Z Grzegorzem Motyką rozmawia Paweł Smoleński
(26-04-02 15:52) Na akcji "Wisła", na
przesiedleniu 150 tys. Ukraińców Polska nie zyskała nic. 55 lat temu
podziemie ukraińskie można było zneutralizować mniejszym kosztem.
Zyskaliśmy spokój od tej mniejszości narodowej, ale był to spokój ze
stalinowskim rodowodem. A w stosunkach między oboma narodami tkwi od
tamtego czasu jeszcze jedna zadra - mówi historyk Grzegorz Motyka
Paweł Smoleński: Przez lata PRL
obowiązywała żelazna wersja wydarzeń: 28 marca 1947 r. w okolicach
bieszczadzkiej wsi Jabłonka zginął w zasadzce przygotowanej przez
UPA wiceminister obrony narodowej, generał Karol Świerczewski. Była
to kropla przepełniająca czarę goryczy. Kilkanaście godzin później
najwyższe władze podejmują decyzję o wysiedleniu z terenów
południowo-wschodniej Polski polskich obywateli narodowości
ukraińskiej. Mija miesiąc, oddziały Wojska Polskiego otaczają
ukraińskie wsie, rozpoczynając trwającą kilkanaście tygodni operację
deportacyjną. 150 tys. polskich Ukraińców wywieziono na Ziemie
Odzyskane, otrzymali tam poniemieckie gospodarstwa, zaczęli nowe,
godne życie w co najmniej takich samych, a często w lepszych
warunkach. Polska Ludowa podała rękę tym, którzy wspierali bandytów
z UPA. Czyli właściwie nic złego, prócz śmierci generała, się nie
stało. Pozostawiając na boku okoliczność, którą PRL-owska
historiografia się nie przejmowała - że skazanie na wywózkę
wielotysięcznej mniejszości narodowej w odwecie za śmierć jednego
człowieka, nawet generała, jest wyjątkowym barbarzyństwem - wiadomo,
że decyzje leżące u podstaw akcji "Wisła" miały nieco inne
korzenie.Grzegorz Motyka: Żeby opisać
akcję "Wisła", musimy cofnąć się co najmniej do 1944 r., gdy Polski
Komitet Wyzwolenia Narodowego i rząd sowiecki podpisały umowę o
wymianie ludności. Ukraińcy, Białorusini, Litwini mieli dobrowolnie
wyjechać do ZSRR, a Polacy ze Wschodu - na terytorium Polski
lubelskiej. Rychło okazało się, że dobrowolność wyjazdów, tak z
Polski, jak i do Polski, była fikcją. Umowę podpisano m.in. po to,
by utwierdzić nową linię graniczną, narzuconą przez Moskwę.
Pamiętajmy, że rzecz działa się jeszcze przed konferencją w Jałcie,
która zatwierdziła niemal ostateczny kształt polsko-sowieckiej
granicy. Wysiedlenie Ukraińców czy Białorusinów i wysiedlenie
Polaków to dwie strony tego samego medalu, akcje ściśle kontrolowane
przez sowiecki aparat bezpieczeństwa, będące wstępem do
"Wisły".Polsko-sowiecką granicę
poprowadzono tak, że po polskiej stronie z przedwojennej mniejszości
ukraińskiej liczącej ponad 5 mln pozostało 600-700 tys.
mieszkańców- Raczej 600 tys. niż 700 -
trudno to precyzyjnie określić, gdyż nie dysponujemy dokładniejszymi
danymi. To, kto podlegał wysiedleniom, określano odgórnie. Część
ludności o ukraińskich korzeniach, zwłaszcza na Podlasiu,
deklarowała się jako "tutejsi". Łemkowie z Beskidu Niskiego mówili,
że są Rusinami, góralami z Karpat, i często nie utożsamiali się z
ukraińskością. Teza, że ukraińska społeczność w Polsce była
jednorodnie nacjonalistyczna, antypolska i antykomunistyczna, jest
po prostu nieprawdziwa.
Zapisane w umowie
wysiedlenia trwały dwa lata. Istnieją poszlaki, że już w 1946 r.
myślano, by pozostałych w Polsce Ukraińców rozproszyć po Ziemiach
Odzyskanych: zachowały się relacje wysiedlanych, którzy przytaczają
słowa żołnierzy pilnujących wywózek: "Nie pojedziecie na Wschód,
pojedziecie na Zachód, na Dolny Śląsk, Pomorze, Mazury".
Formalna decyzja, by wywieźć Ukraińców na Ziemie
Odzyskane, zapadła 29 marca 1947 na posiedzeniu Biura Politycznego
Komitetu Centralnego Polskiej Partii Robotniczej, ale przygotowania
do tej operacji rozpoczęły się wcześniej. Nie wykluczam, iż akcję
"Wisła", która początkowo miała nosić kryptonim "Wschód", chciano
zsynchronizować z operacją "Zachód", planowaną w ZSRR na jesień 1947
r. (i istotnie później przeprowadzoną): w jej trakcie w ciągu dwóch
miesięcy wysiedlono z zachodniej Ukrainy ponad 70 tys. ludzi.
Deportacja obejmowała całe rodziny sprzyjające, zdaniem NKWD,
ukraińskiej partyzantce lub w jakiś sposób spokrewnione z "bandytami
UPA". Z zachodniej Ukrainy nie można było wysiedlić wszystkich, więc
zabrano się za tych, których sowiecki aparat bezpieczeństwa
podejrzewał o brak sympatii do władzy radzieckiej i o kontakty z
podziemiem.
