Lypna/Lipna



55 lat temu, 28 kwietnia 1947 r. rozpoczęła się Akcja „Wisła", wojsko polskie zaczęło wysiedlać ludność ukraińską z 325 miejscowości obszaru południowo-wschodniego kraju na terytoria zachodnie i północne. Wiele z nich opustoszało na zawsze. Kilkanaście na zachodniej Łemkowszczyźnie. Wśród nich Lipna.

Bohorodycia z opuszczonej wsi, czyli mała historia Ołesia Maśleja

Leszek Wołosiuk

Zimowy wiatr pochyla gałęzie starych lip. Rosły koło cerkwi.
- Kiedyś było ich tu wiele, gdyż od nich pochodzi nazwa wioski Wsi nie ma. Zarosła lasem.
- Szarą olchą, którą na Łemkowszczyźnie tępiono jako chwast leśny. „Lipna ciągnie się w dolinie wzdłuż rzeki Lipnianki, dopływu Ropy w dorzeczu Wisłoki" - brzmi opis sprzed lat. Dziś mógłby brzmieć: „pozostał po niej zniszczony cmentarz wiejski, kilka krzyży przydrożnych i dwie porosłe olchą polany".
- Na tej, gdzie lipy, stalą cerkiew unicka, bo w 1931 roku część lipnian powróciła do prawosławia po tzw. schizmie tylawskiej i koło cmentarza zbudowali sobie nową.
Miejsce po świątyni znaczy wzgórek. Wokół zamarły zdziczałe drzewa owocowe.
- Grusze i śliwy trzymają się najdłużej.
Tu i ówdzie wystają resztki fundamentów po domach. Porosły je krzaki.
- Latem tego nie widać, gdyż roślinność miłosiernym płaszczem zieleni kładzie się na przeszłości i wzrok zabłąkanego wędrowca chroni przed pamięcią. Dobrze, że spadł śnieg, gdyż najlepiej wydobywa to co tu niegdyś było.
A co w wyobraźni Ołesia Maśleja układa się w wielką i małą historię.
Wielka służy mu do porównań z małą. Mała do refleksji nad swoimi korzeniami. Wielką potwierdzają encyklopedie, muzea, cmentarze. Mała trwa w pamięci deportowanych, a z jej strzępów potomkowie zszywają sagi rodzinne. Z wielką się nie dyskutuje, bo wdarła się tu z zewnątrz, rozlała krew i łzy, co dawno podsumowali dziejopisowie, a co dodatkowo poświadcza niedawno odnowiony cmentarz wojskowy z I wojny światowej. O małą sprzeczają się nieliczni historycy, choć tkwi niczym cierń w tych, którym 55 lat temu kazano opuścić ojcowiznę i rozwiezione po kraju w eskorcie żołnierzy z polskimi orzełkami na czapkach. Wielką błogosławi czas, patyną szacunku zachodzą eksponaty, dostojnie stygnie chwała bitew, jak tej pod Gorlicami, która w maju 1915 r. dała początek ofensywie wojsk austriackich i niemieckich w Galicji i przełamała front rosyjski. A mała pięknieje chyba tylko w myślach Ołesia, urodzonego na wygnaniu i po wróconego na ziemie ojców, ale w zamian pozwala ożywiać tak doskonały świat przodków, jaki tylko wyobraźnia zdoła wyczarować.

