rzeczpospolita
27.07.98 Nr 174 Nakład 4369
ZYNDRANOWA

Trzydziestolecie muzeum łemkowskiego

Dom nad Sołotwyną

"Chcę żyć i umrzeć tu, gdzie mój ojciec i matka". Taką sentencję, obok wezwania Łemków do zgody, umieścił na najstarszej chacie skansenu w Zyndranowej jego założyciel, właściciel i kustosz Fedor Gocz. FOT. ANDRZEJ KACZYŃSKI

ANDRZEJ KACZYŃSKI

- Przyjeżdżali muzealnicy i wybrzydzali: wszystko było nie tak, eksponaty nie takie, po amatorsku zestawione i wystawione, lamus nie muzeum - opowiada Teodor Gocz, założyciel i kustosz skansenu kultury Łemków w Zyndranowej. - Tak, pytałem, a gdzieżeś ty, bracie, był, kiedy tu niszczały i paliły się cerkwie, rabowano kapliczki, kiedy rozpadały się nasze chyże, a cmentarze wrastały w ziemię?

Było 180 "dymów", jest 80 "numerów"

Przed wojną w Zyndranowej było 180 dymów, czyli gospodarstw rodzinnych; tysiąc mieszkańców. Sześć rodzin żydowskich, trzy cygańskie, reszta Łemkowie. Teraz jest osiemdziesiąt "numerów", jedna trzecia Łemków, dwie rodziny cygańskie, pozostali to Polacy. Jedyny ocalały zyndranowski Żyd, Samuel Oliner, odwiedził rodzinne strony cztery lata temu. Przeżył wojnę pod opieką Łemkini Balwiny Piecuch w Pieśniku koło Gorlic. Gocz przeczytał w czasopiśmie wspomnienia profesora socjologii z Kalifornii, który pisał: "urodziłem się w Zyndranowej na południe od Dukli". Przypomniał go sobie z dzieciństwa, nawiązał z nim kontakt, w końcu zaprosił na otwarcie izby pamiątek żydowskich, którą urządził w opuszczonej chacie Zelmana, stryja Olinera.

Spotykam u Gocza dwoje starszych Żydów z Nowego Jorku. Szymon urodził się w Dukli, jego żona Renee w Ameryce, ale jej rodzice wyemigrowali z Birczy koło Przemyśla. Szymon Jarmosz przyjechał pomodlić się na grobie dwóch braci rozstrzelanych 56 lat temu w lesie koło Tylawy. Anonimową mogiłę zapamiętał i zaopiekował się nią Łemek Jan Holuta. Jerzy Jastrzębowski, który odnalazł i przywiózł do Polski Szymona, opisał jego historię w "Plusie - Minusie" z 26 - 28 czerwca br. Opowiedział, że nad mogiłą braci towarzyszyło Szymonowi dziesięciu Żydów, akurat tylu trzeba do odmówienia kadiszu, i garstka Łemków, Polacy nie przyszli. Jarmoszowie mieli przed wojną sklep żelazny na rynku w Dukli. Teściowa Gocza naraz odzywa się: a ja pamiętam ten sklep... Jako dziecko chodziła czasem ze Smereczna na zakupy do miasteczka. Szymon zerwał się, jakby coś w nim eksplodowało, porwał panią Marię w ramiona. Szukał odpowiednich słów, jakimi mógłby przemówić do kogoś, kto widział, musiał widzieć jego rodziców, skoro widział sklep żelazny, a przecież ktoś z rodziców zawsze siedział w sklepie. - Smereczne - powtórzył, smakując odkrytą w zakamarkach pamięci nazwę - Dukla, mama, tata, Smereczne, Maria - jakby odnalazł niewidzialną, ale rozpiętą pomiędzy obiema miejscowościami linię życia. Nie ma już Żydów w Dukli, Szymon więc gotów byłby pojechać do Smereczna. Ale nie ma już także Smereczna. Jest tylko punktem na mapie.