Śmierć Świerczewskiego miała
wpływ nie tyle na kształt akcji "Wisła" i na decyzję o jej
przeprowadzeniu, bo ona i tak by się odbyła, ile na przyspieszenie
jej terminu. Po prostu władza uznała, że nie warto marnować tak
znakomitej propagandowo okazji. O lepszym pretekście komuniści nie
mogli nawet marzyć. Nadto wykazali się znakomitą, choć chyba
niezamierzoną, intuicją. Gdyby obie operacje - "Wschód" i "Zachód" -
odbyły się w tym samym czasie i pod projektowanymi na początku
kryptonimami, nikt nie miałby wątpliwości, że to polsko-sowieckie
bliźniaki.Realizacja polsko-sowieckiej
umowy o wymianie ludności przebiegała w sposób brutalny. Obok
oficjalnych deklaracji władz: "Polska obecna jest inna niż Polska z
roku 1939 i nie będzie tolerowała ucisku narodowościowego. Ludność
ruska i ukraińska może sobie żyć na równi z ludnością polską,
korzystając z tych samych praw, co i naród polski", przypomnijmy
przechwałki Jana Gerharda, dowódcy 34 pułku piechoty, późniejszego
autora książki "Łuny w Bieszczadach", który tak wspominał tamte
deportacje: "Ustaliliśmy swoisty rekord. W ciągu 14 dni przeszliśmy
200 km gór i lasów, 11 tys. ludzi przesiedlonych, ponad 20 tys.
sztuk bydła wraz z nimi".- Co do tego,
że wysiedlenia miały brutalny przebieg, nie ma żadnej wątpliwości,
choć do połowy 1945 r. starano się używać głównie nacisków
administracyjnych, np. pozbawiać Ukraińców prawa do udziału w
reformie rolnej lub szczególnie surowo egzekwować kontyngenty
żywnościowe i podatki. Widziałem też taki dokument: w jakiejś
ukraińskiej wiosce część rodzin, powołując się na dobrowolność
wyjazdu, postanowiła zostać w Polsce. Do wsi przyjechał oddział
NKWD, przeprowadził, jak to ujmowano w sowieckich dokumentach,
"rozmowy wyjaśniające", po czym wszyscy postanowili jednak wyjechać.
Możemy się tylko domyślać, jak NKWD-ziści rozmawiali z ukraińskimi
chłopami, jakich używali argumentów.
W
realizacji umowy o wymianie ludności trudno przecenić rolę NKWD.
Polscy i ukraińscy historycy są zgodni, że deportacje z Polski i do
Polski były ściśle nadzorowane przez ZSRR. Funkcjonariuszom UB,
milicji, żołnierzom Wojska Polskiego przypadła rola wykonawców i
pomocników.
Zimą i wiosną 1945 r. po
polskiej stronie granicy doszło do szeregu krwawych wydarzeń. W
ciągu dwóch miesięcy spalono, zrujnowano kilkadziesiąt wiosek,
zamordowano około trzech tysięcy Ukraińców. Zniszczono wtedy między
innymi Pawłokomę, wieś na Pogórzu Dynowskim, gdzie zabito 365 osób.
W antyukraińskich akcjach brały udział różne ugrupowania: regularne
polskie wojsko, milicja, UB, ale też oddziały podziemia poakowskiego
i narodowego, a nawet żołnierze Batalionów Chłopskich. Być może był
to spontaniczny odruch odwetu za to, co niedawno miało miejsce na
Wołyniu i w Galicji Wschodniej [na terenach tych w latach 1943-44 w
wyniku antypolskiej akcji UPA zginęło 80-100 tys. Polaków -
red.].
Ale to wszystkiego nie tłumaczy,
gdyż decyzje o niszczeniu wsi nie zapadały w głowach żołnierzy -
wykonawców, ale wyżej, na szczeblu dowódczym. Nie sądzę, by tam
kierowano się takimi emocjami. Może więc chodziło o to, by zmusić
Ukraińców do wyjazdu. Jakkolwiek było, polskie działania spowodowały
ukraińską kontrakcję, również krwawą i okrutną, wymierzoną przeciw
wojsku, milicji, podziemiu, ale też polskim wsiom. Tylko w
Wiązownicy w Przemyskiem oddziały UPA zabiły ponad 100 Polaków.
I nagle, jakby niespodziewanie, między
polskim i ukraińskim podziemiem zapanował
rozejm.- Obie strony uznały, że głównym
przeciwnikiem jest jednak władza komunistyczna. Potyczki polskiego
podziemia z UPA zostały zastopowane przez szereg porozumień
podpisywanych przez lokalnych dowódców w Przemyskiem i na
Lubelszczyźnie, między innymi 21 maja 1945 w Rudzie Różanieckiej.
Zakazywały one ataków na wsie, mówiły o zakończeniu wzajemnych starć
i podjęciu wspólnej walki z NKWD i UB, a przede wszystkim - o
konieczności wymiany informacji o ruchach oddziałów
podporządkowanych władzy. Rozejm zawarty przez polskie i ukraińskie
podziemie miał zauważalny wpływ na ówczesną sytuację. W pierwszych
miesiącach 1945 r. we wzajemnych walkach i pacyfikacjach zginęło
kilka tysięcy Ukraińców i Polaków. W miesiącach późniejszych liczba
zabitych po obu stronach spada radykalnie. Najbardziej dramatycznym
wydarzeniem już po zawarciu rozejmu jest mord na mieszkańcach
ukraińskiej wsi Wierzchowiny dokonany w czerwcu 1945 r.,
najprawdopodobniej przez oddział, który chciał doprowadzić do
zerwania polsko-ukraińskiego zawieszenia broni [zginęło tam kilkuset
Ukraińców - red.].
