rzeczpospolita
08.05.97 Nr 106 Nakład 1832
AKCJA "WISŁA"

Rozwiązanie problemu ukraińskiego w Polsce

W ciągu trzech miesięcy 1947 roku, poczynając od 28 kwietnia, na polecenie komunistycznych władz Polski, siłami wojska, milicji i służb bezpieczeństwa deportowano około 150 tysięcy Ukraińców z ich ziem rodzinnych w południowo-wschodniej Polsce, i osiedlono w rozproszeniu, wydatnie ograniczając swobody obywatelskie, na zachodzie i północy kraju. Wojskowej Grupie Operacyjnej "Wisła" (od której wzięła potoczną nazwę ta próba "rozwiązania problemu ukraińskiego w Polsce") rozkazano zlikwidować Ukraińską Armię Powstańczą i Organizację Nacjonalistów Ukraińskich; deportacje, pozbawiając podziemie zaplecza, miały być koniecznym środkiem prowadzącym do tego celu.

Znaczną część polskiej opinii publicznej przekonała argumentacja i propaganda (choć były one podszyte nacjonalizmem i ksenofobią) ówczesnych władz Polski. Ci, którzy do dziś aprobują wysiedlenia, sądzą, że akcji "Wisła" nie można oceniać w oderwaniu od takich poprzedzających ją faktów, jak np. sojusz części politycznych elit ukraińskich, w nadziei na pomoc w uzyskaniu niepodległości, z III Rzeszą, i krwawe czystki etniczne, dokonane na Polakach i Żydach na Wołyniu i w Galicji. Pragmatycznie dowodzi się, że deportacje były najskuteczniejszą, przy czym najmniej krwawą metodą walki ze zbrojnym podziemiem ukraińskim, a masowe przesiedlenia były zaakceptowanym przez zachodnich aliantów, zaś np. w odniesieniu do ludności niemieckiej w Polsce i Czechosłowacji wręcz przez nich narzuconym, sposobem załatwiania powojennych problemów etnopolitycznych. W latach 1945 - 46, na mocy porozumienia PKWN ze Stalinem, i bez sprzeciwu międzynarodowej opinii publicznej, przesiedlono 800 tysięcy Polaków z dawnych Kresów Wschodnich na powojenne terytorium państwowe Polski, zaś z Polski do ZSRR 480 tysięcy Ukraińców.

Ci, którzy kwestionują fakty, przywoływane na usprawiedliwienie akcji "Wisła", wskazują, że od początku 1947 roku zmalał zbrojny opór UPA, zaś liczba strat na domniemanym terenie jej działania niewiele odbiegała w tym okresie od właściwej dla powojennych czasów liczby ofiar rozboju i przemocy w innych regionach kraju. Państwo polskie nie było wówczas z nikim w stanie wojny, ale do operacji wymierzonej przeciw ludności cywilnej skierowała siły wojskowe i środki wojenne. Władze zastosowały niehumanitarną zasadę odpowiedzialności zbiorowej: wysiedleniem objęto tereny, na których nie było wcześniej żadnych przejawów wpływów UPA, i na których nie prowadzono następnie żadnych działań zbrojnych, oraz osoby poza podejrzeniem: starców, chorych i dzieci. Mieszano kryterium etniczne i religijne, wysiedlono np. Cyganów wyznania grekokatolickiego. Bez sądu więziono ludzi w obozie w Jaworznie. Nie rozpatrywano żadnych indywidualnych odwołań, ani po ustaniu podanych oficjalnie przyczyn deportacji nikomu nie pozwalano na powrót.