*

Na niszczejących piwnicach rosną więc najpierw ściany domów z ciosanych belek, kładzionych na grubym sznurze, smarowanym dziegciem, żeby nie zalęgało się robactwo.
- Łemkowie wytwarzali dziegieć z leśnego drewna oraz mazidło z ropy naftowej wyciekającej ze stoków Beskidu Niskiego i handlowali nimi od XVIII w. do ostatniej wojny - Oleś z lubością sięga po motek pamięci, nawijany dygresjami. I rozwija: - Obsługiwali pokaźną część ówczesnego transportu i rolnictwa. To jakby dziś zaopatrywać stacje benzynowe w oleje, mazią bowiem smarowano osie pojazdów konnych, od pańskich powozów po chłopskie furmanki, a dziegciem konserwowano m.in. uprzęż konną. Mieli hurtownie tych smarowideł od Dorpatu po Rijekę i od Salzburga po Berdyczów.
Do drzwi wejściowych prowadzą kamienne schodki.
- Rozkradziono je, czy zapadły się w ziemię, która przyjmie wszystko?
W oknach po jednej i drugiej stronie wejścia czerwienią się pelargonie, a tam, gdzie są panny na wydaniu, zielenieje asparagus, paprotka i mirt.
- Asparagus i paprotka do wiązanki ślubnej, a mirt na wianek i na kotyliony dla gości weselnych.
Wyżej sterczą dachy z gontu.
- Pokrywał nie tylko dom, ale - podgórskim zwyczajem - wzniesione w jednej linii ciągłej, łączące się z nim zabudowania gospodarcze, więc oborę, chlew i stodołę.
I tak żyją sobie lipnianie w 176 obejściach, położonych wzdłuż dróg po obu stronach Lipnianki. A na ich rozwidleniach, przy ścieżkach i przejściach stoją na kamiennych cokołach żelazne, dwuramienne krzyże.
- Nie ma na nich Ukrzyżowanego, gdyż obrządek wschodni w takich razach woli poprzestać na symbolu. Trudno umieścić Boga, nawet jeśli przyjął postać Człowieka, na krzyżu dwuramiennym - Oleś godzi teologię z praktyką. I wraca do małej historii: - To, że krzyże przydrożne były z żelaza, a nie z drewna, świadczy, że wieś była bogata. Po półwieczu jednak nawet one padają i nie ma komu ich podnosić.
A po obu stronach wsi ciągną się zbocza wzgórz, a na nich siatka bruzd oddziela pola uprawne.
- Ileż setek lat musiano tu gospodarować, iżby - wyrównując te poletka -na stokach górskich wyrobić miedze metrowej, dwumetrowej wysokości! Patrząc na te bruzdy-tarasy, choć porośnięte lasem, uważne oko ludzkie dostrzeże zimą, że tu była wieś.

