reklama gorna lewa rzeczpospolita reklama gorna prawa
ArchiwumArchiwum

Informacje o dokumencie
Autor Bożena Ulewicz
Tytuł Kata w Bieczu już nie ma
Podtytul Uroki sielskiego Beskidu Gorlickiego
Data wydania 1996.08.28
Dział gazeta/Turystyka i podróże
Kredyty

Uroki sielskiego Beskidu Gorlickiego

Kata w Bieczu już nie ma

Jeżeli ktoś chciałby odpocząć w spokoju i pośród sielskiego krajobrazu, z czystym sercem można mu polecić rejony Pogórza Ciężkowickiego, Beskidu Gorlickiego i Magury Małostowskiej. Jest tu wszystko, co potrzebne latem -- malownicze góry, lasy, rzeki, anawet "najmłodsze" w Polsce jezioro, czyli zalew na rzece Ropie, od Klimkówki do Uścia Gorlickiego. Równie krótki rodowód posiada Magurski Park Narodowy, obejmujący swym zasięgiem około 20 tys. ha. Ate hektary to lesiste stoki wzgórz, takich jak Kornuty, Ostry Wierch czy Lackowa, i rozsiadłe między nimi dolinki i hale. Wyjątkową zaletą tego terenu jest brak tłumów, jakie nawiedzają bliskie Tatry i niedalekie Bieszczady.

Wędrując po okolicy, napotkamy od czasu do czasu ślady dawnych łemkowskich wiosek, samotne kapliczki i charakterystyczne prawosławne krzyże. W mijanych wsiach można zwiedzić dawne grekokatolickie cerkiewki, obecnie prawosławne bądź w gestii administracji Kościoła katolickiego. Stare cmentarze przypominają o ludziach związanych ztymi ziemiami. I tych nie związanych, którzy spoczywają na wojskowych nekropoliach zczasów I wojny. W maju 1915 toczyła się tu bowiem wielka bitwa gorlicka. Jej ofiary, żołnierze armii austriackiej, rosyjskiej, a wśród nich wielu Polaków, znaleźli tutaj miejsce ostatniego spoczynku. Historia lubiła zostawiać swój ślad na grzbiecie tej części Małopolski.

Prawdy i półprawdy o Bieczu

Prawd jest chyba więcej. Zawdzięczamy je dokumentom, z których najstarsze pochodzą z XII wieku, a także pracom archeologów, którzy odkryli, że ludzie krzątali się tutaj już w epoce neolitu. Później zaglądali tu także Rzymianie, a przynajmniej wszędobylscy kupcy utrzymujący kontakty z Roma Aeterna. Nie wszystkie miasta w Polsce mogą się poszczycić takimi "korzeniami". A zawdzięcza to Biecz swemu położeniu -- tędy przechodziły handlowe trakty na Ruś i Węgry. Do legend, w których drzemią półprawdy, należy zaliczyć tę, która wspomina, że założycielem grodu był niejaki Becz, z zawodu zbójnik, który później ustatkował się i dorobił własnej kamienicy. Mieści się w niej dzisiaj restauracja "U Becza" i mało kto się przejmuje, że w gruncie rzeczy kamienica należała do wielu zacnych mieszczańskich rodzin, które ze zbójnictwem nie miały nic do czynienia.

Inną legendą jest opowieść o szkole katów, która miała rzekomo znajdować się w tym mieście. Niewątpliwie "mistrz" w Bieczu rezydował, gród bowiem posiadał na równi z Krakowem prawo miecza. A że była to profesja jak każda inna, przychodzili do kata młodziankowie chętni do przyuczenia w zawodzie, podobnie jak do krawca lub szewca. Rejon pogranicza i niespokojne czasy sprawiały, że roboty musieli mieć huk, sądząc po salach tortur mieszczących się w ratuszowych loszkach i nagromadzonych tam narzędziach do dręczenia przestępców płci obojga. No cóż, porządek musiał być. Kat miał podobno rezydować w wieży, która jeszcze po dziś dzień trwa w resztkach miejskich murów tuż przy stromej skarpie. Oprócz egzekwowania wyroków prawa miał imć kat w obowiązku bronić tej wieży przed najeźdźcą usiłującym dobywać grodu. Krótko mówiąc, zajęcia miał rozliczne iróżnorodne.

Dziś w wieży i sąsiadującej z nią kamienicy mieści się muzeum. Można w nim zwiedzić m. in. wnętrze dawnej apteki pełnej tajemniczego sprzętu, ziół istarych receptur pomocnych i na hemoroidy, i na blednicę. Są też ekspozycje nawiązujące do rzemiosł, z których słynęło miasto. W życiu bieckich mieszczan było też miejsce na rozrywkę. Sądząc po ilości instrumentów, zebranych w tym samym muzeum, z pasją musieli oddawać się muzyce. Coś w tym chyba było, skoro w Bieczu zawiązało się nawet bractwo muzyczne, a jeden z godnych synów tego grodu, Marcin Kromer, wybitny humanista, a przede wszystkim biskup warmiński, popełnił aż dwa dziełka poświęcone muzyce -- "Musicae elementa" i "De musica figurata". Z dawnych czasów zachowały się lutnie, bandury, szałamaje, a także dudy. Był to instrument podobno wielce popularny, do tego stopnia, że dudziarze musieli płacić specjalny podatek od wykonywanego zawodu. W ten sprytny sposób pozyskiwano instrumentalistów do takiej na przykład liry korbowej. Współcześnie Biecz zasłynął głośną swego czasu kradzieżą obrazu z ołtarza kolegiaty Bożego Ciała, przedstawiającego "Opłakiwanie Chrystusa", pochodzącego z kręgu Michała Anioła. Na szczęście obraz znaleziono w okolicznej stodole, odnowiono i znów uświetnia wnętrze bieckiej fary. Szczęście miał też złodziej, w mieście bowiem przestało obowiązywać "prawo miecza" i katowską profesją nikt już się nie para.