Jednak po kilku
miesiącach względnego spokoju dochodzi do ponownej eskalacji
konfliktu, właśnie wtedy, gdy do akcji wysiedleń przystępują
oddziały Wojska Polskiego: przede wszystkim trzecia, ósma i
dziewiąta dywizje piechoty.Czyli
formacje złożone przede wszystkim z Wołyniaków i mieszkańców Galicji
Wschodniej. Wysiedlenia pod przymusem administracyjnym to już niemal
radosna przeszłość. Do głosu dochodzi pragnienie zemsty za czystki
etniczne UPA z lat 1943-44. Takie uczucia bardzo pomagają w
ostatecznym wypełnieniu polsko-sowieckiej umowy o
deportacjach.- W 1946 r. w beskidzkich
wsiach Zawadce Morochowskiej i Terce zabito po kilkadziesiąt osób, a
nie były to jedyne ukraińskie ofiary. Lecz choć wysiedleń dokonywano
polskimi rękoma, nie zmienia to faktu, że całość była kontrolowana
przez NKWD. Wskazują na to choćby raporty końcowe, słane do I
sekretarza Komunistycznej Partii Ukrainy Nikity Chruszczowa. Wynika
z nich, że do 20 listopada 1946 wysiedlono 482 880 osób, z czego
około 440 tys. Ukraińców. 24 tys. wysiedleńców podało jako swoją
narodowość - rosyjską, a 19 tys. określiło się jako Rusini. W końcu
1946 r. przesiedlenia do ZSRR ostatecznie zakończono oficjalną
liczbą 488 tys. wywiezionych. W
dokumentach ukraińskiego podziemia, także w relacjach żołnierzy UPA,
pojawia się teza, że ukraińska partyzantka działająca na terenie
Polski lubelskiej skupiała się przede wszystkim na samoobronie i -
ewentualnie - akcjach odwetowych. Rozmawiałem z wieloma szeregowymi
kombatantami UPA, którzy mówili, że zapewne nigdy nie poszliby do
lasu, gdyby nie moralny przymus obrony własnych
domów.- W stosunkach polsko-ukraińskich
rok 1943 i 1944 to czas czystki etnicznej, próba usunięcia Polaków z
terenów, które kierownictwo Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i
UPA uznawało za rdzennie ukraińskie. Z kolei lata 1945-47 to okres
wysiedleń, zaplanowanego przez komunistów porządkowania sytuacji
narodowościowej w całej Europie; wywózki Ukraińców czy Polaków są
tylko elementem szerszej układanki. Więc o ile wcześniej UPA była
formacją atakującą, zaczepną, to w okresie poprzedzającym akcję
"Wisła" przede wszystkim broniła rodaków przed wysiedleniami. To
zasadnicza różnica między tym, co działo się na ziemiach dzisiejszej
Polski, a tym, co miało miejsce wcześniej na Wołyniu i w Galicji
Wschodniej.
Latem 1945 r. w Polsce
działało raptem kilka sotni UPA; na Lubelszczyźnie nie liczyły one
nawet po stu żołnierzy. Dowództwo ukraińskie wyprowadzało
partyzantów z lasu, lokowało po wsiach, gdyż nie zależało mu na
rozwoju akcji zbrojnych. Podziemie ukraińskie w Polsce miało być
oknem na świat informującym Zachód o tym, co działo się i dzieje na
Ukrainie. W Londynie czy w Waszyngtonie mało kogo obchodziło, że w
Polsce działa jakaś ukraińska partyzantka. Ważne było, że taka
partyzantka walczy w ZSRR.
Na Ukrainie
UPA walczyła z władzą sowiecką do początku lat 50. W wyniku
antypartyzanckich akcji NKWD pół miliona Ukraińców zostało zabitych,
aresztowanych i zesłanych do łagrów, a z rąk UPA zginęło 30 tys.
przedstawicieli władz. Wiadomości o tym starano się przerzucać na
Zachód via Polska, gdyż była to najłatwiejsza droga. Żeby nie gubić
celu nadrzędnego, ukraińska partyzantka miała w Polsce siedzieć
możliwie cicho, trwać na posterunku.
Lecz
kiedy w drugiej połowie 1945 r. polskie wojsko rozpoczęło przymusowe
wysiedlenia, obejmując swoimi działaniami całe terytorium
zamieszkane przez ukraińską mniejszość, UPA przystąpiła do otwartej
walki: ukraińska młodzież poszła do lasu, a liczba sotni w ciągu
paru miesięcy wzrosła do kilkunastu. Najsłynniejsze oddziały UPA
działające po polskiej stronie granicy, sotnie "Chrina" i "Stacha",
były formowane pod hasłem obrony własnych domów. "Chrin" we
wspomnieniach napisał otwarcie, że był to jedyny sposób na
przyciągnięcie do partyzantki łemkowskich górali. Dopiero po kilku
miesiącach pracy wychowawczej - w UPA byli oficerowie
polityczno-wychowawczy - mówiono żołnierzom, że w dalekiej
perspektywie chodzi także o niepodległość
Ukrainy.Niepodległość Ukrainy
pozostawała raczej w sferze marzeń. Trudno przypuszczać, by w tamtym
czasie komukolwiek chodziło po głowie, że w środku obozu
komunistycznego jest miejsce na "Samostijną", na kraj rozbijający
porządek pojałtański. I kto miał tę niepodległość wywalczyć?
