Jacek Hugo-Bader (29-08-01 17:00) Iwan
i Mychajło mają 103 lata. Wykopano je z ziemi, gdzie zniknęły zanim
wieś wywieziono na wschód. Pilnuje ich policja. Nie mogą wyjechać na
Ukrainę - historię bojkowskiej wsi Lutowiska i jej dzwonów opisuje
Jacek Hugo-Bader 1917 rok Dzwony
milczą, głowa dziada każeAnna Zinziuk
pochodzi z Lutowisk w polskich Bieszczadach. Dzisiaj mieszka o
tysiąc kilometrów na wschód, we wsi Dudczany nad dolnym Dnieprem.
Ojciec pani Anny, Iwan Woźny, podczas I wojny światowej był w
austriackim wojsku. Potem trzy lata przymierał głodem w rosyjskiej
niewoli: ranny, zawszony, we wrzodach. Przyśniło mu się kiedyś, że
chodzi po lesie na górze Otryt nad rodzinnymi Lutowiskami. Na jednym
z drzew, opowiada pani Anna, wisi brodata głowa dziada i
mówi:
- Daj meni, chłopczyku, wody
napytysia.
- Jak ja wam, didu, dam wody -
odpowiada na to strzelec Iwan Woźny - jak ja ne znaju, de
woda.
- A tu je żurawel - głowa na
to.
- To ja ne maju widra.
- To wizmesz szlapu.
Młody żołnierz miał czapkę na głowie, zaczerpnął
nią wody i daje dziadowi. Starzec wypił i mówi: - Na tretij deń ty
wybudesz.
Ucieszył się Iwan, że za trzy
dni skończy się jego niewola, więc nawet nie zwrócił uwagi na drugą
część przepowiedni, że przez dwa lata nie usłyszy dzwonów w
rodzinnym miasteczku.
Rano się budzi i
opowiada przyjacielowi swój sen. - Śnił mi się Hospod' Boh i win
kazał, szczo na tretyj den my wybudem.
-
To ty snam wirysz? - oburzył się jego towarzysz niedoli. - Zawtra
nasza smert' bude.
Młody żołnierz nie
odezwał się przez trzy dni, aż przyszedł rosyjski oficer i
powiedział, że w Rosji wybuchła rewolucja i że są wolni.
Iwan Woźny ruszył w drogę do domu, a do przejścia
miał prawie tysiąc kilometrów. Co krok zagradzały mu drogę jakieś
wojska: biali Rosjanie, czerwoni Kozacy, Ukraińcy, Polacy. Szedł
więc cały rok. Kiedy dotarł do Wyżnej Jabłuńki, wioski o zaledwie
kilka kilometrów od rodzinnych Lutowisk, cieszył się jak dziecko, że
Bóg Ojciec pomylił się w rachunkach, bo upłynął zaledwie rok, a on
już w domu.
Był w domu, ale dzwonów na
dzwonnicy nie było. Zostały zakopane i nikt nie wiedział gdzie.
Chłopi, którzy je schowali, poszli do ukraińskiego wojska bić się z
Polakami o niepodległą Ukrainę. Trzeba było czekać i modlić się,
żeby choć jeden wrócił żywy do domu.
Dla
takich biednych bojkowskich wsi jak Lutowiska ufundowanie dzwonów to
był ogromny wysiłek. Przy każdej zawierusze dziejowej spuszczano
więc dzwony i chowano w ziemi albo w stodołach, bo przyjdą Polacy,
Rosjanie, Kozacy, Austriacy i zabiorą spiż na armaty albo na pomniki
swoich bohaterów.
W Lutowiskach są dwa
dzwony. Mychajło waży 130 kilogramów, Iwan - 500. Należą do
nieistniejącej już greckokatolickiej (unickiej) cerkwi pod wezwaniem
świętego Michała Archanioła. Były zakopane, ale w 1999 roku
przyjechali ludzie z Ukrainy, wydobyli je i chcieli zabrać na
wschód.
To się nie udało. Na razie
dzwonów pilnuje policja.
W XX wieku
Lutowiska (po ukraińsku Lutowyszcze) dziesięć razy zmieniały
przynależność państwową. Było wiele okazji, by dzwony biły na
trwogę: Ukraińcom, Żydom, Polakom. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego
dawnym mieszkańcom Lutowisk tak bardzo na nich zależy. Nikomu te
dzwony nie pomogły. Chyba że chmura gradowa szła, albo z piorunami,
to bijąc w dzwony, można ją było
rozpędzić.1938 rok Dzwony biją na
rocznicę chrztuNatalia Klasztorna
jest córką Olgi i Onufrego Petiachów z Lutowisk, a Anna Zinziuk jest
ich kuzynką. Natalia mieszka w Kijowie, jest dziennikarką, badaczką
bojkowskich dziejów. Jeździ po świecie i spisuje relacje z tamtych
lat, na przykład taką: Jak byłem w trzeciej klasie, kilka razy w
miesiącu nas prowadzili do kościoła i uczyli modlić się po polsku.
Chcieliśmy czy nie chcieliśmy. Kiedyś jestem w kościele, a polski
proboszcz z linijką w ręku mówi: "a teraz będziemy żegnać się" i
podchodzi do mnie, to ja się żegnam tak, jak uczyła mnie moja mama -
na prawe ramię i trzema palcami, a ten ksiądz mnie linią po łapie i
po lewym ramieniu. Minęło ponad 70 lat, a jeszcze czuję to miejsce i
swoją myśl: czy Bóg nie rozumie nas po ukraińsku?
Tak napisał Fedir Iwaniw z Nowego Jorku.
W 1938 roku przypadła 950. rocznica chrztu
Rusi.
Starosta w Lesku nie wydał
pozwolenia na uroczystości rocznicowe, ale starzy mieszkańcy
Lutowisk pamiętają, że i tak zostały zorganizowane.
Na świętego Spasa, to znaczy 19 sierpnia,
mężczyźni w wyjściowych portkach, długich butach, białych,
wyszywanych koszulach wchodzili do rzeki San jakby na ponowny
chrzest. Biły dzwony w Lutowiskach, była muzyka, tańce, loteria, ale
przyjechała na koniach polska policja i zaczęła rozpędzać nielegalne
zgromadzenie. Rusini błyskawicznie się otaborowali. Rozpoczęło się
oblężenie taboru. Baby wrzeszczały, policja płazowała, chłopy
rzucali butelkami z wódką.
Wasyl Woźniak,
Stepan Petiach, Iwan Hrycyniak, Fedir Iwaniw na tydzień poszli do
aresztu.1939 rok Dzwony na dół,
kiecki w góręWybucha druga wojna
światowa. Przed nadejściem Niemców ludzie w Lutowiskach zdejmują
dzwony, spuszczają z dzwonnicy na ziemię i zakopują pod fundamentem.
Najpierw miasteczko zajmują Niemcy, ale się wycofują i w listopadzie
wkraczają wojska radzieckie. Na drodze wita ich czterech miejscowych
komunistów z czerwonymi sztandarami. Jeden nie miał go z czego
zrobić, więc pociął spódnicę żony. Potem ku uciesze sąsiadów
powiesił tę chorągiew na swojej chacie.
Rosjanie zamordowali Sofrona Kolidę,
greckokatolickiego duchownego, i zabrali czterech Rusinów, którzy
przed rokiem siedzieli w polskim areszcie. Już nigdy nie wrócili.
Potem Sowieci rozkułaczyli bogatych Żydów i Polaków. Miejscowemu
przedsiębiorcy Januszowi Ziółkowskiemu zabrali olejarnię, tartak i
elektrownię. To była jedyna bieszczadzka elektrownia spalinowa.
Ziółkowski zelektryfikował Lutowiska zaledwie dwa lata
wcześniej.
Katolicki ksiądz Franciszek
Wojtyło uciekł w nocy z pierwszego na drugi dzień świąt Bożego
Narodzenia 1939 roku. Przeprowadził go przez San na niemiecką stronę
syn ukraińskiego gospodarza Muchy. Trzy lata później ten chłopak był
jednym ze 109 mężczyzn z gminy Lutowiska, którzy wstąpili do dywizji
SS Hałyczyna (14. dywizja SS Galizien).