Przeciwnie, dążeniem władz było utrwalenie diaspory Ukraińców (27 lipca 1949 roku na podstawie dekretu rządowego odebrano im prawo do pozostawionej własności), a nawet ich wynarodowienie, przez zakaz sprawowania kultu religijnego w Kościele katolickim rytu wschodniego (i konfiskatę cerkwi), zakaz nauczania języka ojczystego, zakaz zrzeszania i odebranie swobody poruszania się. Znacznego uszczerbku doznała materialna i kulturalna spuścizna ukraińska na wysiedlonych terenach, a na części - w Bieszczadach - zupełnego i do dziś nieodwracalnego unicestwienia.

Po 1957 roku cofnięto część ograniczeń. Przywrócono wolność nauczania i publicznego posługiwania się językiem ukraińskim, w niewielkim zakresie swobody obywatelskie, kulturalne i religijne. Około 20 tysiącom wysiedlonych pozwolono na powrót w rodzinne strony i udzielono częściowej rekompensaty za utracone mienie.

Wszystkie restrykcje natury administracyjnej i politycznej zostały uchylone po 1989 roku. Odtworzony został ustrój, diecezje i hierarchia Kościoła bizantyjsko-ukraińskiego. 3 sierpnia 1990 roku Senat RP potępił w specjalnej uchwale akcję"Wisła", "w której zastosowano - właściwą dla systemów totalitarnych - zasadę odpowiedzialności zbiorowej" i obiecał, że "dążyć będzie, by naprawione zostały - na ile to możliwe - krzywdy powstałe w wyniku tej akcji".

Organizacje i środowiska polskich Ukraińców wciąż domagają się dokonania rehabilitacji pokrzywdzonych i prawnego naprawienia skutków akcji "Wisła". W 50. jej rocznicę Kongres Ukraińców w Polsce ponowił te żądania. Jednocześnie Kongres potępił krzywdy i zbrodnie zadane Polakom przez Ukraińców i prosił o wybaczenie. Obietnica Senatu z 1990 roku pozostała nie spełniona. Nie podjęto nawet próby ustalenia, co jest możliwe, i co Polacy byliby gotowi zaakceptować. A.Ka

Czas robi swoje i nawet Osława, nie jest taka jak dawniej

Cisza

Po wysiedleniach opustoszały cerkwie. Świątynie i krzyże opuszczone, często dewastowane niszczały. Dopiero w latach sześćdziesiątych śmielej odradzały się wspólnoty, wielu unitów przylgnęło wówczas do oficjalnie istniejącego prawosławia. W greckokatolickiej - przed wojną - wsi, po wysiedleniach sytuacja się skomplikowała. Dziś w szkole w Mokrem uczą religii duchowni prawosławni, uniccy i katoliccy. To też echo następstw dramatycznego 1947 roku. FOT. ZBIGNIEW LENTOWICZ

ZBIGNIEW LENTOWICZ

Wojny, kataklizmy, kapryśny los nie omijały Mokrego, tych kilkudziesięciu ukraińskich chałup wciśniętych w przesmyk, przy kolejowym szlaku do łupkowskiej przełęczy wiodącej na drugą stronę Karpat. Ludzie po każdej pożodze podnosili się jednak, odbudowywali strzechy, znów zieleniły się zagony na gliniastych stromiznach. Tak było do siódmego maja czterdziestego siódmego, kiedy na łące wylądował kukuruźnik. Przybycie samolotu zapamiętał czteroletni wówczas Orest Kochanowski: z maszyny wysiadł polski oficer i powiedział do spędzonej gromady, że Ukraińcy powinni się zbierać. I nagle, w ciągu paru godzin, kilku kolejnych dni, świat, który zapamiętała Maria Kirylejza i kilkunastoletni wtedy Józef Żurat zapadł się, potem zaś wszystko było już inne niż dotąd.

We władzy ślepego przypadku

Energiczna Maria Kirylejza w jasnobłękitnej bluzce sztywnieje, kiedy pada pytanie i w ślad za nim wracają wycierane z pamięci obrazy, strzępy niechcianych wspomnień. - Po wysiedleniu połowy Mokrego, z pozostawionymi w chałupach pozostał strach. - Człowiek cienia swojego się bał - pamiętają.

