rzeczpospolita
25.07.98 Nr 171 Nakład 679
Ukraiński exodus

REPORTAŻ: - Słowo "Ukrainiec" było najgorszą obrazą. Teraz często przyjaźnię się z tymi, z którymi dawniej się biłem - wyznaje Miron Sycz ze wsi Ostre Bardo

Misja bez końca

W 1988 roku w Górowie uczyło się 84 ukraińskich licealistów, dzisiaj jest ich 220. Na zdjęciu: uroczyste rozpoczęcie roku szkolnego 1997/98, Miron Sycz (trzeci od lewej) stoi przy stole FOT. PIOTR PŁACZKOWSKI

IWONA TRUSEWICZ

Nagle wieś Klingenberg znalazła się na końcu świata. Bzy dziczały, podwórza zarosła trawa i chwasty. Drogę do Frydlądu przecięły zasieki z kolczastego drutu.

Za plecami wsi wyrosła granica. Zieloną, porośniętą trzcinami doliną rzeka Łyna wlewała się za barierę z dwumetrowych płotów pod napięciem, oranej codziennie ziemi i wież strażniczych.

Wieś utraciła mieszkańców i nazwę. Utraciła mowę. Po dwóch latach milczenia, na wyłożonej kocimi łbami drodze zacharczały silniki ciężarówek. Kobiety, starzy mężczyźni, dzieci. Mówili językiem obcym w Klingenbergu i niezrozumiałym w Ostrym Bardzie.

Z nieufnością oglądali ceglane domy z czerwonymi dachami i pompy na podwórzach. Włosy mieli czarne, mowę śpiewną. Z tobołków wysupłali dziwne krzyże i ręczniki haftowane czerwono-czarnymi krzyżykami. Przyjechali z daleka, z woli nie swojej, do ziemi obcej. Zajęli domy tych, którzy wyjechali daleko, do ziemi nie swojej, z woli obcej.

I potem przez długie lata nowi mieszkańcy Ostrego Barda i starzy wsi Klingenberg śnili jeden sen: o powrocie do domu. Nigdy się nie ziścił.

Kara śmierci

Urodził się w 1959 roku w Ostrym Bardzie, z matki Marii z domu Kołacz i ojca Aleksandra Sycza, członka Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) od 1938 roku, strzelca sotni Miasniki w Ukraińskiej Powstańczej Armii; więźnia obozów w Jaworznie i Krakowie, skazanego przez polski sąd na karę śmierci.

W swoim dyrektorskim gabinecie pod ręką ma książkę, wydaną w Kijowie w 1997 roku. Tytuł: "Partyzanckimi drogami komendanta Żeleźniaka". Historia kurennego Iwana Szpontaka i jego oddziałów. Fotografie najlepszych żołnierzy.

Bezbłędnie otwiera książkę na właściwej stronie. Zmęczona twarz z dużym nosem i ciężkim spojrzeniem patrzy na Mirona Sycza tak jak w domu, w Ostrym Bardzie. Surowo, bez cienia łagodności. Aleksander Sycz urodził się w Laszkach w jarosławskim powiecie, w 1914 roku.

Wieś była duża. Dwa tysiące ludzi żyło tak, jak ich ojcowie i dziadowie. Nie dopuszczając na podwórka świata tłoczącego się za opłotkami. Cerkiew, dom, pole. Ukraińska mowa, ukraińskie święta. A wokół Polska.

- Tak samo żyli w Ostrym Bardzie. W 1947 roku wojsko zwiozło tu ludzi z kilkunastu wsi spod Przemyśla. Ze wsi Zalazie koło Chotyńca przyjechała moja mama. Miała wtedy dwadzieścia jeden lat i musiało upłynąć dwanaście, zanim poznała ojca - opowiada Miron Sycz.

Kiedy Maria obrabiała mazurskie pola, strzelec Aleksander siedział w krakowskim więzieniu na Montelupich, razem z oficerami Armii Krajowej. On - Ukrainiec i oni - Polacy zajmowali jedną celę śmierci. Historia zakpiła z nich okrutnie.

A jednak nie pisane mu było umrzeć za więziennym murem. Ocalał od Kołymy i Magadanu. Los nakazał mu życie wśród wrogów. Nigdy potem w domu w Ostrym Bardzie nie odezwał się po polsku. Nigdy nie pogodził się z utratą ojcowizny. Dwa ary tam kochał bardziej, niż nowe kilka hektarów. Nie wiadomo, co czuł do Polaków. Czy nienawidził ich, czy pogardzał? Czy rozumiał, kim był Stalin?