Ziółkowski był wujem Jadwigi Sklepkiewicz, z domu
Dąbrowskiej, córki przedwojennego burmistrza miasteczka. Lutowiska
ciągle miały burmistrza, chociaż w 1919 roku, w odwecie za
opowiedzenie się po stronie Zachodnioukraińskiej Republiki Ludowej,
utraciły prawa miejskie.
- Sowieci
organizowali obowiązkowe zebrania antyreligijne - opowiada pani
Jadwiga. - Na jednym z nich cerkiewnik Kuczmyda wstał i zapytał
politruka: dlaczego krowa robi placki, a koza bobki? Prelegent nie
wiedział. "Ty w hiwni nie rozbirosz, a o Bohu choczesz meni
howoryty" (ty na gównie się nie znasz, a o Bogu chcesz mówić),
powiedział Kuczmyda, czapkę wdział na głowę i poszedł, a za nim
reszta chłopów.1940 rok Dzwony
ciągle w ziemiWszyscy radzili ojcu
pani Jadwigi, żeby uciekał, ale on nie chciał. Najbardziej nalegał
Chaim Jarmuż, właściciel tartaku. Wreszcie Sowieci przyszli po
Dąbrowskiego. Splądrowali dom, zabrali cukier, naftę, zegarki i
byłego burmistrza. Zawieźli go do Skorodnego, do komendantury, i po
kilku dniach zwolnili. Rosjanie mówili, że wstawiło się za nim
małżeństwo Somerów, którzy mieli w Lutowiskach zakład szewski. Byli
znanymi w miasteczku komunistami. Przed wojną policja chciała ich
aresztować, ale burmistrz się nie zgodził, bo mieli ośmioro
dzieci.
Ojciec pani Jadwigi zmarł
dziesięć dni po zwolnieniu. Był strasznie pobity. Potem na tyfus
zachorowały macocha i ciotka pani Jadwigi. Ciotka umarła, macocha
trafiła do szpitala. Pani Jadwiga miała 18 lat i musiała opiekować
się trójką rodzeństwa.
Przez rok, siedem
miesięcy i dwadzieścia dwa dni była jedyną nauczycielką w wiosce
Chmiel koło Lutowisk. Uczyła po ukraińsku wszystkich przedmiotów.
Wcześniej do tej szkoły Rosjanie przysłali Ninę Misurinę,
nauczycielkę z Charkowa, ale chłopi ją przegnali, bo nie chciała im
odpowiadać na powitanie "Sława Isusu Chrystu".
W 1940 roku Sowieci przyszli do szkoły aresztować
panią Jadwigę. Nie było jej, bo poszła z dziećmi na wycieczkę.
Poszli do przewodniczącego sielsowieta (sołtysa), a ten ich ugościł,
napoił, pewnie też przekupił i tak wybronił jedyną
nauczycielkę.
- Byłam jedyną Polką w tej
wiosce, ale tylko raz spotkała mnie tutaj przykrość. Zorganizowałam
w szkole zabawę dla dzieci. Jedna z dziewczynek zaśpiewała: "Weseła
zabawa, weseło by buło, żeby miży nami Polakiw ne buło". Ktoś z
rodziców zerwał się i dał jej po buzi za to, że miała czelność
zaśpiewać to w mojej obecności.1942
rok Dzwony wracają na wieżęW
czerwcu 1941 roku Niemcy zajmują Lutowiska.
Dzwony wracają na dzwonnicę.
W lipcu Niemcy są już pod Kijowem. Za Niemcami do
Lutowisk przyszedł greckokatolicki ksiądz Iwan Mak. Natalia spisała
w Kanadzie jego relację: Kraj był zrujnowany. Niedostatek chleba,
kontyngenty, konie zabrało sowieckie wojsko. Całe moje życie
obracało się wokół cerkwi, ukraińskiej spółdzielni i komitetu
samopomocy, który zajmował się werbowaniem młodzieży do Niemiec na
roboty i do dywizji Hałyczyna. Do dywizji chłopcy szli dobrowolnie,
ale znam przypadki przymusowego wcielania. 22 czerwca 1942 roku, w
pierwszą rocznicę niemieckiej okupacji, Niemcy kazali ludziom
przyjść do pracy z łopatami. Kopali doły na tyłach kościoła. Nie
wiedziałem, po co kopią te doły.
Polecenie wydali dwaj gestapowcy z Sanoka: Johann
Backer i Arnold Doppke, którzy przyjechali tego dnia do Lutowisk z
żandarmem Pfejferem. Przed wojną w Lutowiskach żyło około dwóch
tysięcy Żydów. Niemcy zebrali wszystkich na rynku i przeprowadzili
selekcję. 650 osób zamknęli w budynku sądu i opuszczonej oborze
należącej do plebanii, resztę puścili do domów. Do zamkniętych Żydów
dołączono cztery miejscowe rodziny cygańskie, żebraków,
inwalidów.
W Lutowiskach mieszkało ponad
180 Polaków. Większość zebrała się w domu Ziółkowskich, bo stał na
stokach Otrytu.
- Postanowiliśmy, że jak
zaczną brać Polaków, to uciekniemy do lasu. Wiedzieliśmy, że Niemcy
zamówili furmanki - wspomina Jadwiga Sklepkiewicz.
Z wielu relacji można zrekonstruować to, co stało
się tej nocy. Od godziny 21 ładowali na każdą fur- mankę po
dziesięciu Żydów, wieźli za kościół i wprowadzali pod ręce na deskę.
Strzelali na zmianę Backer i Doppke, trzeci Niemiec ładował
pistolety. Całą resztę robili ukraińscy chłopi i Ukrainische
Hilfpolizei, policja ukraińska, której komendantem był Hrycyk, a
jego zastępcą Władysław Kilkus, który przed wojną podawał się za
Polaka, potem za sowieckiej okupacji za Ukraińca, a kiedy wkroczyli
Niemcy, podpisał volkslistę. Jednym z kopiących doły był Wasyl
Petiach, ojciec pana Onufrego, wśród policjantów był jego brat.
Uciekał tylko jeden, 17-letni żydowski chłopak, ale chłopi dopadli
go na kirkucie i przyprowadzili z powrotem. Właścicielka żelaznego
sklepu Seglowa wyciągnęła 600 dolarów, ale to jej nie
uratowało.
- Strzelanina trwała do 5.30
rano - opowiada pani Jadwiga. - Chłopi mówili, że gestapowcy byli
pijani. Potem jeszcze poszli do apteki Eugeniusza Łukacza i zażądali
wydania spirytusu. Rano, kiedy szłam do pracy do nadleśnictwa,
widziałam chłopów, jak chodzili po mieście z tobołami ubrań. Potem
zaczęło się szabrowanie mieszkań. Tego samego dnia Niemcy zabrali
też Lautermana, właściciela sklepu. Szedł przez miasto i obejmował
za szyje dwóch swoich synków. Z nim szła żona z dwiema córkami. O 10
widziałam, jak prowadzili za kościół weterynarza. Zabrali go od
fryzjera Wetzera. Połowę twarzy miał ogoloną, a drugą
namydloną.1942 rok Dzwony biją jak
oszalałe- Jak się naród rzucił
rabować Żydów - opowiada pan Onufry. - Po domach, sklepach,
piwnicach, strychach, wywalali bety na ulicę... My, młodzi
gówniarze, szukaliśmy czerwońców, tych rubli sowieckich, to w piecu
się nimi paliło, puszczało na wiatr... Kto mógł wiedzieć, że kacapy
jeszcze tutaj wrócą... Tyle pieniędzy zmarnowanych.
Wśród ciżby nie było nikogo z rodziny Marii
Srogiej. Ojciec męża pani Marii jest stryjem Olgi Petiach. Trudno to
zrozumieć, wiedzą jednak, że są rodziną.
- My nic nie braliśmy - mówi pani Maria - bo
ojciec nam nie pozwolił. Mieszkaliśmy blisko Żydów, to jakoś nie
wypadało.
Nie blisko, a u Żydów. Dziadek
pani Marii ze wsi Sokoliki przed wojną przepił w karczmie Randów
całe swoje pole, więc się nad nim użalili i wzięli syna do dworu na
furmana. Mieszkał z rodziną w dworskich zabudowaniach. Randowie byli
najbogatszą rodziną w okolicy. Mieli w swoich rękach kilka majątków
ziemskich, fabryczek i karczm.