*

Pierwszy raz trafił do Lipnej 13 lat temu, kiedy szukał nowego miejsca na „Łemkiwśką Watrę'" („Watrę Łemkowską"), na którą wcześniej bez rozgłosu zjeżdżali wypędzeni stąd mieszkańcy najpierw do Czarnej, potem do Hańczowej i Bartnego. Od 1990 r. na trzydniowe „Ognisko Łemków", od tamtego roku urządzane koło wsi Żdynia, ściągają w lipcu z Polski ł ze świata sędziwi mieszkańcy tych ziem, wywiezieni po roku 1945 na Ukrainę, a w 1947 na ziemie zachodnie i północne Polski. Z przyczyn „naturalnych" coraz częściej i w większej liczbie zjawiają się tu ich dzieci i wnuki. Czasem z fotografiami sprzed lat, na których uwieczniono fragmenty wsi, których już nie ma.
Wtedy odnalazł kapliczkę. Trwała niżej, u stóp skarpy, nad nią szumiał las.
- Wśród lip stała sobie Matka Boża z Dzieciątkiem na ręku, wpatrzona w bezkres nieistniejącej wsi, spowota barwinkiem. U Jej stóp kwitły także inne kwiaty, posadzone ludzką ręką, pięćdziesiąt, może sto lat temu. W leśnej głuszy zwyczajne kwiaty ogrodowe! Przez tyle lat przyroda ich nie zagłuszyła!
Wkrótce zniszczył je człowiek, gdyż tuż obok wybudowano drogę, aby traktory i samochody ciężarowe mogły nią wywozić drzewa wycinane w połemkowskich lasach. Lipy ścięto, skarpę wyrównano, a kapliczkę posadowiono wyżej. I tak Bogorodycia z Lipnej została nad nową szosą, między dwiema wyżej rosnącymi lipami, które dla Niej oszczędzono.
- Trzeba pamiętać, że zajął się tym pan Zygmunt Wojtasiewicz, prezes Koła Myśliwskiego „Dzik" w Gorlicach. Dziś bywa nazywana Madonną Lipniańską, głównie przez myśliwych, którzy zaglądają tu najczęściej. Zaś pan Wojtasiewicz, chociaż nie jest Łemkiem, odnajduje i odnawia kolejne krzyże i kapliczki łemkowskie.
Wiosną, latem i jesienią Madonna Lipniańską tonie w barwinku.
- Barwinek bywa uważany za symbol Łemkowszczyzny. To ziele jest wszędzie, przetrwa wszystko. Ma w sobie mistyczny dramatyzm łączący miłość ze śmiercią. „Ziele i do kochania, i do grobu" - powiada nasze przysłowie.
Ta dzicz i głusz, która wchłonęła Lipną, wprawia go w zadumę.
- Nad przyrodą która trwa dłużej niż człowiek, zawsze znajdzie sobie miejsce i - rządząc się swoimi prawami - sama się w nim rozgości. Nad wiejskimi krzyżami przydrożnymi, które upadają i nie ma kto ich podnosić. Jeśli nie będzie pomocnej dłoni z polskiej strony, my, Łemkowie, których dzisiaj jest tu po parę rodzin w danej miejscowości, nie damy rady wszystkich odnowić. Jeśli tymi śladami kultury ludzkiej, resztkami architektury sakralnej nie zajmie się z urzędu konserwator zabytków, to kto? Że brak środków? A komuż ich zbywa? Że ideologia? Jaka? Polska? Katolicka? Takie myślenie zaciera w nas człowieczeństwo. Gdyby tak uważali Hiszpanie, cóż zostałoby po kulturze Maurów? Gdyby podobnie postępowali Francuzi, Niemcy, Anglicy, nie byłoby śladu po Celtach i Rzymianach. Czyżby komunizm aż tak nas ,,przekręcił", że lekceważymy wszelkie ślady po kulturze duchowej? Że pozwalamy, by nawet cmentarze zarosły?