- Ojca skazali najpierw na dożywocie, potem na piętnaście lat więzienia. Z więzienia w Goleniowie wyszedł w końcu lat pięćdziesiątych. Pojechał do brata, który osiadł w sąsiadującej z Ostrym Bardem wsi - mówi Miron.

Do ojca nie jest podobny. Niewysoki, o łagodniejszych rysach twarzy i ciemnych świecących oczach, był późnym dzieckiem późnego małżeństwa.

Mazurskie wsie, zasiedlone ukraińskimi wysiedleńcami z akcji "Wisła", trwały w stanie wolnym, zanim nie wrócili z więzień mężczyźni spod znaku Tryzuba. Swoi mówili o nich z dumą "partyzanci". Dla polskich sąsiadów byli "banderowcami".

Maria i Aleksander pobrali się w ostrobardzkiej cerkwi, o której przybysz z zewnątrz powiedziałby, że jest ewangelickim kościołem. Ale we wsi dawno nie było już ani jednego ewangelika.

Nikt nie znał polskiego

Do siódmego roku życia Miron nie znał języka polskiego.

Jeżeli nawet wiedział, że jego kraj nazywa się Polska, to słowo nic dla niego nie znaczyło. Ostre Bardo było hermetyczne. Spajało ludzi w jednej mowie i wyznaniu. W mieszanych małżeństwach mówiono po ukraińsku.

Nie było światła, radia, domu kultury. Dorośli i dzieci pracowali ciężko w polu, a jak musieli jechać do powiatowych Bartoszyc, to nie odzywali się do siebie.

- Każde odezwanie się po ukraińsku było źle odbierane. Służby bezpieczeństwa stawały się agresywne, nachodziły nas w domach, wypytywały, co robimy, gdzie są nasi ojcowie - wspomina Miron.

W czteroklasowej wiejskiej szkole nikt nie znał polskiego. Nauczyciele nie naciskali, też byli miejscowi. Dopiero w piątej klasie, w odległych o pięć kilometrów Stopkach, zaczął rozumieć podział na my i oni. Zaczął się zastanawiać, dlaczego w dwa razy większym Bardzie jest tylko szkoła czteroklasowa, a ośmioklasowa w mniejszych, ale zamieszkanych przez Polaków, Stopkach.

Był to czas książek Gerharda, filmowych epopei o "Ogniomistrzu Kaleniu" i "Wilczych echach". Na przerwach polscy chłopcy bili się z ukraińskimi, bo zdawało im się, że wciąż trwa filmowa opowieść. Niewskazane były samotne wyprawy rowerowe i mówienie po ukraińsku na przerwach.

- Teraz z tymi, z którymi się biłem, często się przyjaźnię. Oni nie byli świadomi manipulacji, której podlegali. Postrzegali Ukraińców jako ścinaczy łbów i okrutników. Obrazy z filmów zapadały w pamięć, a słowo "Ukrainiec" było najgorszą obrazą.

Wracał więc posiniaczony na swoją Ukrainę i słyszał od rodziców, że trzeba cierpieć, bo może niedługo wrócą do siebie. W późnych latach sześćdziesiątych w powrót wierzyli jeszcze wszyscy.

- Kiedy teraz przeglądam dokumenty z tamtych czasów, wszystko jest dla mnie jasne. Narodu ukraińskiego miało nie być. Miał się roztopić w otaczającej polskości, utracić korzenie, mowę i obyczaje - uważa Miron Sycz.

Pamięć o korzeniach

Dodaje, że miał szczęście. W Ostrym Bardzie mieszkali sami Ukraińcy, dzięki czemu czuli się swobodniej i bardziej u siebie. W sobotnie wieczory zbierali się, aby pośpiewać i posłuchać bajań. Zamykali się w sobie, psychicznie twardnieli, pewni oparcia w wioskowej społeczności.

- Z perspektywy czasu wypada mi podziękować ówczesnej propagandzie i służbom bezpieczeństwa, że nie pozwoliły nam zapomnieć, skąd pochodzimy, jakie są nasze korzenie - uśmiecha się.

W 1968 roku w liceum w Górowie Iławeckim powstały klasy z językiem ukraińskim. I choć do Górowa było dwa razy dalej niż do Bartoszyc, Miron Sycz tam właśnie wybrał się po dalszą naukę. Może więc ta Polska nie była taka zła, nieprzyjazna i obca?