- Każdy
Rand to był wielki pan - mówi Maria Sroga. - Było ich kilku braci.
Najstarszy był przewodniczącym Judenratu. Najmłodszy miał na imię
Lejb. Żona mojego brata Mychajła pracowała w gminie, tam gdzie
wyrabiali kenkarty. Ona wystawiła dla Lejba ukraińskie dokumenty, a
Mychajło tuż przed tym morderstwem zawiózł go furmanką do Krakowa,
gdzie już była jego żona. On w ogóle nie był podobny do Żyda. Taki
ładny, młody, czarny. Prawdziwy krasawiec. On nam nic nie płacił,
zostawił tylko na przechowanie srebrną szkatułę. Mówił, że jak
wróci, to mu oddamy. Czego tam nie było... Trzy metry pereł,
łańcuchy złote, pierścienie, bransolety... I dolary, złote tak jak
rubelki. My w tych klejnotach do cerkwi chodziłyśmy. Potem kupiliśmy
dom po Żydach. Wielki, piękny, murowany, z drogimi meblami i
blaszanym dachem, jakiego nikt nie miał z naszych. Niemcy te domy
sprzedawali za grosze, a wszystkie drewniane spalili albo ludzie
rozebrali na opał, tylko blachę brali na dachy, bo u nas jeszcze
prawie wszystkie domy były kryte strzechą. Te klejnoty to matka w
stajni chowała pod fundamentem. Tej stajni już nie ma, bo się
spaliła jak front przechodził, ale tam dużo zostało, jak bym panu
narysowała...
Wspomina ksiądz Mak:
Tydzień później ktoś rozkopał dół, gdzie ich wszystkich zakopali. Ta
mogiła była żywa, cała chodziła. W niedzielę przyjechali z Sanoka
Backer i Doppke. Zebrali wszystkich ludzi na rynku i co dziesiątego
wyznaczyli do rozstrzelania. Wybrali stu silnych, zdrowych, młodych
mężczyzn. Niemcy powiedzieli, że ich rozstrzelają, jeśli przez
tydzień nie znajdziemy tego, który rozkopał dół. Oni myśleli, że
ktoś z miejscowych szukał złota, złotych zębów. W poniedziałek razem
z ojcem Wiesiłowskim ze Skorodnego poszliśmy pieszo do Ustrzyk i
dalej pociągiem pojechaliśmy do Przemyśla poinformować o tym, co się
stało, naszego biskupa greckokatolickiego Josafata Kocyłowskiego. On
nas wysłuchał, zebrał kilku ukraińskich przedstawicieli i pojechał
do Krakowa do gubernatora Hansa Franka.
-
Mojego ojca też wybrali do rozstrzelania - opowiada Olga Petiach. -
Tych mężczyzn wyprowadzili na rynek, ustawili w kręgu i kazali im
chodzić przez kilka godzin.
- To było
straszne, nie do zniesienia - opowiada Jadwiga Sklepkiewicz. -
Całymi godzinami biły dzwony w cerkwi, ukraińskie kobiety wyły,
zawodziły, płakały, nawet przyroda przerażała. Było ciemno,
pochmurno, wrony na drzewach się darły. Po tygodniu wróciła
delegacja z amnestią od Hansa Franka.
Natalia, córka Olgi i Onufrego Petiachów, pokazuje
mi zdjęcie z czasów okupacji. Ksiądz Mak w otoczeniu ukraińskich
policjantów i kobiet. Wszyscy uśmiechnięci, zadowoleni, pogodni,
młodzi.1944 rok Dzwony zjeżdżają z
dzwonnicyKsiądz Iwan Mak wspomina:
Nocą po święcie Piotra i Pawła (29 czerwca) do wsi wdarli się
sowieccy partyzanci, którzy stali niedaleko w lesie... Wpadli na
plebanię i pytali, gdzie są Niemcy. Zabrali wiele przedmiotów.
Pamiętam, że u mnie w bańce na kuchni było zsiadłe mleko. Oni brali
je rękoma i jedli. W tym dniu strach ogarnął wszystkich ludzi.
Ksiądz Mak kazał bić w dzwony. W miasteczku partyzanci sowieccy
walczyli z ukraińską policją. Partyzanci to mógł być oddział
"Muchy", w którym była polska kompania. Młodzi mężczyźni szli do
niej, bo to była jedyna możliwość ucieczki przed budzącym się
terrorem Ukraińskiej Powstańczej Armii. Polskiej partyzantki na tym
terenie nie było. Ksiądz Mak: Tego dnia ukraińscy policjanci uciekli
z miasteczka. Poszli do partyzantów pod dowództwem Wasyla Martyna
Mizernego "Rena". O dowódczych talentach i bohaterstwie Mizernego
opowiadali mi dużo dobrego.
"Ren"
dowodził kuriniem (batalionem) łemkowskim UPA, w którym większość
partyzantów to byli Bojkowie. W okolicach Lutowisk działała jedna z
sotni tego kurinia pod dowództwemWasyla Szyszkenynecia (Iwan
Kozieryński) "Bira". W sotni znaleźli się niektórzy członkowie
Ukrainische Hilfpolizei, w tym brat Onufrego Petiacha i kilku innych
z Lutowisk. W jej szeregach było prawdopodobnie około 30 byłych
żołnierzy SS Hałyczyna. W nocy po napadzie sowieckiej partyzantki na
Lutowiska chłopi spuszczają z wieży dzwony i zakopują je pod
fundamentem. Front i Armia Czerwona są bardzo blisko.
Tadeusz Dąbrowski, młodszy brat Jadwigi
Sklepkiewicz, pracował w tartaku w Smolniku. To parę kilometrów za
Lutowiskami. Wracał po pracy do domu. Już było ciemno, gdy na drodze
zatrzymali go czterej uzbrojeni Ukraińcy. Kazali mu położyć się w
rowie. Po kilku godzinach przyszli następni ludzie. Jeden z nich
oświetlił latarką twarz Tadeusza. - Łyszy. To Dubrowśkoho syn -
powiedział (Zostaw. To syn Dąbrowskiego).
Kilka dni później zostali zamordowani Tadeusz
Warchał i Kozłowski (pani Jadwiga nie pamięta imienia). Obaj bardzo
młodzi. Byli powiązani drutem kolczastym, pokłuci bagnetami. Wszyscy
Polacy z Lutowisk przyszli na pogrzeb.
-
Jak młody Warchał leżał na katafalku - opowiada Jadwiga Sklepkiewicz
- matka co chwila go rozbierała i pokazywała wszystkim siedem
kłutych ran. Chłopcy z Lutowisk nieśli trumny kolegów, a potem
pomagali spuszczać je do grobu. Był czerwiec, ale wyjątkowo zimny,
paskudny. Mój brat był w czapce, która zsunęła mu się i wpadła do
grobu. Wszyscy na cmentarzu za głowy się złapali. To bardzo zły
znak. Dwa dni później, kiedy byłam w pracy, ktoś przez zamknięte
drzwi powiedział po ukraińsku, żeby brat uciekał. Uciekł, ale
przeznaczenie go dopadło.
Minęło osiem
dni od pogrzebu młodego Warchała. Tadzik Dąbrowski jest w Krakowie.
Wpada w ulicznej łapance. Stawiają go na moście na Wiśle i razem z
innymi rozstrzeliwują w odwecie za śmierć dwóch gestapowców
zlikwidowanych przez ruch oporu.
Polacy,
którzy mieli dokąd wyjechać, uciekali z Lutowisk. 18 lipca 1944 roku
Niemcy ewakuowali volksdeutschów, administrację, nadleśnictwo,
pracowników kopalni ropy, wszystkich, którzy mogli im się przydać.
Wywozili całe rodziny. Odjeżdżających odprowadzali miejscowi
Polacy.