*

Żeby odnaleźć stary cmentarz opuszczonej wsi, trzeba przejść rzekę i znowu wspiąć się na zbocze naprzeciw kapliczki Bohorodyci Lipniańskiej. Od rzeki wiedzie doń wyrąbana w półwiecznym lesie ścieżka.
- Na łemkowskich polach przyroda wzniosła piękne konstrukcje. Jak ten las, zmieniający barwy wiosną, latem i jesienią, w dodatku każde drzewo zmienia je inaczej. A rosną tu i modrzewie, i sosny, i buki, i brzozy, i olchy. Olcha pleni się szybko, czteroletnie drzewko kwitnie już i sypie nasionami. Nasiona poniesie wiatr, opadną, a trochę słońca i deszczu zrobi resztę. Tym bardziej, że nie przeszkadzają jej tereny podmokłe.
Przy ścieżce przybita do drzewa strzałka i napis: „Cmentarz wojny 1914-18". Oleś odwraca się w stronę płynącej w dole rzeki:
- Tu była góra, którą ścięto, żeby wybudować most nad Lipnianką dla nowej drogi przez las, potrzebnej do wywózki drewana. Łemkowskie lasy w pokaźnej mierze położyły już głowę.
Już z daleka widać ślad wielkiej historii. Na wyrównanym fragmencie zbocza znany projektant cesarza stworzył cmentarz wojenny. Niedawno go odnowiono, ogrodzono płotem, znad którego wystają jedno- i dwuramienne krzyże. "Zabytkowy cmentarz wojskowy I wojny nr 45 Lipna - głosi napis. I dalej informuje: Polegli - 97 Rosjan, 56 Austriaków. Projektował Duszan Jurkowie. Remont 1998 rok".
- Po bokach, pod krzyżami z dwoma ramionami leżą żołnierze armii rosyjskiej, a pośrodku, pod jednoramiennymi - austriaccy. Pod tymi większymi spoczywają oficerowie.
Nad grobami epitafium: „Der Krieg reisst nieder, der Krieg baut auf (Wojna niszczy, wojna buduje).
- Taki był zamysł Franza Josepha. Jaki był cesarz, taki był, ale zwłoki każdego żołnierza - rosyjskiego czy austriackiego - kazał grzebać obok siebie, na tym samym spłachetku matki-ziemi, w pobliżu którego oddał życie. Ta sama ziemia przyjęła wrogów i przyjaciół, co po śmierci należy uszanować.
A o małej historii Olesia świadczy położony u stóp tamtego łipniański mogilnik. Ściślej, resztki po nim. Kilka pochylonych i upadłych krzyży łemkowskich świadczy, jak bardzo jest mała. Miejsca pochówków kontrastują dziś z sobą - tamten odnowiony, a groby miejscowych tkwią z połamanymi krzyżami.
Na nagrobku z jasnego granitu nie ma już krzyża.
- Może był kamienny lub żelazny i po 1947 roku przydał się komuś? Albo przyroda zrobiła swoje?
Na płycie zatarty napis. Wystarczy jednak potrzeć grudką śniegu, który, gdy wciśnie się w szczeliny liter pisanych cyrylicą, pozwoli odczytać: „Grygory Pełesz *1884 + 1907", pod spodem: „Tut pocziwajet błażennej pamjaty (tu spoczywa świętej pamięci) Juljan Pełesz +28. VII. 192 7", pod spodem: „Pełagja Pełesz upokoiłas' (zasnęła) 16.III.1921 r. Wiczna sej im pamjat' (Wieczna niech im będzie pamięć)", pod spodem: „Juljan Pełesz + 1930 r."
- Nie połączono zmarłych żołnierzy ze zmarłymi Lipnianami. Jedną historią się odnawia, a drugą zaciera, pozwalając, żeby przyroda wchłonęła ją i usunęła sprzed oczu. Jeśli więc cmentarz Orląt Lwowskich ma być odnowiony zgodnie z przedwojennm rynsztunkiem, to czy cmentarze łemkowskie nie mają świadczyć o przeszłości tej ziemi i jej ludu?
Obok zrujnowanego cmentarza wiejskiego można odnaleźć ostatni już ślad po cerkwi prawosławnej. Jest nim krzyż z kopuły, który wrósł w buka.
- Był za ciężki do ukradzenia i oddania na złom, więc ktoś oparł go o drzewo, a przyroda swoim zwyczajem przyjęła go i związała z sobą I tak uratowała go dla potomnych.
*

Schodząc do rzeki, Oleś znowu widzi Lipną. I znowu wieś ożywa w jego pamięci.
- W takiej opuszczonej wsi każdy człowiek jest bliżej Boga. Tu czuję obecność duchów minionych epok. Tu rozmawiam ze starymi Łemkami, którzy błądzą między wzgórzami, za których nikt już nawet specjalnie pomodlić się nie może, gdyż trudno zrozumieć nieobecnych.
Pamięta, że kiedyś, wracając z „Watry" spotkał starych Lipnian. Wracali z cmentarza, skąd zabrali na Ukrainę w woreczkach garście ziemi z mogił.
- Swoich domów już nie odszukali, pól również. Pierwszy raz od półwiecza mieli okazję pomodlić się na grobach przodków. Tak odnaleźli swoje korzenie na cmentarzu. Człowiek zawsze ich szuka, taka jest jego natura.
A wielką i małą historię Olesia oplata i łączy już tylko barwinek. Ziele Łemków. I do kochania, i do śmierci.




Icon Return to the Lemko Home Page



Document Information

Document URL: http://lemko.org/wisla/lypna.html/


Original page design and layout by Walter Maksimovich
E-mail: walter@lemko.org


Copyright © LV Productions, Ltd.
E-mail: webmaster@lemko.org


LV Productions

Originally Composed: December 28th, 2002
Date last modified: