reklama gorna lewa rzeczpospolita reklama gorna prawa
ArchiwumArchiwum

Informacje o dokumencie
Autor Tomasz Stańczyk
Kredyty
Walki polsko-ukraińskie 1943-1948

W spirali odwetu

W latach 1943-1948 zginęło na terenach obecnej Polski 7-8 tys. Polaków oraz 10-12 tys. Ukraińców. Na zdjęciu członek UPA wzięty do niewoli przez oddział Wojska Polskiego w grudniu 1946 roku w Bieszczadach.

FOT. ADM/CAF

TOMASZ STAŃCZYK

Książka Grzegorza Motyki "Tak było w Bieszczadach" jest swojego rodzaju polemiką z głośną niegdyś powieścią Jana Gerharda, która miała ukazać się w pod takim właśnie tytułem, a zaistniała jako "Łuny w Bieszczadach". Książka Gerharda przedstawiała czarno-biały obraz walk z Ukraińską Powstańczą Armią, pozostawiając wszelkie racje po polskiej stronie, natomiast przypisując całe zło i zbrodnie Ukraińcom. Traktowana jako dokument - jej autor jako oficer WP brał udział w walkach - i mająca 12 wydań, w dużym stopniu ukształtowała spojrzenie Polaków na krwawy konflikt dwóch narodów.

"Tak było w Bieszczadach" jest fundamentalną pracą o walkach polsko-ukraińskich na południowo-wschodnich terenach obecnej Polski od stycznia 1943 do roku 1948. Grzegorz Motyka jako pierwszy zebrał w obszernym tomie setki informacji o bitwach, potyczkach, zasadzkach, akcjach odwetowych, pacyfikacjach i zbrodniach, w których brały udział z jednej strony UPA, z drugiej zaś AK, NSZ, oddziały WP, KBW i NKWD. Lektura to niezbyt przyjemna dla Polaków, skupionych (jak każda nacja) na swoich krzywdach i przypominaniu cudzych win. A w ostatnich latach krwawych rozdziałów polsko-ukraińskich zmagań Polacy przelali wiącej krwi niż Ukraińcy.

Wołyń i Zamojszczyzna

Obawa przed możliwością odrodzenia się państwa polskiego w przedwojennych granicach i nadzieja na powstanie niepodległej Ukrainy skłoniła kierownictwo OUN-UPA do pojęcia antypolskiej akcji, którą można określić wedle dzisiejszych pojęć jako czystkę etniczną. Dano Polakom rozkaz opuszczenia Wołynia i Polesia. Nieznana jest dotąd uchwała OUN w tej sprawie. Dlatego, jak pisze Motyka: "Nie wiadomo zatem, czy w wypadku pozostania Polaków na miejscu zamierzano zabijać wszystkich, czy też ČtylkoÇ mężczyzn. Faktem jest, że przeważnie zabijano wszystkie pozostałe osoby, ale czy przywódcy OUN-UPA zamierzyli to, czy też sytuacja wymknęła się im spod kontroli?". Być może, jak pisze autor, na Wołyniu podjęto decyzję o likwidacji wszystkich Polaków. I to bez ostrzeżenia. Odpowiedzią polską była samoobrona i odwet. W wyniku depolonizacji i wywołanych przez nią walk na Kresach zginęło do 100 tys. Polaków, a kilkaset tysięcy wyjechało na Zachód w obawie o swoje życie. Działania OUN-UPA zakończyły się więc w poważnej mierze sukcesem. Także dlatego, że pamięć o terrorze ukraińskim oraz doznane cierpienia nie mogły nie wpłynąć na decyzje zamieszkujących Kresy Polaków o repatriacji.

Straty ukraińskie na Kresach były około pięciokrotnie mniejsze niż polskie i wyniosły 15-20 tys. zabitych.

Jak w dziecięcych zabawach, Polacy i Ukraińcy do dziś kłócą się o to, kto pierwszy zaczął. Jakby to, czy pierwszym zabitym w krwawej wojnie lat 1943-1947 między dwoma narodami był Polak czy Ukrainiec, miało zasadnicze znaczenie dla rozstrzygnięcia kwestii winy i odpowiedzialności. Na terenach dzisiejszej Polski pierwsi zaczęli tę wojnę Polacy. Jednak, jak stwierdza Grzegorz Motyka, antyukraińska akcja nie spowodowała "czerwonych nocy" wołyńskich, jak twierdzą historycy ukraińscy. "Wprost przeciwnie. To właśnie masowe mordy w 1943 roku na Wołyniu i napływ uciekinierów z tamtych stron doprowadziły do eksplozji nienawiści do Ukraińców, pomieszanej z lękiem przed rozszerzeniem się rzezi także na inne tereny".

Najbardziej krwawe wydarzenia, spośród opisanych przez Motykę, miały miejsce na Zamojszczyźnie. Konflikt polsko-ukraiński podsycony został gwałtownie u schyłku 1942 r. przez niemiecką akcję wysiedlania polskich wsi i obejmowania opuszczonych gospodarstw przez Ukraińców. Wywołało to zbrojną reakcję Polaków i ukraiński opór, a następnie przeciwdziałanie. Po obu stronach konfliktu brało udział po ok. 4 tysiące uzbrojonych ludzi: żołnierzy AK, BCh i członków polskiej samoobrony, żołnierzy UPA i członków ukraińskiej policji oraz samoobrony.

Polacy napadali na wsie, do których sprowadzili się Ukraińcy, przeprowadzali rekwizycje, palili zabudowania, zabijali mieszkańców. Atakowali także posterunki ukraińskiej policji współpracującej z Niemcami. Ukraińska reakcja była zdecydowana i silna. Palono wsie zamieszkane przez Polaków i mordowano. W Poturzynie zginęło co najmniej 72 Polaków, w Wasylowie - 102, w Tarnoszynie 84. Z kolei w Sahrynie, według ukraińskiego autora, krytykowanego jednak za nierzetelność, mogło zginąć nawet 800 Ukraińców.

W wyniku walk w marcu 1944 r. powstała na Zamojszczyźnie wręcz linia frontu polsko-ukraińskiego. Pod Posadowem w kwietniu 1944 roku doszło do bitwy, w której uczestniczyło ok. tysiąca żołnierzy AK i zapewne jeszcze więcej Ukraińców.

Liczby zabitych i zamordowanych na Zamojszczyźnie są, zdaniem autora, a wbrew twierdzeniom historyków ukraińskich - porównywalne. Motyka szacuje ofiary na 3-4 tysiące po każdej stronie konfliktu.

Czas zabijania

Po wejściu wojsk sowieckich na tereny dzisiejszej Polski od połowy lutego 1945 r. dochodziło do napaści na Ukraińców ze strony lokalnych samoobron, oddziałów polskiego podziemia niepodległościowego, wojska i milicji, a także band rabunkowych. Te pacyfikacje, podczas których zabijano mieszkańców wsi i palono zabudowania, miały zmusić też Ukraińców do opuszczenia Polski. Autor podaje spis blisko osiemdziesięciu miejscowości, w których zginęli Ukraińcy. Orientacyjna liczba ofiar to 2600-3900 osób. Dane nie są jednak zweryfikowane, a rozbieżności są bardzo duże. Na przykład w miejscowościach Lubliniec Stary i Nowy ofiar miało być od 130 do 540.

Motyka zwraca uwagę na fakt, że wiele mordów miało charakter bandycki. "Można było kraść i rabować pod przykrywką działalności patriotycznej, przy poparciu lub co najmniej neutralności rodaków". Aktów bandytyzmu dopuszczali się także polscy żołnierze. Niektóre mordy były prowokowane przez komunistyczne służby specjalne. W marcu 1945 roku oddziały NKWD, udające żołnierzy UPA, zostały zdemaskowane podczas nieudanego ataku na Dynów. Być może uprowadzenie oraz śmierć kilkunastu Polaków z Pawłokomy i Dynowa było sowiecką prowokacją. W odwecie zabito 365 Ukraińców z Pawłokomy. W marcu 1945 r. w odwecie za zabicie Polaka samoobrona z Wiązownicy zabiła 10 Ukraińców. To z kolei pociągnęło odwet UPA, która zabiła w Wiązownicy 65 Polaków. W Borownicy, zaatakowanej przez UPA, zginęło według jednych źródeł ukraińskich 27, według innych aż 200 Polaków.

Falę zbrodni i odwetu zahamowały porozumienia AK-WiN z UPA w kwietniu-maju 1945 roku. Jednak podziemie narodowe nie zamierzało zawierać takiego porozumienia. Oddział NSZ wymordował w czerwcu 1945 roku we wsi Wierzchowiny 194 Ukraińców.

Ukraińskie powstanie

Kolejny rozdział dramatu otwiera akcja przesiedlania ludności ukraińskiej (obliczanej na 630 tys.) z Polski do ZSRR. Szybko straciła ona charakter dobrowolności i była przeprowadzana od września 1945 r. przez polskie wojsko, nie bez aktów brutalności. O przesiedleniach Motyka pisze: "Stopień uzależnienia PKWN i kolejnych polskich rządów do ZSRS był tak wielki, iż jest oczywiste, że decyzja ta zapadła na Kremlu, a nie w Warszawie".

Akcja UPA przeciw przesiedlaniu przybrała na tyle dużą skalę i taką dynamikę, że zdaniem autora można mówić o czymś w rodzaju ukraińskiego powstania porównywalnego do tzw. polskiego powstania na Zamojszczyźnie. Motyka zaznacza jednocześnie, że nie można stawiać znaku równości między hitlerowskim Generalplan Ost, a "wymianą ludności" między Polską a ZSRR.