Niespełna dwa tysiące partyzantów?-
Przywódcy ukraińskiego podziemia wiedzieli, że niepodległość to plan
bardzo daleki. Lecz myśleli, że ziści się w możliwej do wyobrażenia
perspektywie, może w wyniku kolejnej wojny światowej. Na kolejną
wojnę liczyli również niektórzy polscy politycy. Jednak dla
strzelców z sotni UPA najważniejsze były własne wsie, własne
gospodarstwa.I trudno się temu dziwić,
choćby po lekturze raportów terenowych przedstawicieli polskiego
rządu: "tereny, w których operowało wojsko, są już prawie
oczyszczone z ludności ukraińskiej. Ludność ta, chcąc uniknąć
przesiedlenia, uciekała w las, a nawet, przekraczając granice,
chroniła się na terytorium Czechosłowacji, skąd ostatecznie
tamtejsze władze wydały ją w ręce WP. (...) W obecnej chwili wojsko
odstawia na stacje załadowcze resztki pozostałej i złapanej w
obławach ludności. Wsie są prawie puste". Włos na głowie się jeży -
to sformułowania pasujące jak ulał do wojny w Bośni lub w Ruandzie.
- Przesiedlenia na Ukrainę były
brutalne, więc można nazwać przeciwdziałanie UPA samoobroną, choć
takie sformułowanie irytuje nawet dziś znaczną część Polaków. W
czasie walki z wysiedleniami Ukraińcy prowadzili akcje przede
wszystkim przeciwko wojsku i administracji państwowej. Ale
niejednokrotnie w odpowiedzi na działania wojska atakowano polskie
miejscowości. Spalono między innymi przemyskie Nowosielce, Bukowsko,
Nagórzany i Nadolany. Polskie wsie niszczono nie tylko w rewanżu za
wysiedlenia ukraińskich osiedli, lecz także po to, by wojsko nie
miało gdzie kwaterować, skąd brać żywności. I choć istnieją rozkazy
dowódców UPA zakazujące zabijania cywilów, takie ofiary padały. Np.
w grudniu 1945 w Nowosielcach zginęło 17 osób.
Historyk, analizując tamte wydarzenia, może
stwierdzić, że te ataki były nieporównywalne do tego, co się działo
na Wołyniu, choćby ze względu na małą liczbę ofiar cywilnych. Lecz
wiedza historyczna nie może kwestionować ludzkich uczuć. Dla Polaków
z wiosek spalonych w odwecie czy z powodów wojskowej logistyki była
to po prostu straszna tragedia.Gen.
Świerczewski jeszcze żyje, gdy w styczniu 1947 gen. Stefan Mossor,
późniejszy główny wykonawca akcji "Wisła", składa marszałkowi
Michałowi Rola-Żymierskiemu, ministrowi obrony narodowej i szefowi
Państwowego Komitetu Bezpieczeństwa, sprawozdanie z sugestią
wysiedlenia Ukraińców, których nie udało się wywieźć do ZSRR,
"pojedynczymi rodzinami, w rozproszeniu na całych Ziemiach
Odzyskanych, gdzie się szybko
zasymilują".- Nie ulega wątpliwości, że
celem akcji "Wisła" było całkowite rozwiązanie problemu
ukraińskiego, pełna asymilacja polskich Ukraińców. Można zastanawiać
się tylko, dlaczego po wysiedleniach do ZSRR w Polsce zostało około
150 tys. Ukraińców. Bo choć z jednej strony wysiedlenia na Wschód
były bardzo brutalne, to z drugiej istnieje, także w upowskich
meldunkach, sporo świadectw, że ludność polska pomagała Ukraińcom.
Administracja fałszowała dane, szeregowi żołnierze, a czasami nawet
oficerowie, jak to określono w jednym sprawozdaniu OUN-UPA -
wyrzucali "wysiedlanych drzwiami, lecz wpuszczali na powrót oknem".
Ówczesne władze operowały całkiem innymi
liczbami. Gen. Mossor szacował mniejszość ukraińską pozostałą w
Polsce po wysiedleniu Ukraińców do ZSRR na niewiele ponad 20
tys.- I to, być może, jest odpowiedź na
pytanie, dlaczego - po masowych deportacjach na wschód -
postanowiono resztkę polskich Ukraińców przesiedlić na Ziemie
Odzyskane. Być może w marcu 1947 komuniści nie wiedzieli, z jakim
problemem mają do czynienia. Dopiero w trakcie akcji "Wisła"
okazywało się, że rodzin ukraińskich i polsko-ukraińskich (bo i
takie podlegały wysiedleniu) jest znacznie więcej. Na Zachód
pojechali również funkcjonariusze administracji lokalnej narodowości
ukraińskiej, milicjanci, byli partyzanci Armii Ludowej i żołnierze
Armii Czerwonej. Pamiętajmy, że wysiedlano wówczas także czysto
polskie rodziny żyjące w ukraińskim otoczeniu, uważając, że są
politycznie niebezpieczne, "zupełnie przegniłe na skutek propagandy
PSL i NSZ" (to znowu cytat z
dokumentu).Historycy do dzisiaj nie
natrafili na ani jeden dokument, w którym Moskwa nakazywałaby
Polakom przeprowadzenie akcji "Wisła".-
Uzależnienie Polski od ZSRR było w tym czasie tak ścisłe, że nie ma
mowy, by taka operacja odbywała się bez sowieckiej wiedzy i zgody.