- Pamiętam, że szkoła z ukraińskim miała najpierw powstać w Bartoszycach, ale tamtejszy pierwszy sekretarz partii powiedział, że nie chce jej u siebie, bo to będzie kuźnia ukraińskiego nacjonalizmu - opowiada Sycz.

W powiecie górowskim ponad pięćdziesiąt procent obywateli deklarowało narodowość ukraińską. W pierwszym roku nauczania liceum przyjęło do ukraińskiej klasy czterdziestu uczniów. W 1974 r., kiedy zdawał Sycz, uczniów Ukraińców było stu czterdziestu pięciu. Po ponad dziesięciu uczniów z Bartoszyc, Dębów, Górowa, Kandyn, Kumowa, Pieszewa, Ostrego Barda, Sępopola.

- W szkole była tylko dwójka nauczycieli Ukraińców, małżeństwo Szczerbów. To mi unaoczniło, jak duże są nasze potrzeby intelektualne. Jak bardzo brakuje nam własnej inteligencji - mówi Sycz.

W 1978 roku rozpoczął się długoletni remont internatu, który skutecznie przyhamował edukacyjne zapędy ukraińskiej młodzieży. Większość pochodziła z oddalonych wsi i internat był dla nich warunkiem nauki w liceum. W latach osiemdziesiątych liceum przyjmowało o połowę uczniów mniej.

On sam był już wtedy studentem matematyki w olsztyńskiej Wyższej Szkole Pedagogicznej. Coraz więcej mówił po polsku. W internacie miał dobrych kolegów Polaków, działał w Socjalistycznym Związku Studentów Polskich. Założył ukraińską sekcję kulturalną przy SZSP.

Dwa kompleksy

A potem wracał do Ostrego Barda i od razu trafiał do punktu wyjścia. Do rodziców nie śmiał odezwać się po polsku. I do dzisiaj nie śmie. Nie wie, na ile żyjąca mama rozumie polski. Jej pokolenie zamknęło się przed światem. Wciąż tęskni za domem w Zalaziu, w którym pozostało pięć zagród.

Miron Sycz przyznaje, że podobnie jak większość rówieśników nosił w sobie dwa kompleksy - nie dość, że Ukrainiec, to jeszcze z zabitej dechami wsi przygranicznej. "Aktywność studencka pozbawiła mnie zakompleksienia. W środowisku olsztyńskim czułem przychylność i bezpieczeństwo".

Nie został jednak w wojewódzkim mieście. Może po raz pierwszy poczuł, że ma do spełnienia misję. Może czuł ją już wtedy, gdy wyszukał sobie na studiach żonę. Bo nie tylko uczucie miało tu znaczenie, ale i narodowość. Żona, która w cerkwi ślubuje mężowi nie tylko wierność i miłość, ale i posłuszeństwo, musi być Ukrainką.

W 1984 roku wrócił do Górowa z Marią Olgą z domu Szewczyk i trzymiesięcznym Jarosławem. Zaczął uczyć matematyki w liceum, które sam ukończył. Zaczął uczyć matematyki po ukraińsku. Bo w obcojęzycznej szkole tylko język polski i historię trzeba wykładać po polsku. Tak od dawna stanowiło prawo, ale dla Górowa odkrył je Miron Sycz.

W 1989 roku, gdy zawalił się świat służb bezpieczeństwa i mięsa na kartki, Sycz z przyjaciółmi założył Ukraiński Komitet Obywatelski. Nie po to, żeby przejąć władzę w Górowie, ale aby zreorganizować ukraińskie nauczanie. W marcu 1990 roku powstały rady rodziców klas ukraińskich i to one upoważniły Sycza do działania.

- Nawet mi się nie śniło utworzenie oddzielnej szkoły z wykładowym ukraińskim. Chciałem jedynie, żeby nie tylko matematykę wykładać, ale i inne przedmioty po ukraińsku - tłumaczy. W liceum brakowało ukraińskich nauczycieli, choć był ich nadmiar w szkołach podstawowych. Te proporcje Sycz postanowił zmienić.

I zaczęło się zamieszanie.

Klasy patykiem rysowane

Atak poszedł z dwóch stron. Część Ukraińców miała Syczowi za złe, że chce tworzyć getto, czym zniszczy przyszłość dzieci, utrudni im wstęp na studia i funkcjonowanie w społeczeństwie. Polacy zaczęli mówić o odrodzeniu nacjonalizmu i tendencjach separatystycznych.