W czasie owego powstania niszczono tory kolejowe, mosty, palono wysiedlone wioski, organizowano zasadzki na oddziały wojskowe. Oddziały UPA starały się już nie zabijać cywilów, a jedynie palić polskie domy i wsie, ale ofiary jednak były. Na przykład w Solinie zginęło 15 osób, w Myczkowcach - 11.

W styczniu 1946 r. oddział WP dokonał pacyfikacji wsi Zawadka Morochowska, zabijając ponad 50 osób. W odwecie za to UPA dokonała egzekucji 60 polskich żołnierzy i milicjantów. W lipcu 1946 roku we wsi Terka żołnierze WOP spalili dwadzieścia osób w stodole, kilkanaście zabili we wsi. UPA zaatakowała wówczas polski garnizon w Wołkowyi. Szturm został odparty, ale grupa banderowców zdołała dokonać mordu na ludności polskiej. Wybrane osoby wiązano i rzucano w ogień, niektórym "humanitarnie" podcinano wpierw żyły.

Jak ocenia Motyka, w latach 1943-1948 zginęło na terenach obecnej Polski 7-8 tys. Polaków oraz 10-12 tys. Ukraińców. Byli zarówno ofiarami walk, jak i zbrodni, których dopuszczały się obie strony konfliktu. Czy odwet może być jakomkolwiek usprawiedliwieniem, skoro powoływali się na niego i Polacy, i Ukraińcy. I czy dziś jedna strona ma moralne prawo wypominać zbrodnie drugiej stronie, skoro sama ma długi rachunek win? Trzeba mieć nadzieję, że praca Motyki nie stanie się wygodnym źródłem informacji we wzajemnych oskarżaniach się, lecz będzie okazją do refleksji o czasie nienawiści i zabijania.

Operacja "Wisła"

Akcja wysiedlania Ukraińców na północne i zachodnie ziemie Polski, prowadzona od kwietnia 1947 r. objęła 140 tys. osób, a jednocześnie doprowadziła do rozbicia partyzantki UPA.

Grzegorz Motyka podziela w dużym stopniu opinię historyka Tadeusza A. Olszańskiego, że likwidacja zbrojnej partyzantki ukraińskiej była konieczna, bo żadne państwo nie może tolerować zbrojnej irredenty. Natomiast konieczność ta nie usprawiedliwiała wysiedlania. Motyka zauważa, że władze polskie nie uczyniły nic, by zyskać przychylność ludności ukraińskiej. Było to możliwe, gdyż zdaniem innego przywołanego w książce historyka, Eugeniusza Misiły, po pierwsze wielu Ukraińców miało nastawienie lewicowe (jeśli nie komunistyczne), a po drugie od wiosny 1946 roku ludność ukraińska marzyła o powrocie do normalnego życia. Zdecydowano się jednak na przesiedlenia. Motyka stwierdza: "Rzeczywistym celem akcji "Wisła" była nie tyle likwidacja ukraińskiego podziemia, co, jak mówi (...) raport wojskowy, "rozwiązanie ostateczne problemu ukraińskiego" w Polsce".

Jednak akcja przesiedlania ludności ukraińskiej być może nie w pełni obciąża władze polskie. "Wiele wskazuje na to, że akcję "Wisła" przeprowadzono na żądanie Moskwy" - pisze autor, wskazując, że podobną operację wysiedlania przeprowadzono też na sowieckiej Ukrainie. Jeśli nawet Moskwa nie wydała polecenia w sprawie przesiedlenia Ukraińców w Polsce, to co najmniej przyzwoliła na nią.

Jak pisze w zakończeniu książki Grzegorz Motyka, akcja "Wisła" przyniosła zniszczenie kultury łemkowskiej i zniechęciła wszystkich nią dotkniętych Ukraińców oraz Łemków do Polski. A pamięć o niej i jej skutki do dziś ciążą na stosunkach polsko-ukraińskich w kraju oraz na scenie międzynarodowej.

Czy można mówić o pozytywnych skutkach przesiedlenia Ukraińców? "Teza mówiąca, że dzięki przesiedleniom mamy dziś spokój na granicy z Ukrainą, wymyka się empirycznym badaniom i może być przyjmowana tylko na wiarę" - stwierdza Motyka. Trudno jednak zaprzeczyć, że przesiedlenia Polaków i Ukraińców zlikwidowały możliwość powstania podobnej tragedii, jaka niedawno dotknęła Albańczyków w Kosowie, a dziś dotyka tam Serbów. Dramatyczne przeżycia i cierpienia oderwanych od swej ojcowizny Polaków i Ukraińców byłyby więc ceną za spokój obecnych pokoleń.

Grzegorz Motyka "Tak było w Bieszczadach. Walki polsko-ukraińskie 1943-1948". Oficyna Wydawnicza Volumen, Warszawa 1999.


reklama dolna lewa reklama standardowa reklama standardowa typ 2 reklama dolna prawa

Pytania i uwagi dotyczące archiwum: archmin@rzeczpospolita.pl
Opracowanie Centrum Nowych Technologii, (C) Copyright by Presspublica Sp. z o.o.