Nie wiemy natomiast, czy akcja "Wisła" była polską inicjatywą, czy
też z Kremla przyszło polecenie nakazujące deportację. Są historycy,
którzy uważają, że za wysiedleniami stała Moskwa, oraz tacy, którzy
sądzą, że było to suwerenne postanowienie Biura Politycznego PPR.
Moim zdaniem za decyzją polskich komunistów stali Sowieci - Moskwa
była zainteresowana w tym, by w Polsce nie działała ukraińska
partyzantka i podziemie polityczne, by wiadomości o sytuacji w ZSRR
nie wydostawały się dalej na Zachód.
Jeśli jednak nawet decyzję podjęto na Kremlu,
wiele osób z polskiej strony przyjęło ją z zadowoleniem.
Antyukraińskie nastroje były wówczas bardzo silne i nie omijały
najwyższych władz.Wydaje się, że śmierć
Świerczewskiego to był przypadek. Generał trafił w zasadzkę
szykowaną przez partyzantów sotni "Chrina", w którą mieli wpaść
wopiści stacjonujący w bieszczadzkiej wsi Cisna - zniszczyli oni
szpital jego sotni. Nie wiadomo nawet, czy generał zginął od
ukraińskiej, czy od polskiej, być może przypadkowej, kuli. W
PRL-owskiej historiografii akcję "Wisła" traktowano jako operację
niezbędną do zniszczenia zaplecza ukraińskich "bandytów z UPA".
Tymczasem w 1945 r. w wyniku akcji ukraińskiego podziemia na
terenach Krakowskiego, Rzeszowskiego i Lubelskiego zginęło 368
cywilów, w 1946 r. - 98, a w roku akcji "Wisła" - sprowokowanej
podobno śmiercią generała i nadzwyczajną aktywnością UPA - tylko 16.
Czy UPA nie chciała się bić? A może już nie miała
siły?- Po masowych deportacjach na
Ukrainę, które zakończyły się latem 1946 r., ukraińskie podziemie w
Polsce znalazło się w pewnym kłopocie. Istnienie wielkich oddziałów
partyzanckich przestało mieć większy sens. Dowództwo UPA znakomicie
zdawało sobie z tego sprawę, również dlatego, że partyzantka powoli
zaczęła tracić poparcie miejscowej ludności. Wysiedlenia do ZSRR
oficjalnie się skończyły, pozostali w Polsce Ukraińcy stali się
polskimi obywatelami. Ludność ukraińska uważała więc, że nie ma
sensu prowokować Polaków, najgorsze już minęło, przyszedł czas na w
miarę spokojne życie. Dowództwo UPA nie mogło jednak rozwiązać
oddziałów, na przeszkodzie stały choćby panujące w nich radykalne
nastroje, wywołane polsko-sowiecką akcją przesiedleńczą.
Postanowiono zatem czekać na wielką militarną operację przeciwko
ukraińskiej partyzantce. Spodziewano się jej zimą 1946/1947 r. W
momencie rozpoczęcia polskiej akcji zamierzano część oddziałów
przerzucić na Zachód, a część - na Ukrainę.
Patrząc na sprawę z polskiego punktu widzenia jest
zupełnie oczywiste, że zimą z 1946 na 1947 r. istniała szansa
przeprowadzenia antypartyzanckiej, skutecznej akcji wojskowej, bez
odwołania się do etnicznego czyszczenia Polski
południowo-wschodniej. Można było całkowicie zniszczyć działające
tam oddziały UPA, a przynajmniej wyrzucić je z kraju. Akcja taka,
nie poparta wysiedleniami, byłaby z pewnością trudniejsza, ale
całkowicie wykonalna i ograniczona do stosunkowo niewielkiego
terytorium. Szło bowiem o wąski pas przygraniczny, przede wszystkim
o Roztocze, Pogórze Przemyskie, Bieszczady, w znacznie mniejszym
stopniu o Beskid Niski, gdzie działała tylko jedna sotnia, która
zresztą przyszła z Bieszczad w 1946 r. i z trudem trwała w terenie z
powodu niechęci Łemków. W Beskidzie Niskim poparcie dla UPA było
minimalne. Możliwe było zlikwidowanie partyzantki poprzez
skierowanie przeciwko niej licznych oddziałów WP złożonych z dobrze
wyszkolonych żołnierzy a z drugiej strony - kokietowanie ludności
cywilnej, obiecywanie nagrody w zamian za lojalność wobec państwa
polskiego.
Do takiej operacji nie doszło,
gdyż władze komunistyczne uważały, że głównym dla nich zagrożeniem
jest PSL Stanisława Mikołajczyka i polskie podziemie
niepodległościowe. A UPA? To był problem wyłącznie lokalny i z
militarnego punktu widzenia ograniczony, w żadnym razie nie
polityczny, nie ogólnokrajowy. Zakładano, że kwestia ukraińskiej
partyzantki rozwiąże się sama, w wyniku wysiedlenia Ukraińców.