Wydarzyć się przecież mogło wszystko, o ludzkim losie decydował głupi przypadek. - Ja w Mokrem zostałam, bo wojskowi zawahali się przy polsko brzmiącym nazwisku, a matce, Kochanowskiej z domu, wpisano jakoś wcześniej w paszporcie, że Polka - dziwi się Maria o włosach przyprószonych siwizną, długo patrzy przed siebie nieruchomo, tylko dłonie ani na chwilę nie spoczną spokojnie na stole.

- Inni zostawali, bo potrzebni byli robotnicy w lesie, robotnicy kolejowi na strategicznym szlaku i ci zwłaszcza, którzy "robili na tutejszej kopalni nafty wiertaczem".

W sądnej godzinie, jak kto mógł chronił głowę. Czy można się dziwić ludziom?

Kiedy wojskowi zaczęli plądrować chałupę Kochanowskich, babcia siedziała akurat na łóżku. Wojskowy już od progu uniósł karabin, wymierzył. - Mama rzuciła się rozpaczliwie, zdążyła tylko złapać za ręce sięgające do spustu.

Jana Kirylejzę na ziemie północne wywieźli z sąsiedniej osady, wcześniej jednak na własnej skórze doznał mocy przypadku. Kiedy raz wojsko wpadło do wsi, schował się w ciasnej piwniczce. Przy maszynie do szycia w izbie została siostra, młoda, piękna dziewczyna, kaleka bez nóg, po kolejowym wypadku. - Czego płaczesz durna, zainteresował się jeden z wojskowych. - Brat się schował przed wami w piwnicy, pewnie go zabijecie. I wtedy żołnierz rzekł do towarzysza, przestań tam szukać, idziemy.

Innym razem Jan stał w zagajniku, gdy Zawadkę Morochowską pacyfikował polski oddział. Jeszcze słyszy te strzały, krzyk ludzi, trzask palonych chałup, jakieś wrzaski, ryk domowej zwierzyny. - Że koń, co go poszedłem zabrać z pastwiska, który wtedy stał ze mną w krzakach, nie zarżał, cud prawdziwy!

- Czasem przecież, człowieku, śmierci przypadkiem na głowę nadepniesz, a masz szczęście - nie stanie się nic - Jan o tym zawsze może zaświadczyć. Wie też, że z pamięci, z serca nie da się już wydrzeć koszmarów. - Z Polakami człowiek jadł z jednej miski, potem ramię przy ramieniu, w skwarze, kosili na polach czy łące, a jakiś żal przecież utkwił głęboko, jak zadra.

Komu bowiem zawinił dziadek, którego od Gierata z podwórza wypatrzyli wojskowi, jak szedł miedzą, serią dostał, nie dane mu było dożyć swego.

Zwalistemu Orestowi Kochanowskiemu staje przed oczami wizerunek ojca, weterana czwartego białoruskiego frontu, który po ranach odniesionych pod Bielskiem, wrócił wreszcie do rodzinnej chałupy. Wojennego, kombatanta przecież, nie ochronił nawet mundur. Żołnierzom spodobał się trofiejny, stary, angielski zegarek: odpinaj, kurwa twoja mać banderowska - usłyszał i nie zdecydował się ponad miarę przeciągać struny. Frontowe inwalidztwo nie uchroniło przed wywózką Tkaczy, bracia ledwie wrócili z wojny, już kazano im w godzinę spakować się i wyjeżdżać na północ.

- O idzie mały banderowiec, chodźcie no tu hajdamaki - Orest pamięta dobrze tamte słowa, klimaty. Widzi też, Polaków, bogatych chłopów dochodzących do kopalnianej roboty z Kulasznego, jak oddawali ojcu swoje śniadanie. - Ty masz jeszcze dwóch bajtli do wykarmienia, weź, nie przelewa ci się przecież.