Zjeżdżają się do skansenu w Zyndranowej malarze i rzeźbiarze na doroczny plener. Iwan (- a właściwie Wanio - poprawia się) ze Lwowa był tu już rok temu, teraz przywiózł syna. - Ze Lwowa to ja jestem teraz - mówi (mieszka we Lwowie z 50 lat) - ale naprawdę to pochodzę z Żydowskiego... Piękne miejsce na wieś, potok w dolinie, wijąca się ponad nią droga, kopiaste wzgórza z liściastym lasem. Nie zdołały widoku zniszczyć nawet żelbetonowe stajnie "hokejki", wraki po igloopolowskiej fermie owiec (od kształtu słupów, przypominających kije hokejowe). Żydowskie jest zaznaczone na mapie, ale wsi już nie ma. Wanio wie o tym, Fecio Gocz zawiózł go tam zeszłego roku. Uśmiecha się smutno: - Żydowskie jest tutaj - dotyka czoła - i na moich obrazach. Synowi zamiast rodzinnego Żydowskiego pokazuje gospodarstwo muzealne Teodora Gocza w Zyndranowej. Samuel, Szymon, Wanio, Petro w Zyndranowej mają zastępczy dom. Sczezły setki łemkowskich wsi. Nie ma sąsiedniego Lipowca, nie ma Czeremchy. Doliną płynie nie, jak dawniej, Sołotwyna, tylko Panna.

Gocz ma trojakie imię

W dowodzie osobistym - Teodor. W metryce chrztu - Fedor. Dla bliskich i przyjaciół jest Fecio. Brzmi jak poufałe zdrobnienie, ale jest to po prostu łemkowska forma imienia. Tak samo Jan - Iwan - Wanio. W pewnej górskiej wiosce widziałem, jak kłócili się dwaj mężczyźni, aż piwo bryzgało. Jeden był za "Waniem", drugi obstawał przy "Iwanie". Nie wiedziałem, że jestem świadkiem sporu dwóch opcji genealogicznych Łemków. Pierwszy reprezentował formację "autonomiczną" lub "starorusińską", która dawniej przybierała też polityczną postać "rusofilską". Drugi -opcję "proukraińską". Łemkowie chętnie i ze znawstwem rozprawiają o swoim języku. Syn Wania z Żydowskiego i dwaj plastycy z Chusta na Zakarpaciu zakrzątnęli się i, raz dwa, sprawnie ułożyli drwa i zapalili łemkowską watrę. Dwaj z Chusta, dwaj ze Lwowa i Fecio z Zyndranowej spotkali się pierwszy raz w takim składzie - i na dobry początek znajomości porównali słownictwo. Opuściłem ich na tym, że etnografowie breszą, gdy wmawiają Łemkom pochodzenie od wołoskich pasterzy, skoro w języku nie ma zbyt wielu śladów wołoskich wpływów. - Piszą o nas jak o Mohikanach - żartował Gocz. W "Zahorodzie" (czyli "Zagrodzie"), czasopiśmie rady i przyjaciół skansenu w Zyndranowej, znalazłem dobroduszne przekomarzanie z ukraińskim "Naszym Słowem", które na poświęconej Łemkom stronie uparcie "poprawia" polonizmy i rusycyzmy w łemkowskiej mowie.

Są trzy wielkie doroczne łemkowskie imprezy kulturalne. W Michałowie w legnickiem "Watrę" organizuje autonomiczne Stowarzyszenie Łemków. Na "Watrze" w Żdyni koło Gorlic dominuje ukraińskie Zjednoczenie Łemków. W Zyndranowej święto łemkowskiej kultury nazywa się "Od Rusala do Jana". Gocz wzbrania się przed przypisywaniem do jednego lub drugiego nurtu. Tamtemu "narodowemu" podziałowi z grubsza odpowiada podział wyznaniowy. "Autonomiści" są raczej wyznania prawosławnego, grekokatolicy na ogół wybierają "proukraińskość". Ale i to nie jest ostre kryterium. Fedor Gocz był ochrzczony w obrządku unickim, ale uczęszcza do cerkwi prawosławnej, którą zresztą w sześć rodzin zbudowali w Zyndranowej i ofiarowali w intencji zarówno 1000-lecia chrztu Rusi Kijowskiej, jak i 1100-lecia misji Cyryla i Metodego.

Fecio Gocz wykreował sceniczną postać ludowego mędrka "Kuma Hnata", który chętnie komentuje w przyśpiewkach aktualne wydarzenia. Był starostą na pierwszej "Watrze" w rodzinnych łemkowskich górach (wtedy jeszcze "Watra" nie odbywała się w Żdyni) i pierwszym przewodniczącym Zjednoczenia Łemków. Przyznaje wprawdzie, że odsunął się od jednego i drugiego, ale wbrew powołaniu "Kuma Hnata" nie chce rozwodzić się nad podziałami. - Skrajności są niedobre - mówi tylko. - Kiedyś moskalofilstwo było szkodliwe, dziś ukrainofilstwo, jeśli jest zbyt zaborcze, też może szkodzić.