Zaniedbane pałace

Beskid Niski należy smakować powoli. Najlepiej wziąć plecak, wsiąść na rower albo i pieszo ruszyć z Biecza, Gorlic czy Jasła przed siebie, na południe, ku słowackiej granicy. Gdziekolwiek byśmy trafili, zawsze znajdziemy coś miłego dla oka, wartego zwiedzenia. Ot chociażby taki Szymbark, niedaleko Gorlic. Stoi w nim dwór obronny, renesansowy, o czym przypominają charakterystyczne attyki i sgrafitta. W dawnych czasach należał do rycerskiej rodziny Gładyszów, który mieli w okolicy liczne majątki z królewskiego nadania. Dwór stoi i chyba trochę straszy, choć widać, że starano się go nawet iodnawiać, przynajmniej z zewnątrz. Cóż ztego, kiedy coraz nowe zacieki oszpecają fasadę budowli. Do środka nie ma co zaglądać, aż szkoda, że do tej pory nie znaleziono pomysłu na zagospodarowanie tego oryginalnego obiektu. Nie wiadomo też, co będzie zniezwykle urokliwym pałacem w Siarach. Nie ma tak wiekowej historii jak dwór w Szymbarku. Nie był też rycerzem jego właściciel. Władysław Długosz zaczynał od zwykłego wiertacza w okolicznych szybach. W kilkanaście lat później był jednym z najbogatszych nafciarzy na Podkarpaciu. Jako już majętny człowiek zajął się polityką. Był posłem wiedeńskiego parlamentu, a nawet jakiś czas pełnił funkcję ministra do spraw Galicji. W czasach II Rzeczpospolitej był senatorem. Do pieniędzy igodności trzeba było dopasować rezydencję. I tak powstał pałac w Siarach. Secesyjne cacko w każdym detalu stylizowane na rokoko, w którym pobrzmiewają jakieś zapóźnione echa z Saint Souci. O pałacyk, obecnie w gestii AWRSP, procesuje się rodzina Władysława Długosza, bodajże jego córka z drugiej żony. Ale sprawa się ślimaczy i Bóg wie, jak długo jeszcze potrwa. Kiedyś pałac należał do dyrekcji stadniny koni huculskich. Później był tu hotel. Teraz jest, jak jest. Czas pokaże. ..

Czas już zrobił swoje z dworem w Ropie. Choć nowy, gontowy dach, cement wylany na podłogi parteru i resztki materiałów budowlanych, rozrzuconych tu iówdzie, wskazują, że próbowano go ratować. Dziś niszczeje pośród parku pełnego drzew dobrze pamiętających rok 1803, kiedy stanął tu na miejscu starszej budowli. O drzewa szeleści letnia ulewa. W środku, dokąd może się dostać każdy, czuć wilgocią, stęchlizną, nic dziwnego, nie ma przecież okien. .. Smutny los nie chcianych zabytków.

Byli tu Łemkowie

Kto wie, czy więcej Łemków nie znajdziemy dzisiaj w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie niż w rejonach etnicznie ztą ludnością związanych, a do takich zalicza się całe Podkarpacie. Historia nie szczędziła ciosów tej nacji. Nie zasymilowali się ani z Ukrainą, ani z Polską. Swoją odrębność próbowali zaznaczyć, starając się powołać tuż po I wojnie Republikę Łemkowską. W czasie II wojny władze okupacyjne usiłowały wykorzystać Łemków do własnej gry -- z niewielkim efektem. Nie powiodło się także ukraińskim nacjonalistom. Ale mimo to ludność łemkowska padła ofiarą wysiedleń w czasie akcji "Wisła". Powroty, niezbyt liczne, nastąpiły dopiero po roku 1956.

Dziś o Łemkach przypominają malownicze cerkiewki, jakie napotykamy na większości tutejszych szlaków. Ich samych znajdziemy jeszcze w kilku wsiach, takich jak granicząca ze Słowacją Konieczna. Jadąc kiepską drogą ku nowoczesnemu przejściu granicznemu, napotykamy resztki starych, drewnianych domostw. Większość z nich dożywa sędziwego wieku. Spróchniałe, poszarzałe od szarugi deski, zapadnięte, mchem pokryte dachy, wykrzywione okna. Tu już nikt nie wróci. Dziś przed Konieczną rysuje się przyszłość związana z niedalekim przejściem. Ruch turystyczny jeszcze niewielki, ale szanse są, trzeba je tylko wykorzystać.

Bożena Ulewicz


reklama dolna lewa reklama standardowa reklama standardowa typ 2 reklama dolna prawa

Pytania i uwagi dotyczące archiwum: archmin@rzeczpospolita.pl
Opracowanie Centrum Nowych Technologii, (C) Copyright by Presspublica Sp. z o.o.