"Ni cerkwi, ni dwora"

Mokre już przed wojną było ukraińską wsią, liczącą ponad sto dymów, z własną kooperatywą, stacją kolejową, wodnym tartakiem, "ridną szkołą", z kopalnią nafty, w której dobywano ropę z kilkudziesięciu odwiertów. O beskidzkiej osadzie, wciśniętej między wzgórza, odciętej od wielkiego świata na bojkowsko-łemkowskiem pograniczu mówiono też, zwłaszcza w sąsiednim zawistnym Morochowie: "ni cerkwi, ni dwora". Polaków było tu niewielu, żyli najczęściej w małżeństwach mieszanych. Pięcioma żydowskimi rodzinami zajęli się w okupację hitlerowcy. - Potem, kto miał tu broń, stanowił prawo - pamięta sześćdziesięcioletni dziś Józef Żurat, kiedyś, "jeszcze w Prusach" nauczyciel ukraińskiego. Żurat siada na chwilę w swym nowym, jasnym domu, pod wizerunkami narodowych bohaterów i włącza w telewizji kijowski program. Gdy w 32 roku ojciec, Michał, gospodarz na 11 morgach budował na wysokim brzegu Osławy chałupę, na dachu kładł już czerwoną, tarnowską dachówkę - odcinała się wyraźnie od tutejszych strzech.

Wojna przyniosła do Mokrego spustoszenie. - Tu władza, państwowy urzędnik się nie zapuszczał, o zmierzchu i w biały dzień przychodził i rabował kto chciał, mundury nie mówiły niczego, każdy mógł podać się za kogo tylko mu przyszła ochota. Żurat: - Wobec grabieży i bezkrólestwa, jedynym oparciem stała się wkrótce UPA. Przed wywózką na roboty do Rzeszy, przed mobilizacją do Czerwonej Armii, przed bandyckim zagrożeniem, polskim podziemiem i szykanami milicji młodzi z Mokrego i okolicznych wsi uchodzili do lasu. Żurat nie pamięta, by banderowcy siłą rekrutowali. - Była u nich surowa dyscyplina - tak słyszał.

O wspieraniu "naszych partyzantów" niewiele się dziś w Mokrem chce pamiętać. Przychodził czas, ludzie dawali kontyngent, nie daj Boże, gdy się wydało, że ktoś garść ziarna czy słoninę zataił w jakimś schowku - kręci głową Żurat.

Legenda UPA

Anna Babiak, cudem ocalona z Zawadki Morochowskiej - spalonej wpierw przez Niemców, którzy szukali tam tropów radzieckich skoczków, potem trzykrotnie jeszcze pacyfikowana przez polskie wojsko - w styczniu, marcu i kwietniu 46 - nie może się nadziwić nieszczęściu - w Zawadce przecież ludzie tak strasznie byli grzeczni! Sędziwa Anna, wsparta ciężko na lasce, przyniesie fotografię brata, rocznik 1925: - Iwan, to znaczy Jan, który zginął, dziś jego nazwisko brzmiałoby po polsku Dobrzański, tak był do każdej roboty składny, taki dobry, że dziś jeszcze Babiakowej z wielkiego żalu, łzy się w oczach zakręcą.

W styczniowy, śnieżny dzień, w Zawadce wojsko zabiło ponad sto osób, nie oszczędzano kobiet i dzieci. Babiakowa opowie, jak to uciekinierzy pod wieczór wrócili na pogorzelisko i pod ciałem zabitej matki odnaleźli żywe jeszcze na wpół zamarznięte, półroczne dziecko.

Kiedy wojsko przyszło potem zza góry do Mokrego i matce kazali zrobić jajecznicę - białe, maskujące kombinezony żołnierzy pełne były krwawych śladów - pamięta jak dziś Maria Kirylejza. - Zawadka, to był cichy zakątek, schowany wśród lasów i banderowcy mogli tam szukać schronienia - Maria zastanawia się głośno z wyraźnym wahaniem.