Dlatego zimą 1946/47 trzy czwarte polskich sił wojskowych
rozlokowanych w rejonach objętych działaniami UPA skierowano do
akcji fałszowania wyników wyborów do Sejmu Ustawodawczego, które
odbyły się w styczniu 1947. Tymczasem
władza postawiła na deportacje. Przy obliczaniu sił koniecznych do
przeprowadzenia akcji "Wisła" w ogóle nie brano pod uwagę
ewentualnych walk z partyzantami. Za to znęcano się nad rodzinami
członków podziemia, trwały masowe
aresztowania.- Władzom nie chodziło
bowiem jedynie o likwidację UPA, lecz o całkowite pozbycie się
problemu z mniejszością ukraińską. Operacja "Wisła" rozpoczęła się
28 kwietnia 1947 o godzinie czwartej nad ranem. Około 21 tys.
żołnierzy Wojska Polskiego, Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego,
funkcjonariuszy UB, MO i SOK otoczyło ukraińskie wsie w
Rzeszowskiem, a kilka tygodni później - także w Lubelskiem.
Przeznaczeni do wywózki dostali raptem ok. dwóch godzin na
zapakowanie dobytku, po czym zwieziono ich do punktów zbornych; był
to często kawał gminnego pastwiska otoczonego drutem kolczastym.
Stąd po pewnym czasie kierowano ich na stacje załadowcze, gdzie
mieszkańców jednej wsi rozdzielano i koleją kierowano w różne
zakątki Ziem Odzyskanych Z powodu trudnych warunków panujących w
czasie podróży zmarło co najmniej 27 osób. Ukraińców miano osiedlać
daleko od granicy państwowej, w skupiskach nie przekraczających
dziesięciu procent miejscowej ludności, by otoczeni przez ludność
polską szybko ulegli asymilacji.
W
punktach zbornych Ukraińcy byli sprawdzani przez funkcjonariuszy UB.
Księża, inteligencja, osoby podejrzane o sprzyjanie partyzantom
lądowały w więzieniach i przed sądami wojskowymi. Albo w Centralnym
Obozie Pracy w Jaworznie, gdzie znalazło się około 3900 osób, w tym
916 kobiet, 107 dzieci oraz 27 księży grekokatolickich i
prawosławnych. 161 więźniów Jaworzna poniosło śmierć w obozie.
Deportowanych Ukraińców podzielono na
kategorie według domniemanego lub prawdziwego zagrożenia dla
bezpieczeństwa państwa.- Kategorię A
otrzymywał człowiek notowany przez UB, kategorię B - uznany za
podejrzanego przez wojsko, C - podejrzewany przez dowódcę oddziału
przeprowadzającego wysiedlenie, czyli praktycznie cała reszta. Był
to początek ogromnej policyjnej operacji poddania polskich Ukraińców
totalnej kontroli. Z jednej strony Ukraińcy mieli zostać
spolonizowani, na Ziemiach Odzyskanych nie wolno im było kultywować
rodzimej kultury, uczestnictwo w grekokatolickich mszach czy
przekazywanie historii Ukrainy uważano za działalność
nacjonalistyczną. Z drugiej - jako element niepewny - mieli być
totalnie zinfiltrowani. Taka kontrola, wedle ostatnio ujawnionych
dokumentów, trwała do 1989 r.; wiele osób zmuszano do współpracy z
UB i SB, do pisania raportów, donoszenia na sąsiadów. Zdaniem
wrocławskiego historyka Tomasza Balbusa, tylko do końca czerwca 1947
wśród wysiedleńców z akcji "Wisła" UB pozyskało 852 informatorów.
Niektórzy historycy są zdania, że z
racji na tragiczne zaszłości polsko-ukraińskiej historii władza
postanowiła przy okazji akcji "Wisła" podlizać się narodowi. Kartę
ukraińską rozegrano podobnie do karty niemieckiej; wiadomo było, że
po wojnie każda akcja antyniemiecka, mimo że prowadzona przez
komunistów, spotka się ze społeczną akceptacją. Czas akcji "Wisła"
to początek i jeden ze szczytów trwającej przez cały okres PRL
antyukraińskiej kampanii
propagandowej.- Nie wiem, czy komuniści
kierowali się takimi motywami. Niewątpliwie natomiast przez
dziesięciolecia propaganda PRL starała się wykorzystać okres
zwalczania UPA do legitymizowania władzy komunistycznej i robiła to
z wielkim powodzeniem. Starano się stworzyć stereotypowy obraz
Ukraińca. Dobrym Ukraińcem był tylko komunista, żołnierz sowieckiej
partyzantki lub Armii Czerwonej, a także funkcjonariusz NKWD. Złym -
każdy, kto myślał o powstaniu niepodległej Ukrainy. Komunistyczna
propaganda stawiała znak równości między sojusznikiem marszałka
Piłsudskiego, atamanem Symonem Petlurą, a dowódcą UPA, gen. Romanem
Szuchewyczem, między metropolitą Andrzejem Szeptyckim, a przywódcą
OUN Stepanem Banderą. Starano się wyrobić w Polakach przekonanie, że
niepodległa Ukraina musi być dla nas zagrożeniem.
Co gorsza, z powodu ograniczeń cenzuralnych, przez
wiele lat historycy nie mogli rzetelnie badać rzeczywistych zbrodni
popełnionych przez UPA na Wołyniu i w Galicji Wschodniej w latach
1943-1944. To sprawiało, że ludzie tam pokrzywdzeni czuli się
jeszcze bardziej poszkodowani. Nie pozwalano nawet badać liczby
zabitych tam Polaków, więc powstawały mity o 300-500 tys. polskich
ofiar (w rzeczywistości zginęło 80-100 tys.). Jednocześnie
mitologizowano okres wysiedleń z lat 1945-47, gdzie to ludność
ukraińska cierpiała z powodu prowadzonych deportacji. UPA
działającej na ziemiach dzisiejszej Polski przypisywano nie
popełnione zbrodnie, w tym celu publikowano nawet sfałszowane źródła
historyczne. Jan Gerhard potrafił np. w "Łunach w Bieszczadach"
rzeczywisty atak na oddział WOP przedstawić jako masakrę transportu
chorych i rannych żołnierzy. Akcję "Wisła" ukazywano jako operację
humanitarną - ewakuację ludności cywilnej w obronie przed bandytami.