- Taka sytuacja tylko mnie mobilizowała. Jak po przesłuchaniach w UB czułem, że idę w dobrym kierunku.

No i jeszcze w pokładach podświadomości przyczaił się Świerczewski. Najważniejszy w powojennej historii bohater drugiej wojny, którego dziarski obraz wpajano wszystkim dzieciom bez wyjątków. A w Górowie główna ulica to ulica Świerczewskiego...

Przydało się doświadczenie z lat studenckich, przyjaciele i powiew demokracji. Na sesji rady miejskiej w kwietniu 1990 r. radni postanowili, że utworzą oddzielną szkołę dla młodzieży ukraińskiej.

- Wiedziałem już, że taka szansa już nam się nie powtórzy i ku zdziwieniu kuratoryjnej komisji, zgodziłem się na umieszczenie szkoły w zniszczonych budynkach po spółdzielni kółek rolniczych. Zdawałem sobie sprawę, że albo szkoła powstanie teraz, albo nigdy - przyznaje.

Na zachowanych fotografiach ukazują się parterowe prostopadłościany z dziurami zamiast okien, zagrzybionymi ścianami i zachwaszczonym podwórkiem.

- Pierwsze lekcje mieliśmy na dworze. Patykiem narysowałem klasy i ostrzegłem uczniów, żeby nie przechodzili przez ściany - śmieje się Sycz.

Liczba uczniów wzrosła gwałtownie, bo rodzice, którzy jeszcze kilka lat temu nie wierzyli w ukraińską szkołę, teraz włączyli się w jej urządzanie. W 1988 roku w Górowie uczyło się 84 ukraińskich licealistów. W 1992 ich liczba wzrosła do 178.

Pracowali wszyscy. W wolne dni, weekendy, wakacje. Nosili ławki, malowali ściany. Na kolejnych fotografiach szkoła ma już białe tynki i szyby w oknach. Na 153 metrach kwadratowych uczyło się w niej 116 uczniów. Dyrektorski gabinet znalazł się na dworze, bo brakowało pomieszczeń dydaktycznych.

- Było ciasno, ale warunki rekompensowała sympatyczna atmosfera - opowiada dyrektor.

Uczniów jednak przybywało i atmosferą nie dało się już rozładować coraz większej ciasnoty.

- Wystąpiliśmy do kuratorium w Olsztynie o zgodę za przejęcie stojącego pustostanu po zakładzie melioracyjnym. Kurator Langowska nie odpowiedziała na żadne z naszych pism - od września 1993 r. licealiści z Górowa rozpoczęli więc naukę pod namiotami i w wozach Drzymały. Kolejny szum i zamieszanie nagoniło do Górowa liczne komisje, w tym ministerialną. Ta zdecydowała, że rozwiązaniem będzie budowa samodzielnego kompleksu szkolnego.

Szkoła w budowie pracuje od dwóch lat. Jej jasny, pogodny kształt kontrastuje z sąsiednią odrapaną Tysiąclatką i odcina się od burego, przedwiosennego krajobrazu pięciotysięcznego Górowa. Jest w miasteczku ważnym zakładem pracy. Zatrudnia 50 osób. Pieniądze na dokończenie inwestycji wolno kapią z ministerstwa. Wykonawcy codziennie kołaczą do Sycza po wypłaty.

Sen się spełnia

- Jako jedni z pierwszych ukraińskich środowisk w Polsce wyrwaliśmy się z narodowego getta, nie tracąc osobowości, a przecząc wizerunkowi znanemu z książek Gerharda - przekonuje Sycz i dodaje:

- Nacjonalizmy biorą się z biedy. Bo jak bieda, to szukanie winnych. A Górowo jest biedne. Dlatego nie angażujemy się w politykę, nie kandydujemy do miejskich władz. Staramy się integrować środowisko, w którym razem żyjemy. Tutaj takie antagonizmy, jak w Przemyślu, są nie do pomyślenia - opowiada.

Dzisiaj do górowskiego liceum ukraińskiego uczęszcza 220 uczniów. Przyjechali tu z elbląskiego, olsztyńskiego, suwalskiego, słupskiego, gdańskiego. Coraz więcej jest Polaków, spotkać można dzieci z rodziny niemieckiej i francuskiej.

- Przychodzą, nie znając w ogóle ukraińskiego. Nie stosujemy wobec nich specjalnego nauczania. W ukraińskiej grupie najszybciej poznają język.