Na ścianie głównej chyży w skansenie Fecio Gocz umieścił apel do Łemków o jedność. Domy i sprzęty są ideowo obojętne. W skansenie jest dość dowodów na to, że w przeszłości Łemkowie mieli dość zewnętrznych przeciwników i wrogów, żeby mieli walczyć jeszcze między sobą. Stoi na przykład pomniczek ofiar Talerhofu. Podczas I wojny światowej w austriackim miasteczku Talerhof koło Grazu istniał obóz - jedni mówią internowania, drudzy posługują się późniejszym terminem: koncentracyjny - w którym uwięziono dwa tysiące elity Łemków uznanych (skutek nurtu rusofilskiego) za wrogów dobrodusznego Franciszka Józefa. Stoi przetrącony (dlaczego, o tym później) pomniczek żołnierzy armii radzieckiej, słowackiej i polskiej, poległych w Karpatach, a zwłaszcza w operacji na Przełęczy Dukielskiej. W ubiegłym roku rzeźbiarze wykonali podczas pleneru upamiętnienie więźniów obozu w Jaworznie. Skansen w całości jest przecież wspomnieniem tragedii przesiedleń, których zresztą było więcej niż tylko najczęściej wspominana akcja "Wisła". Na początku wojny Niemcy wymienili pewną liczbę Łemków za kolonistów niemieckich ewakuowanych z ZSRR. Wywozili do Rzeszy robotników przymusowych. W jesieni 1944 roku wyjechała na Ukrainę pierwsza grupa "dobrowolców". Podczas bitwy dukielskiej dowództwo 38. armii łatało Łemkami ubytki mięsa armatniego. Polskich obywateli, nieświadomych, że to bezprawie, wcielano pod przymusem do wojska radzieckiego, " bo i tak są przeznaczeni do przesiedlenia". Co zresztą w niedługim czasie nastąpiło.

Wysiedlenia uniknęły dwie rodziny

Akcja "W" spadła na zrujnowaną i wyludnioną wieś, w której pozostało trzydzieści rodzin. Wysiedlenia uniknęły dwie, którym ksiądz wydał rzymskokatolickie metryki, jedna Łemkini, która wyszła za Polaka, jeden po obozie w Dachau i dwóch staruszków. Fedor Kukieła, przyrodni pradziadek Gocza, prosił żołnierzy, żeby go zostawili albo zastrzelili, bo chce umrzeć tam, gdzie przeżył osiemdziesiąt pięć lat. Ocalał, został, i jeszcze doczekał powrotu prawnuka. Fecio Gocz razem z matką i bratem pojechał w Zielonogórskie. Namówił matkę i brata, żeby wyemigrowali do ojca, który od 1930 roku mieszkał w Kanadzie. Jako podejrzany o "sprzyjanie banderowcom" (- UPA nie widziałem na oczy, a nawet o niej nic nie słyszałem - mówi Gocz) i syn ukraińskiego emigranta politycznego (ojciec w Kanadzie wstąpił do partii komunistycznej) został w 1952 roku wcielony do batalionów górniczych. Gdy miał w 1954 roku - co prawda bez awansu, ale z pochwałami za dobrą służbę - odchodzić z wojska, zapytał oficera, czy w Polsce wszyscy mają równe prawa i czy zatem może wrócić tam, skąd pochodzi i gdzie ma jedynego krewnego, pradziadka. W 1954 roku wrócił do Zyndranowej i to z mocnym, wojskowym, zezwoleniem. W następnym roku zmarł Fedor Kukieła, zapisując prawnukowi gospodarstwo (do dziś Gocz nie odzyskał części spadku). Kiedy zbudował nowy dom, w 1968 roku za radą przyjaciół - m.in. Michała Dońskiego, z którym potem rozeszli się ideowo, i Pawła Stefanowskiego, który po skończeniu etnografii przeniósł swoje zbiory z Zyndranowej do Nowego Sącza - Fecio postanowił w starych budynkach gromadzić łemkowskie pamiątki.