- Nas
żegnała wujenka Ziółkowska - mówi pani Jadwiga. - Wcisnęła mi trochę
pieniędzy na drogę, ja zostawiłam jej coś na przechowanie. Była taka
szczęśliwa, kilka dni wcześniej przyszedł z Turcji list od wuja
Janusza. Jakoś wydostał się z Sybiru. Byliśmy pewni, że wujence nic
nie grozi. Była felczerem. Leczyła ziołami. W Lutowiskach chłopi
byli biedni, więc leczyła ich za darmo, chodziła nawet do lasu
opatrywać rannych Ukraińców. Dojechaliśmy zaledwie do Ustrzyk, kiedy
doszły nas wieści z Lutowisk. Wymordowali rodzinę Raszowskich z
szóstką dzieci, trzech synów u Góralewskich, Federeszczaka, dwóch
braci Samborskich z żonami i dziećmi utopili w studni. Wujenkę
Ziółkowską zastrzelili. To chyba nie miejscowi zrobili, ktoś jednak
musiał pokazywać, gdzie mieszkają Polacy. To wiem od jednej z córek
pani Kukurowskiej. Kiedy ta banda wpadła do ich domu, zabili wdowę,
jedną z córek, a druga wyskoczyła przez okno i dosiadła się na wóz z
niemieckimi żołnierzami, którzy przez miasteczko wycofywali się na
zachód.
Starzy Bojkowie, którzy mieszkali
w Lutowiskach, do dzisiaj pamiętają starą Polkę, która ich leczyła.
Nazywali ją baba Zakuterka, ale nie wiedzą dlaczego.
Potem z Lutowisk wyjechał ksiądz Iwan Mak.
Powędrował przez Słowację do Austrii, a cztery lata później wyjechał
do Kanady.1945 rok Front odchodzi,
dzwony znów wysokoLutowiska znowu
znalazły się w ZSRR. Wieś zmieniła nazwę na Szewczenkowo. Tak jak za
pierwszej radzieckiej okupacji granica była na Sanie. Chociaż nie ma
żadnego duchownego, kiedy tylko front odsunął się na zachód, chłopi
wykopują dzwony i wciągają na dzwonnicę.
Onufry Petiach miał 12 lat i musiał sam
gospodarzyć. Był jedynym mężczyzną w rodzinie. Ojciec umarł w 1945
roku na wrzody żołądka, kiedy jeszcze front stał na Karpatach. W
Lutowiskach był wprawdzie szpital polowy, ale tak załadowany, że z
cywilnymi chorobami nie przyjmowali.
-
Najgorzej, że chcieli mnie wziąć do szkoły. Ja miałem już trzy i pół
klasy, ale z trzech różnych szkół. Byłem rok w polskiej szkole, rok
w sowieckiej i półtora roku w niemieckiej. Nie mogłem się uczyć, bo
mieliśmy gospodarstwo, były kontyngenty. W rok musiałem zdawać 500
litrów mleka od każdej krowy, trzy cetnary zboża za każdy hektar
ziemi. W 1945 roku przed rozpoczęciem nauki matka poszła do
kierownika szkoły. Zaniosła kogucika, kulkę masła i skreślił mnie z
listy.
Pan Onufry całkiem dobrze czyta,
ale pisze z trudem, bez kropek, przecinków, słowo za
słowem.
W 1947 roku władza zaczęła
zapisywać do kołchozu. Do domów tych, którzy się zgłosili, w nocy
przychodzili ludzie z lasu i grozili zabiciem. Potem tym, którzy
chcieli trzymać prywatne krowy, władza kazała podpisywać stosowną
deklarację. Wszyscy mieli krowy. Potem się okazało, że podpisali
akces do kołchozu. Onufry Petiach też się nabrał.
- Bo było napisane po rosyjsku - mówi pan Onufry -
a dużo było niegramotnych. Zresztą już nie było wyjścia. Zabrali
konie, wozy, pługi, brony,
narzędzia.1948 rok Dzwony biją na
nocne chowanieSotnia "Bira" operuje w
polskiej części Bieszczadów. W 1947 roku traci połowę ludzi. Po
akcji "Wisła" przechodzi przez San na radziecką stronę. Przez
granicę przeprowadza ich działająca w okolicach Lutowisk bojówka
"Taraski". Na zimę melinują się w leśnych bunkrach, ale 8 lutego
dopada ich obława wojsk NKWD. Ginie "Bir" i 23 banderowców. Z każdym
miesiącem i rokiem jest ich mniej. Giną, przedzierają się na Zachód,
wracają do domów, inni desperacko trwają.
Dla Bojków w Lutowiskach to były najgorsze czasy.
Gdy na kogoś padło podejrzenie, że współpracuje z partyzantami,
wojsko sowieckie otaczało dom i wysiedlało całą rodzinę. Najwięcej
ludzi trafiło do czelabińskiego obwodu na Uralu. Jeśli ktoś stawiał
opór, błagał o litość albo próbował zabrać jakieś rzeczy, żołnierze
oblewali chatę benzyną i podpalali.
- Nie
było nocy, żeby ktoś w okno nie stukał - opowiada Onufry Petiach. -
Przychodzili Ruscy i mówili, że oni nasi, potem przychodzili
partyzanci i mówili, że też są nasi. Jak ich poznać? Wszyscy w
mundurach, broń ta sama. Nakarmisz jednych, drudzy chatę spalą,
pomożesz drugim, tamci zastrzelą. Nie otworzysz, mordę obiją tak czy
inaczej.
- Mnie czerwone pagony, bo my
tak na wojsko Sowietów mówili, chcieli dopaść w zimie 1946 roku -
mówi Katarzyna Petiach, starsza, 75-letnia siostra pana Onufrego, na
którą wszyscy mówią ciocia Katia. - Ja przez piwnicę do obory i
prosto do lasu, a tam byli nasi chłopcy, co do nas w nocy po chleb
przychodzili. Potem Onufry na koniu przyjechał i powiedział, że
wzięli we wsi dziesięć dziewczyn, które pomagały partyzantom. Dwa
lata się chowałam w lesie. Żyłam w jamach, ziemnych bunkrach
wyścielonych sianem, tylko wkoło zmieloną machorką sypaliśmy, żeby
psy nie wyczuły. Tam u nas jeden stary, bardzo mądry człowiek był.
On wodę na ogień lał i rozmawiał z duszami zmarłych. Pytał naszego
wielkiego poetę Tarasa Szewczenkę, czy będzie Ukraina. On
odpowiadał, że będzie, ale jeszcze nie teraz. Myśleliśmy, że jak nie
teraz, to pewnikiem na wiosnę.
W 1948
roku Stalin ogłosił amnestię i ciocia Katia wyszła z lasu. W zimie
była kolejna obława na partyzantów.
-
Pięć dusz, dziewczynę i jeszcze dwóch Niemców, którzy uciekli z
niewoli, ubili w lesie - opowiada ciocia Katia. - Wyciągnęli ich na
pole i rozebrali do naga. Dziewczyna żyła jeszcze, to straszne
świństwa z nią wyprawiali, męczyli, a na koniec kapitan Piczugin od
czerwonych pagonów dobił jak zwierzaka łopatą. Potem kazali chłopom
zakopać, ale w nocy przyszli nasi z lasu i powiedzieli, żeby ich
pochować po ludzku. Przeszłam po wsi, zebrałam od ludzi lniany
materiał, a dziewczęta poszyły koszule. Chłopcy ze wsi wykopali
partyzantów i przywieźli do Lutowisk. Zrobiliśmy im groby koło
krzyża przy cerkwi. Nasz dziadek przywiózł trumny i pochowaliśmy ich
pięknie, chociaż w nocy i bez księdza, ale w poświęconej ziemi i z
biciem w dzwony.
Zamęczona dziewczyna
nazywała się Anna Popielak. Była z Lutowisk. Miała 14 lat. Na jej
grobie ludzie posadzili jabłonkę, żeby na znak czystości co roku na
wiosnę obsypywała się białymi
kwiatami.1950 rok Dzwony na
dzwonnicy, ale milcząTo się nazywało
"wymianą fragmentów państwowych terytoriów między ZSRR a Polską
Republiką". Rosjanie potrzebowali węgla ze złóż, które w latach 40.
Polacy odkryli na wschodniej Zamojszczyźnie, w okolicach miasteczka
Sokal. Władze polskie wystąpiły więc z inicjatywą dyplomatyczną,
żeby oddać te tereny ZSRR. Kraj Rad przyjął polską prośbę ze
zrozumieniem i odstąpił nam w zamian kawałek Bieszczadów z
Ustrzykami Dolnymi, Krościenkiem, Szewczenkowem. Ludność nie
podlegała wymianie. Każdy zabierał swoich.
25 listopada 1950 roku. Raport z
masowo-politycznej działalności grupy działaczy politycznych
Centralnego Komitetu Komunistycznej Partii (bolszewików) Ukrainy
wśród ludności dolnoustrzyckiego rejonu. We wsiach rejonu ogólne
zebrania kołchoźników odbyły się na niskim ideowo-politycznym
poziomie. Przyczyną tego był nieodpowiedzialny stosunek do
powierzonych zadań poszczególnych pełnomocników obkomu partii. I tak
we wsi Szewczenkowo [dawniej Lutowyszcze] przed kołchoźnikami
wystąpił w nietrzeźwym stanie kierownik obwodowego wydziału zdrowia
towarzysz Krugłow, który zamiast wyjaśnienia postanowienia rządu
opowiedział fantastyczną historię swojego życia z dni Wielkiej Wojny
Ojczyźnianej."Kiedy była wojna, mnie bezpłatnie wozili po miastach
Związku Radzieckiego. Was także, przesiedleńcy, wozić będą
bezpłatnie" - powiedział na koniec. Sekretarz Wydziału Propagandy i
Agitacji rajkomu KP(b) Ukrainy towarzysz Taranowski w ciągu miesiąca
tylko trzy dni spędził na wsi. Cały czas urządzał pijaństwa i w
pijanym widzie obrażał kołchoźników. (...) We wsi Skorodne, kołchoz
im. Bułganina, kołchoźnicy, usłyszawszy o przesiedleniu, na oczach
prokuratora rejonowego towarzysza Babienko rozebrali po domach
wszystkie 128 koni, wozy i cały inwentarz rolniczy. Towarzysz
Babienko nic nie zrobił dla przywrócenia porządku w kołchozie. (...)
Miały miejsce i inne akty niezadowolenia ze strony ostatków
OUN--owskiego podziemia, kułaków i podkułaczników, którzy
aktywizowali swoją szkodniczą działalność. Córka kułaka Krupycza ze
wsi Szewczenkowo powiedziała: "We wschodnich obwodach ludzie puchną
z głodu. Rżnijcie mnie, mordujcie, a tam nie pojadę. Lepiej zginąć
tutaj". Kołchoźnik Kostiw Ilja Mychajłowycz powiedział: "Przy
niemcach miałem konie, orałem i siałem. Władza radziecka wszystko mi
zabrała i teraz chce zabrać moją chatę, krowę, a mnie z rodziną
wysłać tam, gdzie mało ludzi, żebym na kogoś pracował. Nigdzie się
nie wybieram, a jeśli weźmiecie mnie siłą, to weźmiecie tylko mojego
trupa". Kołchoźnica Skorickaja Anna powiedziała: "Jestem polką i w
Polsce mam rodzinę. Nigdzie nie pojadę, zostanę tutaj. Z polakami
nie będzie mi się źle żyło". Kołchoźnik Chrustawka Michaił
poinformował: "Kto pierwszy przyjdzie mnie przesiedlać, temu
siekierą odrąbię głowę i sam się powieszę". Przesiedlona Maniw N.,
która wróciła z chersońskiego obwodu do Szewczenkowa, powiedziała:
"Ja w chersońskim obwodzie byłam i wiem, jak tam ludzie żyją.
Oszukujecie naród. Tam nie ma chat. Wszyscy żyją w ziemiankach.
Nasze chaty sprzedajecie polakom, a my będziemy żyć pod gołym
niebem". (...) Sekretarz Wydziału Propagandy i Agitacji CK KP(b)U
Sobko1951 rok Dzwony zdjęte,
zakopane, pożegnaneSierpień. Wojska
Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego rozbijają działający na tym
terenie oddział UPA pod dowództwem "Propawa".
Ostatniej nocy, z 3 na 4 sierpnia, sześciu
kołchoźników z Szewczenkowa weszło na cerkiewną dzwonnicę i na
sznurach spuściło dzwony na ziemię. Przenieśli je na drągach
kilkanaście metrów w bok, zakopali i dobrze zapamiętali to miejsce.
Część wyposażenia cerkwi: szaty, naczynia, ikony, chorągwie, księgi
i wielkanocny grób Chrystusa, zanieśli do cerkwi w sąsiedniej
Łopuszance, do której czasami chodzili, bo u nich od 1944 roku nie
było duchownego. Łopuszanka zostawała w ZSRR. Był zakaz przywożenia
do Kraju Rad przedmiotów "propagandy religijnej". Wszystko dali
tylko na przechowanie. Byli pewni, że jeszcze wrócą do Lutowisk.
Dzwony też nie raz były zdejmowane i zawsze wracały na
miejsce.
Na jeden wagon przydzielano po
dwie-trzy rodziny, więc każda mogła wziąć najwyżej jedną krowę.
Pozostałe ludzie sprzedawali za bezcen, byle się tylko pozbyć.
Rodzice pani Olgi sprzedali krowę w Ustrzykach i kupili córce długie
buty na drogę.
Wyruszyli zaraz po
żniwach. To była ostatnia deportacja w Sowieckim Sojuzie.
W górach się rodziłem,
W górach chciałem żyć,
Wymyślili Ruskie
Ludzi
wywozić.
Porzucicie góry,
Łąki i doliny,
Bo my
was zawieziem
Na wschód Ukrainy.
Na wschód Ukrainy,
Na
chersońskie stepy,
A rodzinną
ziemię
Wezmą se Polaki.
W niedzielę wieczorem
Słoneczko zachodzi,
Ukraiński naród
Do
wagonów wchodzi.
Ta pieśń powstała w
podróży. Ułożył ją Anton Czupil, jeden z przesiedleńców. Zanim
dotarli na miejsce, śpiewali ją we wszystkich wagonach. To bardzo
powolna, rzewna pieśń. Nie pasuje rytmem do stukotu kół pociągu.
Trochę płacz, trochę skarga, zawodzenie, jak wszystkie bojkowskie
pieśni.
Ściśle tajne. Notatka wydziału
milicji drohobyckiego obwodu o sytuacji podczas wysiedlenia z
terytorium przekazanego Republice Polskiej. 4 sierpnia we wsi Rabe
dolnoustrzyckiego rejonu spłonął dom należący do Starjawskiego Iwana
Hryhorowicza, urodzonego w 1882 roku, Ukraińca, obywatela ZSRR.
Pożar wybuchł dwie godziny po wyjeździe Starawskiego z rodziną na
stację załadunkową. W trakcie wyjaśniania przyczyny powstania pożaru
stwierdzono, że Starawski na dzień przed wyjazdem kupił w sklepie
świecę, co chciał ukryć podczas przesłuchania, co powoduje
przypuszczenie, że dom podpalił osobiście Starawski. Materiały ze
śledztwa przesłano do miejsca przesiedlenia Starawskiego w celu
zdecydowania o odpowiedzialności
karnej.1951 rok Dzwony
dalekoMiejsce przesiedlenia 274
rodzin (1043 osób) z Szewczenkowa to wieś Dudczany w kołchozie
Krasnoflotiec nad dolnym Dnieprem, prawie tysiąc kilometrów na
południowy wschód od Bieszczad.
Ludzi
przesiedlano całymi wsiami, więc jak dziewczyna z Lutowisk wyszła za
mąż za chłopaka z sąsiedniego Skorodnego, to po deportacji znalazła
się o pół tysiąca kilometrów od rodziców, bo Skorodne rzucili do
Donbasu.
- Byliśmy przerażeni, kiedy nas
tam przywieźli - wspomina Olga Petiach. - Straszna pustka. Spalony
step. Nawet psów i kotów nie było, bo wszystkie zjedli w 1946 i 47
roku, w czasie wielkiego głodu. Na dwieście chat było tylko
kilkanaście kóz. Mówiliśmy na nie stalinowskie krowy. Tu nawet
ptaków nie było, tylko wróble i wrony. Dopiero jak nasadziliśmy
drzew owocowych, to inne przywędrowały.
Na miejscu nie czekały na nich obiecane domy.