Czy oddział UPA stacjonował w samym Mokrem, nie potrafi powiedzieć Józef Żurat: Wiem tylko, że jeśli sotnia zjawiała się w okolicy, ustawały zaraz napady, grabieże. To pod wpływem UPA, tak niewielu Ukraińców z Mokrego wyjechało na Ukrainę w czterdziestym piątym, w ramach pierwszych przesiedleń i wielkiej wymiany ludności. - UPA atakowała wówczas transporty, płonęły mosty. Najskuteczniej podziałało jednak na ludzi słowo pewnego kapitana, idącego z IV Frontem Ukraińskim czerwonoarmisty, który w domu Żuratów powtarzał, Michał, rób co tylko chcesz, tylko nie jedź na Wschód.

Dziś młodszy Żurat, Ukrainiec i polski obywatel spokojnie tłumaczy cele UPA, woli jednak mówić bezosobowo: liczono na trzecią wojnę światową i oczekiwano, że da się zorganizować ten niezależny kraj na ukraińskich ziemiach etnicznych. O akcji "Wisła": "tamta władza w tamtym ustroju zdecydowała się nami zatkać puste poniemieckie ziemie, by zamknąć usta propagandzie zachodniej". - Przyjeżdżaliśmy - mówi Żurat - do wyszabrowanych kompletnie domostw, a ci, którzy osiedlili się tam wcześniej z lękiem wypatrywali krwawych Ukraińców, strasznych jakichś hajdamaków, bandytów z nożami. I nie mogli się potem nadziwić, że spotykali wreszcie podobnych do nich, normalnych ludzi, a najczęściej nieszczęśników wyzutych z majątku, którym z litości trzeba było czasem podać kubek wody.

Zwycięzcy i zwyciężeni

Po latach dopiero, gdy młodzi zaczęli już uciekać na zachód, do Ameryki, Kanady, turyści przyjeżdżali na Mazury i gadali: jeśli wy stąd wyjedziecie, to Niemcy przyjdą. - Niektórzy nasi - ma dziś żal Żurat - poszli na łatwiznę, udawali, że są Polakami, myśleli, że w ten sposób będzie im lepiej, ale przecież nikt nie ufa dwulicowym, prędzej się człowiekowi wierzy takiemu, jaki on jest. Przeszliśmy swoje, taki był ustrój, zwykli ludzie nie liczyli się wtedy - zamyśla się Żurat. I dodaje z westchnieniem: tyle, że myśmy z tego wszystkiego się nacierpieli najwięcej.

Czas odmierzany w Mokrem, w którym znów pada oblepiający śnieg, a błotnisty nurt Osławy niesie roztopową falę, dziwnie zaciera cienie i szarości, wyostrza krzywdy niczym jedyne widoczne i jaskrawe kontury. Po półwieczu nakazanego milczenia, instynktownego kamuflażu, ludzie jeszcze odreagowują.

- Zadry utkwiły głęboko, zwłaszcza wśród pokolenia, które bezpośrednio naznaczyła historia - próbuje zrozumieć Danuta Łagódka, dyrektor tutejszej szkoły, unikalnej w kraju, bowiem nieprzerwanie od 1957 roku dzieci uczą się tu również ukraińskiego. Zderzenie z rzeczywistością wschodniego pogranicza było szokujące dla Łagódki. Jeszcze do niedawna w pobliskim Zagórzu czy Sanoku, choć wszyscy się domyślali, kto jest kim, pochodzenie ukraińskie było tematem tabu. Łagódka: tu w Mokrem odkąd pamiętam, było inaczej, tu Ukraińcy zawsze stanowili większość, mówiło się więc po ukraińsku na przystanku i w sklepie.

Dystans przybysza z zewnątrz, spoza tego zaklętego kręgu emocji okazał się jednak na dyrektorskiej posadzie rzeczą bezcenną: - Bez tego chyba nie da się tu działać skutecznie - sądzi dyrektorka. W szkole lekcje religii prowadzi trzech księży: prawosławny, unicki i katolicki. - Zajęcia celowo zorganizowaliśmy jednocześnie, w tym samym czasie, każdy duszpasterz zgarnia po dzwonku swoją trzódkę i nikt nie ma czasu na pokazywanie palcem "innego".

Podskórne konflikty, które przecież pulsują w Mokrem i co jakiś czas znajdują swe ujście, jak ten ostatni spór dotyczący udostępniania katolikom nowo wybudowanej cerkwi unickiej, szczęśliwie, jakby nie dotyczyły dzieci. - Wśród uczniów pęknięcia nie ma, nie ma napięć na tle burzliwej przeszłości. To, czego młodzi sami nie doświadczyli, a o czym jedynie opowiadają rodzice, pozostaje opowieścią, czymś w rodzaju mrocznej legendy. - Z ostatniej wojny wszyscy wyszliśmy okaleczeni i zwycięzcy, i zwyciężeni - myśli pani dyrektor po tych kilkunastu latach doświadczeń na południowo-wschodnich kresach Rzeczypospolitej. Wojna i ją samą, kiedyś przecież musnęła: ojciec Łagódki trafił do kacetu, lecz rodzina ocalała, dzięki pomocy znajomej Niemki.

Podsumować i zamknąć

Na korytarzach piętrowej, szarościennej, szkoły w Mokrem, harmider - dzieciarnia daje upust energii. Ukraińskiego w dokazującej gromadzie jednak nie słychać.

Mirosław Onyszkanycz, nauczyciel ojczystego języka, twierdzi, że umiejętność posługiwania się ukraińskim dzieci w Mokrem wynoszą z domu, a pierwsze podręczniki wydane w kraju (wśród ilustracji orzeł w koronie obok włodzimierzowego tryzuba) wypierają importowane ze wschodu, w których treść jak pięść do nosa przystawała do polskiej rzeczywistości. Onyszkanycz, który prowadzi również uczniowski zespół "Osławiany" (Osławianie), ubolewa, że słabnie entuzjazm młodych artystów odkąd obecność ukraińskiej pieśni i obyczaju spowszedniała nie tylko w okolicy. "Osławian" proszą już wszędzie, bez wyjątku. na festiwale ukraińskiej kultury i państwowe uroczystości w Sanoku albo Zagórzu.

- Szczypta konspiracji, sięgania do narodowych piosenek jak po zakazany owoc, dodawała młodzieży zapału, dziś górę bierze normalność, a to już zupełnie nie mobilizuje - narzeka nauczyciel.

Pytam, czy próbowali zapraszać polskie dzieci do wspólnego śpiewania, w Mokrem niewiele jest przecież możliwości interesującego spędzania czasu po lekcjach. - Nie. Pewnie sam język, to znaczy słowa piosenek, mogłyby być trudną do pokonania barierą - nie ukrywa zakłopotania Onyszkanycz.

Stanisław Biłas, z czarnym sumiastym wąsem i mocnymi dłońmi, miał cztery lata, gdy z ojcem wracali do Mokrego na swoje. Dziś akademicko-prasowymi dyskusjami wokół ukraińskiej przeszłości jest już trochę znużony. Dla człowieka, który urodził się na ziemiach odzyskanych i tam się dorabiał, tam urządził sobie życie, tak jak potrafił najlepiej, nie ma już tutaj, w górach szczególnego magnesu. - Wziąć hektar zagonu i kartofelki sadzić?

Co tu będzie robił przyjezdny, kiedy wokół pracy brakuje, a we wsi już i tak stoi kilka chałup opustoszałych po tych, którzy prysnęli przy pierwszej okazji do wymarzonej Kanady.