Szkoła żyje do dziesiątej wieczorem. Pracuje kółko teatralne, chór, zespoły ludowe. Za zajęcia pozalekcyjne nauczyciele nie biorą pieniędzy. Dyrektor mówi, że praca tutaj to misja. I że jemu chce się robić tę szkołę. Słynne górowskie wywiadówki trwają dwa dni i dają rodzicom możliwość nie tylko poznania ocen dzieci, ale i zobaczenia ich na scenie, wspólnego potańczenia na zabawie.

- W Polsce Niemcy, Litwini, Białorusini żyją w swoich rodzinnych miejscowościach, historycznie znanych i bliskich. Nas usunięto z ziemi rodzinnej, przesadzono do zupełnie obcej, na której wyczuwało się odmienność kultury tych, którzy musieli stąd odejść. Jesteśmy rozproszeni terytorialnie i duchowo. Emigrujemy do miast i tracimy swoje korzenie. W gospodarce rynkowej wszyscy zatracamy słowiańskość. I można się spodziewać, że asymilacja będzie postępowała. Boję się, że moje dzieci, Jarosław i Natalia, kiedyś zagubią swoją ukraińskość - wzdycha Miron Sycz.

Więc kiedy opadają go takie wątpliwości, jedzie z dziećmi na Ukrainę. Ale zaraz wraca, bo podoba mu się życie w małej miejscowości i gdzie czeka misja, której nie zakończył.

Kiedy zakończy?

Nie wie.

Kim jest?

Ukraińcem.

RECENZJA: W czasie akcji przesiedleńczej nie oglądano się na lojalność wobec państwa polskiego - pisze Roman Drozd w książce "Droga na zachód"

Ukraiński exodus

Wykreślenie w Jałcie nowej wschodniej granicy Polski, nie zlikwidowało problemu dość licznej nadal, szacowanej na 700 tys. osób, zamieszkującej zwarty obszar, mniejszości ukraińskiej. Władze polskie spodziewały się, że zostanie on całkowicie rozwiązany dzięki układowi o repatriacji z sowiecką Ukrainą. Początkowo dobrowolnie, a potem pod przymusem, egzekwowanym przez wojsko, wyjechało z Polski około 500 tys. Ukraińców. Po zakończeniu akcji przesiedleńczej pozostało jednak w Polsce nadspodziewanie dużo Ukraińców. Władze sądziły, że 80 tysięcy. W rzeczywistości było znacznie więcej. O ich losach mówi tytuł książki Romana Drozda "Droga na zachód". Zawiera ona szczegółową statystykę wysiedleń na ziemie odzyskane i osadnictwa w nowych miejscach oraz rzeczowy, spokojny, a przecież robiący wrażenie opis akcji przerzucania w 1947 r. ludności ukraińskiej na zachodnie tereny Polski w ramach akcji "Wisła".

Autor pisze, że po zakończeniu akcji repatriacyjnej Moskwa nie chciała zgodzić się na dalsze przyjmowanie Ukraińców. Władze polskie znalazły więc inną drogę do likwidacji problemu mniejszości ukraińskiej (tym bardziej że była ona oparciem dla oddziałów UPA) - wysiedlenie jej z zamieszkiwanych terenów i rozproszenie na ziemiach odzyskanych. Jak stwierdza, taka decyzja nastąpiła jeśli nie z inspiracji władz sowieckich, to za ich zgodą.

W kilkanaście godzin po śmierci gen. Świerczewskiego w Bieszczadach zapadła decyzja o przesiedleniu Ukraińców na ziemie odzyskane. Jednak śmierć generała była tylko świetnym pretekstem do rozpoczęcia tej akcji, planowanej już wcześniej. W styczniu 1947 przystąpiono do jej organizacyjno-technicznego przygotowania. Od 28 kwietnia do 31 lipca 1948 r. roku Grupa Operacyjna "Wisła" wysiedliła 139 975 Ukraińców. Nie oglądano się na lojalność wobec państwa polskiego, członkostwo rządzącej PPR, ani pracę w aparacie władzy.

Otoczenie wsi ciasnym kordonem przez wojsko, dwie godziny czasu na spakowanie się, wysiedlenie, które czasem przebiegało w sposób brutalny, kolumna furmanek, na których wieziono mienie, kobiety, dzieci i starców, chaos organizacyjny, ujawniający się w nie zawsze dostatecznej ilości żywności dla ludzi i paszy dla zwierząt oraz namiotów i baraków na punktach zbornych, uciążliwa podróż, często nie najlepsze warunki sanitarne, zatory na stacjach wyładunkowych - oto najkrótszy opis drogi na miejsce przeznaczenia.

