schronisku bylismy jedynymi goscmi.
Po obiedzie poszlismy na miasto. Zakrecilismy sie w okolicach centrum.
Krosno prezentuje sie pieknie. Kilka kosciolów, rynek z podcieniami. Takie
starówki podobaja sie nam bardzo. Maja swoista atmosfere przypominajaca
ubiegle epoki. Niestety, nie udalo sie zobaczyc kaplicy Oswiecimów z mumiami
tragicznych kochanków Stanislawa i Anny. Póznym wieczorem, wracajac do
schroniska, wpadlismy jeszcze na dozynki w Bialobrzegach, ludowo-mlodziezowa
impreze z kielbasa i tancami. Zadowoleni wrócilismy do schroniska.
Tak zakonczyl sie kolejny dzien.
Uzyteczne informacje dnia 5:
- jesli chodzi o intendenture, to nie ma zadnego problemu (Dukla, Iwonicz,
Rymanów, wioski),
- baza noclegowa: PTSM-y w Dukli (jeden, lepszy, w rynku w internacie, drugi
w szkole podstawowej), Dom Wycieczkowy PTTK w Dukli (rynek);
Iwonicz - kwatery, pole namiotowe kolo basenu, PTSM; RYMANÓW - kwatery, PTSM w
pobliskiej Posadzie. W Pulawach mozna przenocowac u Zielonoswiatkowcow.
Przyjmuja chetnie i podobno nie sa natarczywi. Za to chetnie podyskutuja.
Nie slyszalem zlych opinii o goscinie u nich.
W Polanach Surowicznych
(kierunek na Jašliska) jest studencka baza namiotowa. W Krosnie jest PTSM w
szkole podstawowej, od dworcow PKP i PKS tzreba isc ok. 20 min. na zachod
(w lewo) glowna wylotowa droga. Zapewne tez i inne, ale nie sprawdzalismy.
Page prepared by Walter Maksimovich
E-mail: walter@lemko.org
Copyright © 1999 LV Productions
E-mail: webmaster@lemko.org
© LV Productions
Originally Composed: May 13th, 1997
Date last modified: Wednesday October 13th, 1999.