Przed Goczem do Zyndranowej wróciły z wygnania dwie łemkowskie rodziny oraz dwie cygańskie, ściągnięte przez rolniczą spółdzielnię produkcyjną "Solidarność". Według doktryny w socjalistycznym kolektywie powinien być zespół folklorystyczny. Poza Łemkami i Cyganami pozostali mieszkańcy Zyndranowej przybyli każdy skądinąd i nie mieli wspólnej ludowej tradycji. Fedor Gocz, który zdobył w wojsku estradowe doświadczenie, zaproponował, żeby wystawić "Łemkowskie wesele". Zimą 1955 roku Zyndranowa była chyba jedynym miejscem w całej Polsce, gdzie można było legalnie oddawać się łemkowskim pieśniom i tańcom. Nieco później podobny zespół powstał w zagubionej w górach Komańczy, w której najwięcej Łemków uniknęło wywózki. W roku 1957 Gomułka zgodził się na powrót pewnej liczby wywiezionych w rodzinne strony. Do Zyndranowej wróciło osiem rodzin. Jechało jeszcze sześć, dotarły już prawie do domu, ale z Krosna zostały zawrócone do Świebodzina. Jakoby zaprotestowali polscy osadnicy. Taka sama historia zdarzyła się ludziom z Krępnej, którzy zostali zawróceni z Jasła. - Druga akcja "Wisła" - mówi Gocz. Jego stryj, Stefan, odkupił gospodarstwo od osadników. Ale po roku 1957 zespoły łemkowskie powstawały prawie w każdej wiosce w górach. Paweł Stefanowski kierował grupami w Wysowej, Łosiu, Komańczy i Turyńsku. Wanio Kosarowski w Grabie. Dwoili się i troili, ciągle w drodze z próby na koncert i na próbę, Jarosław Polański i Jarosław Trochanowski. Nawiązały się kontakty z Łemkami, którzy pozostawali w diasporze, ale odwiedzali rodzinne strony. Wielu z nich nie miało już gdzie się zatrzymać. Zahorody - a jest w tym słowie znacznie więcej historycznej i sentymentalnej treści niż w polskim odpowiedniku zagrody - Kukieły i Gocza były dla nich zastępczym domem.

Trzy napisy, po polsku, rosyjsku i słowacku

Przez prawie trzydzieści lat Fedor Gocz sumptem własnym i przyjaciół rozbudowywał i utrzymywał skansen, aż w końcu koszty przerosły ich możliwości. Trzy lata temu dziennikarz i historyk Artur Bata - którego książce "Bieszczady w ogniu" zarzuca się, prawie na równi z Jana Gerharda "Łunami w Bieszczadach", że podsyciła stereotypowe wyobrażenie o Ukraińcach jako "rezunach" i fałszywe uzasadnienie dla zastosowanych wobec nich zbiorowych represji - został dyrektorem muzeum okręgowego w Krośnie. I to właśnie on jednym z pierwszych swych posunięć wybawił zyndranowski skansen z kłopotu - ustanowił go oddziałem muzeum okręgowego i wziął na utrzymanie. Gocz mógł spokojny o jego przyszłość zorganizować jubileusz trzydziestolecia Muzeum Kultury Łemkowskiej. A Bata zaraz po jubileuszu został odwołany ze stanowiska.

W 1976 roku mało brakowało, by łemkowski skansen dosłownie zniknął z powierzchni ziemi. Teodor Gocz wystawił pomniczek. Dziś mówi się nielegalne upamiętnienie. Nie miał formalnego zezwolenia, ale wymowa powinna być władzom miła. Trzy napisy, po polsku, rosyjsku i słowacku, oddające hołd poległym w wojnie w Karpatach, zwłaszcza na Przełęczy Dukielskiej, bohaterom trzech - jak mówiono - bratnich armii, czerwona gwiazda na wierzchołku. Jakoby nie do przyjęcia okazał się podpis, mówiący, że pomnik wystawili Łemkowie. Władze nakazały go rozebrać, Gocz odmówił. Poleciły WOP-owi wysadzić pomnik w powietrze. Wopiści wykręcili się, że nie są saperami. Wezwano saperów z Dębicy. Trotylem wysadzili pomnik, a wraz z nim kości czterech żołnierzy radzieckich, które Gocz złożył tam, żeby się nie poniewierały w lesie. Nigdy nie zdołał pojąć zajadłości władz młodego krośnieńskiego województwa. Ktoś mu mówił, że miał wówczas zniknąć nie tylko pomnik, ale i spłonąć - niby przypadkiem, "przy okazji" - łemkowski skansen.


Dolna mapa
ISO-Latin2 | Bez polskich znaków | Windows | Macintosh | Polskie znaki - pomoc

| Dzisiejsze wydanie | Z ostatniej chwili | Archiwa | Ogłoszenia | Księgarnia | Galeria | Ścieżki |
| Początek | rzeczpospolita | Zespół | Poczta |

Opracowanie Centrum Nowych Technologii, (C) Copyright by Presspublica Sp. z o.o.