Musieli zamieszkać w ziemiankach albo dopychano ich do maleńkich
domków starych mieszkańców, więc natychmiast zaczęły się
konflikty.
- Oni byli zupełnie inni -
mówi pan Onufry. - My przyjechaliśmy w narodowych strojach,
wyszywanych koszulach, serdakach, wstążkach, a u nich moda sowiecka,
frontowa. Na co dzień chodzili w roboczych łachach, szyli sobie
ubrania z worków. My do dzisiaj mówimy po bojkowsku, oni mieszanką
ukraińsko-ruską, my na zabawach graliśmy na skrzypkach, oni na
harmoszkach. Przez parę lat nie było tygodnia bez mordobicia. Bili
się młodzi. Bandery z Moskalami. Do dzisiaj tak na siebie
mówimy.
W ustach jednych i drugich są to
obelgi.
Przesiedleńcom odebrano dowody
osobiste, żeby nie mogli uciekać. Kiedy ktoś chciał pojechać do
miasta, musiał wziąć przepustkę. Po kilku latach ktoś w Dudczanach
znalazł w polu resztki spalonych dowodów osobistych dawnych
mieszkańców Lutowisk. Przewodniczący wiejskiej rady, z rewolucyjnej
czujności, chciał definitywnie rozwiać marzenia o powrocie. Nowe
dowody dostali dopiero w latach 60.
Domy
wcale nie były największym problemem. Te powolutku stawiali. Władza
dała drewno na dachy (zresztą tuż przed wyjazdem w sposób rabunkowy
wycięte w okolicach Lutowisk), ściany robili z gliny. Każda rodzina
przywiozła z Lutowisk krowę, żeby mieć mleko dla dzieci, mieli więc
we wsi prawie trzysta krów i ani jednego byka. W żadnym okolicznym
kołchozie nie było bydła.
- Krowy traciły
już mleko - relacjonuje pan Onufry - pora była na krycie, a tu
najbliższy byk w sąsiednim obwodzie. Co robić? Uradziliśmy, że
trzeba jechać, ale dla jednej krowy nie wynajmę całego wagonu
towarowego. Poszedłem z chłopami na stację i wpakowałem moją Krasną
do osobowego. Po dziewięciu miesiącach urodziła się następna krowa.
Dopiero za czwartym razem trafił się
byczek.1968 rok Dzwony
zapomniane- W latach 80. - wspomina
Natalia, córka Olgi i Onufrego - kiedy byłam dziewczynką, myślałam,
że banderowskie kury to jest taka rasa. Są karmazyny, zielononóżki,
to i banderowskie mogą być. Kiedy sąsiadka przeganiała nasz drób ze
swojego podwórka, zawsze się darła: "znowu mi tu łażą te
banderowskie kury!".
Sąsiadka należy do
miejscowej mniejszości. Była tu, kiedy przywieziono ludzi z
Lutowisk. Kiedy sześć lat temu likwidowano kołchoz i dawano działki
byłym i obecnym pracownikom, miejscowi postulowali, żeby banderowcom
ziemi nie dawać.
Natalia miała 12-13 lat
i nic nie wiedziała o banderowcach. To był zakazany temat. W
Dudczanach nawet z własnymi dziećmi nie rozmawiało się o najnowszych
dziejach.
Do końca życia nie zapomnę
81-letniej babci Marii. W czerwcu tego roku byłem w Dudczanach.
Kiedy odwiedziłem ją i powiedziałem, że chcę porozmawiać o
partyzantach z UPA, weszła pod łóżko.
Wiktor Iwanowycz Lytowczenko od 33 lat kieruje
kołchozem Krasnoflotiec. Dzisiaj nazywa się to Towarzystwo
Gwarantowanej Wypłacalności i faktycznie jest dobrowolnym kołchozem.
Wcześniej Litowczenko przez kilka lat był tutaj sekretarzem
Komunistycznej Partii Ukrainy. Jego rodzina pochodzi z Dudczan. Jest
jednym z niewielu miejscowych, który ożenił się z dziewczyną z
Lutowisk. Skarżę mu się, jak ciężko mi tutaj rozmawiać o dawnych
czasach.
- Żył tu kiedyś z nami były
nauczyciel matematyki z Lutowisk - opowiada przewodniczący kołchozu.
- Siedział kilka lat w więzieniu, bo tuż przed deportacją podobno
coś tam specjalnie podpalił. 20 lat był moim osobistym kierowcą, a
na sto procent nie wiedziałem, za co go posadzili. Czasami widziałem
przyjezdnych, jak chodzili pobici, pokrwawieni, ale w niczym nie
mogłem się rozeznać, a to było, kurna go mać, moje zadanie jako
sekretarza. Oni wszystko załatwiali między sobą. Nie potrzebowali
naszej władzy. Patrz pan: moja żona! Też przede mną
konspirowała.
W 1968 roku Lytowczenko
miał zostać pierwszym sekretarzem rejonowego komitetu partii w
Nowoworoncowce. Zaakceptował go obwodowy komitet partii w Chersonie,
centralny komitet w Kijowie, był na bardzo miłym spotkaniu z
pierwszym sekretarzem KPU Szczerbickim i na dwa dni przed nominacją
wkroczyło KGB.
- Własna żona mi nie
powiedziała, że ma ciotkę w Kanadzie! - wrzeszczy Wiktor Lytowczenko
i robi się czerwony jak burak ćwikłowy. - Wszyscy ludzie z Lutowisk
o tym wiedzieli, a ja nie wiedziałem! No i już czterdzieści pięć lat
morduję się w tym cholernym kołchozie. Ciotka w Kanadzie była gorsza
niż karabin maszynowy w tapczanie. W Kanadzie zebrała się prawie
cała niepodległościowa emigracja ukraińska: ocalali z UPA,
Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, żołnierze dywizji SS
Hałyczyna.
Eugeniusz Gruszkiewicz jest z
ukraińsko-polskiej rodziny z Zamojszczyzny. W 1944 roku jako dziecko
był przesiedlony z całą rodziną do Dudczan. Jest nauczycielem
historii i komunistą. Dziesięć lat uczył Natalię Klasztorną jednego
i drugiego. Kilka lat był nawet dyrektorem miejscowej
szkoły.
- Pawlik! - pan Eugeniusz woła
wnuka. - Jeśli hetman Mazepa przez 20 lat był z carami, był wiernym
sojusznikiem Piotra I, a potem przeszedł na stronę Szwedów, to kto
on? Bohater?
- Zdrajca! - krzyczy
ośmioletni Pawlik.
- Tak jest! Tak
napisaliśmy w referacie, który zadali wnukowi. I co dostał? Pałę! Bo
w podręcznikach on bohater. Odszedłem w 1991 roku, po 36 latach
pracy, po rozpadzie Związku Radzieckiego. Półtora roku mi zostało do
emerytury, ale ja dzieci nie będę uczył takich rzeczy. Nigdy,
przenigdy przez gardło mi nie przejdzie, że Petlura to bohater, że
Bandery to bohatery. W podręcznikach historii więcej jest o UPA niż
o Armii Czerwonej i Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej. Bandyci
bohaterami!
- Jak pan mógł tyle lat
pracować z ludźmi, których nazywaliście Banderami?
- Ci, co mieli krew na rękach, byli na Sołowkach
albo na Kołymie. Tutaj byli 14-15-letni chłopcy, których dorośli
omotali. Ja ich obserwowałem, bo byłem sekretarzem.
- Braliście ich do partii?
- Oni nie
chcieli.1999 rok Dzwony
przypomnianeW Dudczanach zatrzymałem
się u Olgi i Onufrego Petiachów. Każdego wieczoru biesiadowaliśmy na
podwórku pod włoskim orzechem. Piliśmy samogon, a pan Onufry snuł
opowieści z najnowszych dziejów ZSRR, na przykład jak cztery lata
stał w kolejce po nowe opony do swojego żiguli. Nie były nawet
drogie, ale żeby dostać przydział, musiał jeszcze "zdać" krowę do
punktu skupu. Na samochód dawali po dwie opony, na motocykl po
jednej.
Poradzili sobie z bykami, domami,
stalinowskimi kontyngentami, oponami do samochodów, podatkami od
drzew owocowych, a z cerkwią w Dudczanach jakoś od dziesięciu lat
nie mogą sobie poradzić.
Jeszcze w latach
40. był tutaj stary monastyr, ale został wysadzony po ostatniej
wojnie, a w radzieckich czasach o budowie nowej świątyni nikt nie
chciał słyszeć. Religijni Bojkowie przez 40 lat chodzili pieszo do
oddalonej o 12 kilometrów Kaczkariwki. Zresztą nie wszyscy chodzili,
bo to była cerkiew prawosławna, do tego moskiewskiego patriarchatu,
a więc Moskale.
Kiedy Ukraina odzyskała
wolność, przesiedleńcy z Lutowisk uczcili to budową cerkwi. Nie
mieli jednak księdza. Greckokatolicka Cerkiew, wcielona na siłę do
prawosławia przez Stalina w 1946 roku, dopiero zaczęła wychodzić z
podziemia, nie miała duchownych, więc rada cerkiewnej gromady (rada
parafialna) sprowadziła swiaszczennika prawosławnego, ale nie z
moskiewskiego, tylko kijowskiego patriarchatu. Tak już zostało.
Parafianie odzyskali też część wyposażenia, które 40 lat temu
zostawili na przechowanie w Łopuszance w zachodniej Ukrainie,
wybudowali dzwonnicę i wtedy przypomnieli sobie o dzwonach, które
zakopali w przeddzień deportacji.
Z
sześciu mężczyzn, którzy chowali dzwony, ostatni umarł Josyf
Petiach. W 1996 roku, przed śmiercią, powiedział Fedirowi
Hrycuniakowi, gdzie ich szukać. Pan Fedir jest kumem Onufrego
Petiacha. Miał siedem lat, kiedy go wywozili z Lutowisk. Uciekł, ale
go złapali pod Kijowem i znowu wsadzili do pociągu do
Dudczan.
W 1999 roku rada cerkiewnej
gromady w Dudczanach zebrała fundusze i z Anną Isajewą, starostą
gromady, wyprawia go do Polski. Jechali po dzwony zakopane w
Lutowiskach. Mieli pożółkły ze starości plan wyrysowany na kartce
wyrwanej z zeszytu, który Iwan Pachołycz, inny z zakopujących
mężczyzn, sporządził przed śmiercią. Gdy dotarli na miejsce, okazało
się, że w Lutowiskach nie ma już greckokatolickiej cerkwi pod
wezwaniem świętego Michała Archanioła, nie ma stojącej kiedyś obok
niej dzwonnicy, w której na dole, pod dzwonami, mieściła się
czytalnia (biblioteka parafialna). W kwietniu 1980 roku, za zgodą
lokalnych władz i konserwatora zabytków, zostały rozebrane. Z
uzyskanych materiałów proboszcz z Lutowisk zbudował w Dwerniku
rzymskokatolicki kościół pod wezwaniem świętego Michała
Archanioła.1999 rok Dzwony
wykopane, zaaresztowaneKiedy Fedir
Hrycuniak przyjechał do Lutowisk, wójt Włodzimierz Podyma
zorganizował prace interwencyjne dla bezrobotnych. 16 czerwca 1999
roku na wzgórzu, gdzie stała cerkiew, stawiło się sześciu
mieszkańców Lutowisk ze szpadlami i żołnierze z 14. Brygady
Pancernej Ziemi Przemyskiej z wykrywaczem metalu. Obok wójta stanął
przedstawiciel Biura Pełnomocnika Rządu ds. Polskiego Dziedzictwa
Kulturowego za Granicą. Przyszło kilku gapiów. Fedir Hrycuniak
podniósł wysoko żelazny łom i uderzył, a spod ziemi wielkim głosem
odezwały się dzwony. To ostatnia bojkowska legenda, którą opowiadają
w Dudczanach.
- Bo naprawdę było inaczej
- wspomina pan Fedir. - Pokazałem, gdzie kopać. Ludzie zrobili
wielki dół i nic... Zdenerwowałem się, że ktoś wykradł nasze dzwony.
Wskazuję inne miejsce, żołnierze sprawdzają wykrywaczem: jest!
Kopiemy... To był szrapnel z czasów wojny. Za trzecim razem dopiero
trafiliśmy.
Z ziemi wydobyto dwa
znakomicie zachowane dzwony: wielkiego Iwana i mniejszego Mychajłę.
Tylko żelazne serca i koromysła (urządzenia, na których kołyszą się
dzwony, po polsku zwane wieszakami) rdza przeżarła.
Oba dzwony były bite w Odlewni Dzwonów Rodziny
Felczyńskich w Kałuszu koło Stanisławowa (dzisiaj na Ukrainie). To
słynny w Europie ludwisarski ród, który odlewa dzwony nieprzerwanie
od 197 lat. Dzisiaj mają pracownie w Przemyślu i na Śląsku. Mychajło
powstał w 1898 roku, wtedy, kiedy zbudowano cerkiew w Lutowiskach.
Prawdopodobnie został ufundowany ze składek parafian. Większy dzwon
jest młodszy o około 30 lat. Na bokach kielicha ma napis w języku
starocerkiewnym: "Iwan ofiarowany za odpuszczenie grzechów swoich
zmarłego Iwana Laszczyńskiego za staraniem Daniła Laszczyńskiego i
jego zięcia Mychajły Iwaniwa". Dzwony wykopane 16 czerwca nie
trafiły jednak na pustą dzwonnicę w Dudczanach na Ukrainie, ale do
policyjnego garażu w Lutowiskach w Polsce.
Przed wykopaniem dzwonów minister Stanisław
Żurowski, pełnomocnik rządu ds. polskiego dziedzictwa kulturalnego
za granicą, ustnie ustalił z ministrem Aleksandrem Fedorukiem, swoim
odpowiednikiem w rządzie Ukrainy, że zorganizujemy poszukiwania
dzwonów i wyrazimy zgodę na ich wywiezienie, ale tylko na zasadzie
wzajemności.
Po odszukaniu dzwonów biuro
pełnomocnika zażądało od Ukraińców zwrotu obrazu Jacka Malczewskiego
"Jezus Chrystus przed obliczem Piłata", a gdy na to nie przystali,
rzeźby Cypriana Godebskiego z 1875 roku "Madonna z niemowlęciem",
która stoi przy kaloryferze w magazynach muzealnych Lwowa i nigdy
nie była eksponowana. Nasze wymagania są coraz mniejsze. Ostatnio
chcieliśmy odzyskać mały zbiór broszur, ale i na to Ukraińcy nie
przystali i ciągle nie wychodzą ze swoją propozycją. Sprawa dzwonów
z Lutowisk stawała nawet dwa razy na posiedzeniach komitetu
konsultacyjnego prezydentów Polski i Ukrainy. Ostatnią ostrą notę
ukraiński minister przysłał w kwietniu tego roku, ale także nie była
poparta propozycją wymiany.
Mieszkańcy
Dudczan zupełnie nie rozumieją takiego "barteru". W liście do
Jerzego Bahra, ambasadora Polski na Ukrainie, pytają, dlaczego nie
chcemy zwrócić im symboli kultury duchowej i materialnej ich
przodków, dlaczego tak bardzo nam na nich zależy, skoro przez tyle
lat, aż do ostatnich czasów, cerkiew, którą nam zostawili, była
dewastowana, rozkradana, a wreszcie rozebrana.
Anna Zinziuk, której ojcu w czasie pierwszej wojny
przyśniła się głowa dziada, mówi, że więcej niż połowa ludzi w
Dudczanach nie chodzi do cerkwi, bo to prawosławna
świątynia.
- Ja przyszła do cerkwi tamtoi
nedili, klakała, a meni każut' diwczata: "Wstawajte, bo ne wilno
klakaty". A ja jej każu: "Czoho ja budu stojaty i se mołyty jak
Żyd...".
- A na dzwony to my składowali -
dodaje. - To oddajte pany Poliaky. One nasze,
ludzke.2001 rok Dzwony z Dydiowej
też śpią- Ja tam nie byłem na tych
wykopkach - mówi Antoni Brukała, który dzisiaj mieszka w
Lutowiskach. - Jest się na co gapić, jak w ziemi grzebią. A potem
chodzili tu jacyś Ukraińcy i nam w obejścia zaglądali.