Nie wszyscy dojechali. Funkcjonariusze bezpieczeństwa wyławiali osoby podejrzane o członkostwo lub współpracę z OUN-UPA. Tych, którzy przyznali się lub udowodniono im uczestnictwo w tych organizacjach, przekazywano prokuratorowi wojskowemu. Pozostałych, którym nie można było udowodnić współpracy z ukraińskim podziemiem, osadzono w obozie w Jaworznie. Spośród 3873 osadzonych tam osób, 162 zmarły, z niedożywienia i chorób.

Najwięcej transportów dotarło do punktów rozdzielczych w Szczecinku (160), Olsztynie (155) i Oleśnicy (80). Zapewne bałagan organizacyjny, a także realia osiedleńcze spowodowały - wbrew koncepcji i zarządzeniom władz - że niekiedy zarówno w powiatach, jak i wśród ich ludności wiejskiej Ukraińcy stanowili więcej niż 10 procent. W województwie szczecińskim, gdzie znalazło się ponad 48 tysięcy Ukraińców, w powiecie człuchowskim stanowili oni 21 proc. mieszkańców powiatu, miastkowskim - 14 proc., zaś wśród ludności wsi 11 powiatów - ponad 10 proc. Jeszcze większe skupiska Ukraińców powstały w województwie olsztyńskim, dokąd przesiedlono 55 tys. osób. W pięciu powiatach stanowili oni od 25 do 41 proc. mieszkańców (powiaty iławkowski - 41 proc., braniewski i węgorzewski - po 35 proc.). Na wsi w powiecie braniewskim - 56 proc. Władze usiłowały dokonywać w tej sytuacji przerzutów tej ludności między powiatami, ale bez wyraźniejszych rezultatów. Z pewnością istnienie takich skupisk nie ułatwiało wykonywania instrukcji Ministerstwa Ziem Odzyskanych, która mówiła, że "zasadniczym celem przesiedlenia osadników ČWÇ jest ich asymilacja w nowym środowisku polskim, dołożyć należy wszelkich wysiłków, aby ten cel został osiągnięty".

Powrót na swoje ziemie uniemożliwił praktycznie Ukraińcom dekret z 1949 r. pozbawiający ich prawa do gospodarstw, z których zostali wysiedleni. Na ziemiach odzyskanych obejmowali oni gospodarstwa w większości zdewastowane, wymagające remontu. Lepsze bowiem zostały zajęte już wcześniej przez osadników polskich.

Jak stwierdza autor, w pierwszych latach większość osadników polskich odnosiła się pogardliwie i wrogo do przybyłych Ukraińców, wyśmiewano ich mowę, ubiór, styl bycia, religię. Najszybciej nawiązała kontakty z Ukraińcami ludność rodzima oraz osadnicy z województw zachodnich - nie żywili oni do Ukraińców głębszych uprzedzeń. Szczególnie bliskie były kontakty Ukraińców i Kaszubów. Jedni i drudzy byli dyskryminowani przez władze oraz zagrożeni polonizacją. Ukraińcy nie mogli korzystać oficjalnie z mszy greckokatolickich, natomiast od 1948 r. powstawały na ziemiach odzyskanych parafie prawosławne.

Autor kończy stwierdzeniem, że dla Ukraińców akcja "Wisła" - przesiedlenie na ziemie odzyskane jest symbolem represyjnej polityki narodowościowej władz polskich, natomiast dla Polaków stanowi konsekwencję krwawego konfliktu polsko-ukraińskiego lat 40., zarówno w czasie wojny, jak i po jej zakończeniu.

Tomasz Stańczyk

Roman Drozd "Droga na zachód". Wydawnictwo Tyrsa, Warszawa 1997.


Dolna mapa
ISO-Latin2 | Bez polskich znaków | Windows | Macintosh | Polskie znaki - pomoc

| Dzisiejsze wydanie | Z ostatniej chwili | Archiwa | Ogłoszenia | Księgarnia | Galeria | Ścieżki |
| Początek | rzeczpospolita | Zespół | Poczta |

Opracowanie Centrum Nowych Technologii, (C) Copyright by Presspublica Sp. z o.o.