Tak to już jest. Jeśli wśród obrazów pielęgnowanych z dzieciństwa nie zobaczysz wiosennej Osławy, to zastanawiać się trzeba, co właściwie znaczy dla ciebie słowo - ojczyzna. Ona już dla wielu jest tam, gdzie się urodziłeś, dorosłeś. - Ojca i innych z jego pokolenia w góry gnała tęsknota, za każdym drzewem, kamieniem. A nam, młodszym? Biłas, który kiedyś pracował w kombinacie drzewnym w Rzepedzi, a dziś siedzi na zasiłku, ma swoje zdanie: Prawdę o akcji "Wisła" trzeba spokojnie, solidnie zapisać i wreszcie sprawę zamknąć. To się należy wszystkim - zamiast tego ciągłego szrajbowania w gazetach, jątrzenia, wymysłów.

Odejście dawnego świata

Ludzie w Mokrym z losem pogodzeni: w majowe, odpustowe święto sunie tylko procesja na cmentarz. Te parę krzyży zamarłych w ciszy za ogrodzeniem to jedyny ślad po Zawadce Morochowskiej. W miejscu, gdzie stały niegdyś chałupy przyjezdny z trudem znajdzie ślady po piecowiskach. Jeszcze tylko tu i ówdzie wiosną, pośród lasu zakwitną śliwy, o pniach i konarach skręconych wiekiem i niepogodą jak dłonie starca.

Nawet Maria Kirylejza, która przecież w Mokrem trwa przez te wszystkie lata, widzi jak niepowstrzymany czas zaciera ślady. Pod lasem najszybciej. Młode drzewa pną się w górę, tam gdzie stały kiedyś domy pod strzechą, budowane z bali na zrąb, malowane w pasy żółtawą glinką.

Maria: - Człowiekowi nawet skrawek ojcowizny, dawno nie widziany, dziś pewnie wydałby się obcy.

Jednak Kirylejzowie, jak wielu tutejszych, dzielą życie na dwie epoki, ta piękna liczy się do wojny czy raczej do wysiedlenia: cudowny świat, kiedy się go ogląda oczami młodości. Tamta wieś z żydowską karczmą pod górką tętniła życiem. W czerwcowe wieczory dziewczyny zbierały się razem, szło się pośpiewać u kogoś na zachacie. W niedziele albo przy święcie nikogo do zabawy nie trzeba było specjalnie zachęcać, więc sklecona z desek podłoga aż dudniła od tańców. To wtedy nawet las był człowiekowi przyjazny, Maria zawsze najwcześniej była w grzybowisku, do domu znosiła pełne kosze. - Aż któregoś lata matka za wielki jutowy worek suszonych prawdziwków, sprzedanych na sanockim targu, zrobiła wielkie zakupy. Prezenty dostali wszyscy - ja - jak dziś pamięta pani Maria - dostałam piękne buciki.

A ryby, jakie wtedy były w Osławie, kto pamięta? Matka Marii miała na nie sposób: przygotowane wcześniej układała do blachy wyściełanej słomą i suszyła w chlebowym piecu. Smakowały wspaniale, zwłaszcza gdy wcześniej polatało się za krowami po górkach.

I nagle któregoś majowego dnia skończyło się chodzenie po kądzieli i darcie pierza z przyjaciółkami w jesienne wieczorki. Martwa cisza zapadła tam, gdzie kiedyś żyło Kamienne, Przybyszów, Karlików, Płonne, Ratnawica.

- Nigdy już potem, po wojnie nie zaśpiewałam, nie było z kim i nie było ochoty. To w roku wysiedlenia i potem w naszą wigilię kolację jedliśmy tak wcześnie, w biały dzień, przed zachodem słońca - wspomina Orest Kochanowski. Maria Kirylejza także widzi, jak matka owija chustą lampę nad świątecznym stołem, by światło nie zdradzało ukraińskiego wyznania. Cerkiew wtedy milczała zamknięta na głucho, po kilku latach dopiero wprowadzili się pod jej łatany dach prawosławni. W opuszczonych chałupach zamieszkali osadnicy, niewielu ich w Mokrem zagościło dłużej - nawet tacy porządni jak na przykład Rajchlowie czuli się widocznie nieszczególnie na cudzym.