Pan Antoni dąsa się jak mały chłopiec, któremu
chcą zabrać loda. Przyjechał do Lutowisk w listopadzie 1951 roku.
Miał 22 lata. Został przesiedlony z Krystynopola koło Sokala, za
które Związek Radziecki dał nam część Bieszczad. Jego rodzina zajęła
dom koło cerkwi. To była chata Antona Czupila, tego, który w pociągu
do Dudczan ułożył pieśń o przesiedleniu lutowickich ludzi. To jedna
z niewielu starych chat, która stoi do dzisiaj. Pan Antoni wprawdzie
postawił z dziećmi nowy, wspaniały dom z suporeksu, ale starego nie
rozebrał, bo ciągle ma tam swój warsztacik stolarski. Antoni Brukała
pracował z końmi na wyrębie, z zamiłowania zajmował się stolarką, a
w niedzielę był kościelnym i służył do mszy świętej jako ministrant.
Aż do 1963 roku Polacy w Lutowiskach korzystali z cerkwi, bo kościół
został w czasach radzieckich kompletnie zdewastowany.
- Niewiele w tej cerkwi było - opowiada pan Antoni
- więc pojechaliśmy do Krywki i z tamtejszej cerkwi wzięliśmy
wszystko, co potrzeba. Tam do dziś nikt nie zamieszkał. Wzieliśmy
szaty, chorągwie, naczynia, księgi, kilka ikon, a nawet trzy dzwony,
które zawiesiliśmy w Lutowiskach na naszej dzwonnicy. Gdy rok
później poszedłem do wojska, ktoś w nocy podjechał samochodem,
spuścił je na dół i gdzieś wywiózł. To były czasy, kiedy w nocy nie
wychodziło się po próżnicy z chałupy. Ludzie gadali, że UB zabrało
dzwony na pomnik Świerczewskiego w Przemyślu. Mówi się, że dzwony to
są prawosławne organy (prawosławni i unici nie używają w liturgii
instrumentów), że to jedyna muzyka biednego człowieka. Nikt nie wie,
co się stało z 400 dzwonami z polskiej części Bieszczad, które przed
wojną zwoływały mieszkańców na modlitwę. Zaczęły znikać w czasie
akcji "Wisła". Prawdopodobnie były zakopywane przez wysiedlanych
ludzi. Te, które zostawały na dzwonnicach, konfiskował Urząd
Bezpieczeństwa. Tak było w Rabem. Dzwony z cerkwi w Ustrzykach
Dolnych zostały przewiezione do Strwiążku, bo tamtejsza cerkiew była
czynna, a w Ustrzykach był magazyn. Co się stało z dzwonami ze
Strwiążku - nikt nie wie. Cerkiew w Ustrzykach jest już czynna. Mają
dzwony wykopane w Rymanowej Woli.
Zdarza
się, że do Polski przyjeżdżają ludzie z Ukrainy i cichaczem wykopują
dzwony, a potem wywożą je do siebie schowane w transporcie
ziemniaków. Dawni mieszkańcy Żurawina, korzystając z panującego w
Polsce zamieszania (był 1989 rok), wywieźli swój dzwon oficjalnie. W
1997 roku w Michniowcu zniknęły dzwony z dzwonnicy. Policjanci z
Lutowisk przypuszczają, że kradzieży dokonali
Ukraińcy.
Wiele
prób poszukiwania dzwonów przez dawnych mieszkańców tych ziem kończy
się niepowodzeniem. Tak było w Dydiowej, w Łokciu, w Trzciańcu.
Niewykluczone, że śpią w ziemi do dzisiaj.
Kilka lat temu do Bystrego koło Czarnej
przyjechali dawni mieszkańcy tej wioski. W czasie rozmowy z
miejscowymi menelami ktoś z przyjezdnych wygadał się, że pod
ołtarzem zakopany jest dzwon. Cerkiew jest w ustawicznym remoncie,
więc menele w nocy wykopali dzwon i próbowali sprzedać go na złom.
Wpadli przy sprzedaży. W Krywem menele także wykopali dzwon, ale
kupił go jakiś ksiądz. Policjanci nie wiedzą który.
Dzwony z Lutowisk chciał przejąć arcybiskup Jan
Martyniak, metropolita przemysko-warszawski obrządku
greckokatolickiego, a także parafianie z Dwernika, którzy mają
kościół zbudowany z materiałów po cerkwi w Lutowiskach. Proponowali,
że w zamian ufundują nowe dzwony dla cerkwi w Dudczanach.
Z 26 bojkowskich cerkwi jeszcze w czasie wojny
działających w gminie Lutowiska przetrwały tylko trzy. Żadna nie
jest czynna. Chorągwie i ikony z cerkwi z Lutowisk przed rozbiórką
świątyni zostały rozkradzione, ławki trafiły do miejscowego kościoła
łacińskiego, a dębowy ołtarz do cerkwi w Żłobku.
- Krzyż do noszenia w procesjach sam naprawiłem -
mówi Antoni Brukała. - Ramiona Chrystusowi odpadały, to
poszyftowałem i był jak nowy. Do dzisiaj nam służy. Do rozbiórki też
się włączyłem, nawet dałem dziesięć ołówków stolarskich, bo wtedy
niczego nie było, a moja żona w sklepie pracowała, to mi kiedyś całą
paczkę, sto sztuk, kupiła na
zapas.2001 rok Dzwon Mychajło prosi
o odpuszczenieBrat pana Onufrego,
Wasyl, ten, który walczył w UPA odnalazł się w końcu lat 60. Odezwał
się z Anglii. Od ucieczki z Ukrainy w końcu lat 40. nie odwiedził
ojczystych stron.
Janusz Ziółkowski, wuj
Jadwigi Sklepkiewicz, po wojnie wrócił do Polski. Do końca życia
mieszkał w Sanoku, możliwie najbliżej Lutowisk, które były wtedy w
ZSRR.
Pani Jadwiga po wojnie zamieszkała
w Legnicy. Była nauczycielką w szkole dla niemieckich dzieci, potem
dyrektorką w żydowskiej szkole, ale jedni i drudzy wyjechali.
Proponowali jej pracę w ukraińskiej szkole, ale nie mogła się
przełamać. Czasami odwiedza Lutowiska.
Johann Backer po wojnie mieszkał w Bonn. Został
aresztowany w roku 1971. Dwa lata później w Berlinie Zachodnim odbył
się jego proces. Został skazany na dożywocie.
Po wojnie Lejba Rand napisał list do rodziny Marii
Srogiej, ale nie znał adresu, więc wysłał go na wiejską radę. Nie
oddali im listu. Pani Maria wie, że przyszedł z Izraela. Szukałem
przez Internet w różnych organizacjach żydowskich zajmujących się
odnajdywaniem zagubionych rodzin ludzi pochodzących z Lutowisk.
Odezwało się zaledwie kilka osób, ale to byli Żydzi z drugiego albo
trzeciego pokolenia tych, którzy przed II wojną światową wyjechali z
rodzinnego miasteczka do Ameryki albo Izraela.
Kiedy ludzie z Dudczan jadą na zachód kraju, do
Galicji, miejscowi nazywają ich Moskalami, jak wszystkich Ukraińców
ze Wschodu.
W czerwcu tego roku byłem z
Natalią Klasztorną w Lutowiskach. Poszliśmy na policję. Komendant
posterunku otworzył garaż, gdzie stoją dzwony. Wynosimy mniejszego
Mychajłę na podwórko, chwytamy we dwóch za koromysło i z największym
trudem unosimy do góry.
- Uderz, Natalia.
Zobaczymy, jak śpiewa.
Dziewczyna bierze
w ręce przerdzewiałe serce (na Ukrainie nazywają je duszą) i muska
dzwon jak piórkiem.
- Walnij dziewczyno
porządnie, bo dłużej nie utrzymamy!
-
Kiedy nie mam śmiałości - szepcze zapłakana Natalia i uderza z
całych sił.
Ludzie wierzą, że dzwon modli
się słowami wyrytymi na jego bokach.
Po
50 latach milczenia Mychajło zaśpiewał: "Odpuść, Panie, grzechy
naszych zmarłych. Prosty Hospody hrichy naszych pomerszich".
|