Taka propaganda zapadła w polską świadomość zbiorową. W znacznej
części polskiego społeczeństwa obowiązuje negatywny stereotyp
Ukraińca - rezuna.
Propaganda
komunistyczna wykorzystywała również działania UPA do
kompromitowania polskiej partyzantki niepodległościowej;
porozumienia UPA i poakowskiego podziemia chętnie nazywano
przymierzem polskich i ukraińskich faszystów. Jeszcze w latach 80.
takimi porównaniami próbowano kompromitować ks. Franciszka
Blachnickiego, założyciela ruchu Światło-Życie. Ks. Blachnicki na
emigracji w Karlsbergu doprowadził do paru polsko-ukraińskich
spotkań, więc natychmiast w książce Edwarda Prusa "Atamania UPA"
(tylko w pierwszym wydaniu z 1988 r.) pojawiły się sugestie, że
sprzymierzył się z ukraińskimi faszystami, najpewniej z inspiracji
zachodnioniemieckiego wywiadu.
W 1989 r.
i Polacy, i Ukraińcy uznali, że można będzie wreszcie powiedzieć
prawdę. Tyle że jedni chcieli prawdy o Wołyniu, a drudzy - o akcji
"Wisła". W PRL nie było szans, by te dwie prawdy skonfrontować.
Teraz doszło do starcia, widocznego choćby w różnych emocjonalnych
dyskusjach. Przy czym obydwie strony sporu często nie zauważają, że
te prawdy się wzajemnie nie wykluczają, lecz uzupełniają. I w
jednym, i w drugim wypadku mieliśmy do czynienia z ludzką tragedią.
Przyznanie, że Ukraińcy w czasie akcji "Wisła" ponieśli niezawinioną
krzywdę, że zastosowano wobec nich niczym nie usprawiedliwioną
odpowiedzialność zbiorową, w niczym nie umniejsza pamięci polskich
ofiar na Wołyniu i w Galicji Wschodniej.
Ale niektórzy ludzie powiadają, że akcja
"Wisła" to była to zasłużona kara, bo najpierw był Wołyń. Tymczasem
obciążanie polskich Ukraińców za wołyńskie masakry oznacza w gruncie
rzeczy to samo, co obwinianie opolskich Niemców za hitlerowskie
obozy zagłady.- Istnieje pogląd, że
gdyby nie antypolska czystka etniczna na Wołyniu, nie doszłoby do
akcji "Wisła", więc akcja "Wisła" jest usprawiedliwiona. Taki pogląd
zakłada, że przez cały czas polsko-ukraińskiego konfliktu UPA
działała w jeden i ten sam sposób, kierowała się takimi samymi
przesłankami, czystka etniczna rozpoczęta na Wołyniu była
kontynuowana w Polsce do 1947 r., a partyzantki ukraińskiej nie
można było zlikwidować inaczej, jak przez masowe wysiedlenia. Tyle
tylko, że są to założenia nieprawdziwe, bo w Polsce UPA zmieniła
taktykę, nie myślała o czyszczeniu etnicznym, ale o obronie i
przetrwaniu ukraińskiej
mniejszości.Wedle kryteriów ONZ masowe
wysiedlania nazywane są zbrodnią przeciwko
ludzkości.- Można się spotkać z opinią,
że akcja "Wisła" to zbrodnia, która nie ulega przedawnieniu. Jednak
zdaniem przynajmniej niektórych prawników akcja "Wisła" była "tylko"
przestępstwem i bezprawiem, natomiast charakter zbrodni przeciwko
ludzkości miały niektóre wydarzenia towarzyszące wysiedleniom, np.
pacyfikacja Zawadki Morochowskiej.
Gdy
mówimy o akcji "Wisła", warto cały czas mieć w pamięci, że decyzję o
deportacjach podjęło Biuro Polityczne - Bierut, Berman, Gomułka,
Radkiewicz. To ci sami ludzie, którzy wówczas konsekwentnie i
brutalnie działali na rzecz stalinizacji Polski. Jest taki pogląd,
który głosi, że niezależnie od tego, jaki rząd miałaby ówczesna
Polska, nawet demokratyczny i suwerenny, do wysiedlenia Ukraińców
musiałoby dojść, gdyż żadna Polska nie mogłaby tolerować
rozsadzającej ją mniejszości, co gorsza - mieszkającej w zwartych
skupiskach blisko granicy. Istotnie, każdy demokratyczny polski rząd
walczyłby z UPA, bo takiej partyzantki nie może tolerować żaden rząd
w żadnym kraju. Jednak sugerowanie, iż polscy demokraci uciekliby
się do stosowania odpowiedzialności zbiorowej wobec własnych
współobywateli, do wysiedlenia wszystkich bez patrzenia na to, czy
ktoś jest winny, czy nie, jest nadużyciem. Głosząc taki pogląd
milcząco uznajemy, że tak naprawdę nie jest ważne, czy powojenna
Polska była satelitą ZSRR, czy byłaby wolna i niepodległa, czy jej
prezydentem był Bolesław Bierut, czy byłby nim londyński prezydent
Władysław Raczkiewicz, czy pod Jabłonkami zginął Karol Świerczewski,
czy zginąłby Władysław Anders, czy wreszcie akcją wysiedleń kierował
gen. Mossor, czy kierowałby Tadeusz Bór-Komorowski. Takie stawianie
znaku równości między tymi ludźmi - nawet jeśli dotyczy tylko
sposobu widzenia kwestii ukraińskiej - jest niedopuszczalne.
Czy obciążanie odpowiedzialnością za
akcję "Wisła" wyłącznie komunistów nie jest po części delegowaniem
polskiej winy zbiorowej? Znów cytat z dokumentów słanych z terenu do
warszawskiej centrali: "społeczeństwo było za wysiedleniem
wszystkich Łemków". Albo: "akcja przesiedleńcza spodobała się
społeczeństwu nie tylko nowosądeckiemu, ale i w innych powiatach
rząd pozyskał wiele sympatii".- Ocena
odpowiedzialności Polaków za akcję "Wisła" to fragment naszego
stosunku do Polski Ludowej, podobnie jak ocena kampanii
antysemickiej w 1968 r. albo inwazji na Czechosłowację. Wszystko to
było robione polskimi rękami, czasami wręcz z entuzjazmem, lecz z
podpuszczenia, z inspiracji władzy. W przypadku akcji "Wisła"
entuzjazm był zapewne nawet większy, ale nie wolno zapominać, kto
wówczas rządził w Polsce, więc jest odpowiedzialny
szczególnie.Akcja "Wisła" trwa kilka
miesięcy, wedle kryteriów etnicznych deportowano 150 tys. ludzi,
tysiące aresztowano, zamknięto w jaworzniańskim obozie, wielu
skazano na wieloletnie więzienie lub na karę śmierci za faktyczną
lub fikcyjną przynależność do OUN i UPA. Jej koniec to dekoracja na
polsko-czechosłowackiej granicy żołnierzy zasłużonych w
wysiedleniach (zamknijmy oczy i wyobraźmy sobie, co byśmy czuli
oglądając Slobodana Miloszevicia dekorującego orderami za męstwo
żołnierzy serbskich, wsławionych czyszczeniem etnicznym Bośni). Ale
ostatnie wysiedlenia Ukraińców to lata 50., gdy o UPA działającej w
Polsce nie ma już mowy.- Dokładnie rok
1952, gdy wysiedlano ludzi z Podlasia, po części tych, którzy
nielegalnie wrócili z pierwszej wywózki. Partyzantka ukraińska nie
istniała już od 1947 r.; sotnie UPA wykrwawione w walkach z wojskiem
przebiły się na Zachód i Ukrainę, resztki cywilnej siatki
konspiratorów przetrwały raptem rok dłużej. Wysiedlenia nie mają
więc nawet pozornego militarnego uzasadnienia. To kolejny dowód, co
naprawdę było celem deportacji i z jaką konsekwencją były
przeprowadzane.
Ukraińcy stali się w PRL
grupą poddaną w sposób szczególny kontroli, podobnie jak księża czy
kombatanci AK. Niektórzy z moich kolegów prowadząc badania nad
polskim podziemiem, przeglądając akta procesowe z lat 40. czy 50.,
czasem odnajdywali aktualne adresy konspiratorów. Są to ślady
"opieki", jaką do końca lat 80. roztaczano nad nimi i ich rodzinami.
Tak samo postępowano z Ukraińcami.
Dochodziło także do prowokacji organizowanych
przez służby bezpieczeństwa. Wspólne antyukraińskie operacje
kontrwywiadowcze prowadziły polskie i sowieckie służby specjalne.
Między 1948 a 1954 r. polscy i sowieccy agenci stworzyli fałszywą
siatkę Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, przyjmowali członków,
kontaktowali się z organizacjami ukraińskiej emigracji, ściągali do
Polski ludzi, którzy potem trafiali do więzień. To była pierwsza
wspólna akcja tego typu. Podobne organizowano w następnych latach.
Ostatnią, oznaczoną kryptonimem "Bumerang", zakończono w 1988 r.,
gdy już było wiadomo, że w Polsce kończy się komunizm. Akcję uznano
za udaną, a podsumowano na wspólnej konferencji prasowej w Kijowie,
w której uczestniczyli oficerowie SB i
KGB.Czy Polska zyskała cokolwiek na
akcji "Wisła"?- Nic, prócz wstydu.
Podziemie ukraińskie można było zneutralizować mniejszym kosztem.
Spokój od mniejszości narodowej jest spokojem ze stalinowskim
rodowodem. Dziś dźwigamy tylko balast, w stosunkach
polsko-ukraińskich tkwi dodatkowa zadra. Inaczej mówilibyśmy o
polsko-ukraińskich sporach, o Wołyniu, o Galicji Wschodniej,
gdybyśmy nie mieli na sumieniu akcji "Wisła".
Dr Grzegorz Motyka - historyk, pracownik Instytutu
Studiów Politycznych PAN i Biura Edukacji Publicznej Instytutu
Pamięci Narodowej, koordynator programu ukraińskiego IPN. Współautor
(razem z Rafałem Wnukiem) książki "Pany i rezuny. Współpraca AK-WiN
i UPA w latach 1945-1947" (1997) oraz "Tak było w Bieszczadach.
Walki polsko-ukraińskie 1943-1948" (1999)
|