Po pięćdziesiątym szóstym zaczęły się pierwsze powroty. Żuratów o tym, że opuszcza ich zagrodę, zawiadomił listem polski gospodarz. - Z Zagórza w kwietniu 57. musieliśmy zawrócić raz jeszcze do Żabinki pod Węgorzewem. Czekając na przyzwolenie władzy raz ostatni "w Prusach" przesiedzieli lato. We wrześniu udało się wreszcie; byli znów na ojcowiźnie, jednak Józefa, mimo że odsłużył wojsko i budował Nową Hutę, przez dwa lata jeszcze odsyłano z kwitkiem z biura meldunkowego. Żurat zapamiętał, że kiedy wrócili, wieś wydawała się skurczona jakaś, opustoszała, dziwnie było, pługi wykroiły nowe miedze, a między podwórkami zniknęły płoty. - Ludzi pamiętam zastraszonych, posępnych, nikt nie dowierzał nikomu. Coś z tej atmosfery nieufności zostało do dzisiaj - podziały na tych, którzy zostali i tych, którzy wrócili z wygnania, odzywają się czasem z głębi zza drugiego dna. Zaledwie kilka lat wcześniej nową cerkiew z Zawadki rozebrano i złożono z niej pegeerowską owczarnię w Wysoczanach. Wieść niesie, że któregoś dnia wezbrane wody zmyły obejście, a fala porwała i uniosła szczątki razem ze zwierzętami.

Zbigniew Lentowicz

Józef Żurat (na zdjęciu) twierdzi, że "w Prusach", na zesłaniu, cywilizacja wyprzedzała Mokre o pół wieku. I cóż z tego, skoro oni chcieli być u siebie, choćby w ciasnej, ojcowskiej chałupie. FOT. ZBIGNIEW LENTOWICZ

Zaraza na nas przyszła o świcie 1 lipca

U nas tu, u nas tam

ANDRZEJ KACZYŃSKI

Jeśli ojczyzna to pamięć i groby, to ta tutaj, nowa "mała ojczyzna", jest przepołowiona. Pamięć wciąż biegnie do Łemkowszczyzny, w Bieszczady, w okolice Sanoka, Przemyśla, Jarosławia, Lubaczowa. Tamte ukraińskie groby zniszczyli ludzie, pochłonęła ziemia, porosła trawa. I tu przepadły stare, pojawiły się nowe

FOT. ANDRZEJ KACZYŃSKI

- W ciągu pięćdziesięciu lat historia zatoczyła pełne koło. Wtedy też była Pascha: Poniedziałek Wielkanocny - rzekł ksiądz Marek Sośnicki. "Wtedy", czyli 28 kwietnia 1947 roku, był pierwszy dzień akcji "Wisła". "Pascha" to dosłownie "przejście" Żydów z niewoli egipskiej do Ziemi Obiecanej. U chrześcijan pamiątka "przejścia", czyli Zmartwychwstania, Chrystusa. W kontekście 50. rocznicy przymusowego przesiedlenia Ukraińców z "małej ojczyzny" w południowo-wschodniej Polsce na ziemie odzyskane, słowo nabiera ironicznego i gorzkiego sensu.

Jest 26 kwietnia, sobota Wielkiego Tygodnia według kalendarza liturgicznego obrządku wschodniego. Parafia grekokatolicka w Modle w województwie legnickim. Na chwilę rozmowy ksiądz Marek Sośnicki ma czas po niespiesznym rozejściu się wiernych, z których prawie każdy ma coś świątecznego do powiedzenia proboszczowi, po sprzątnięciu kościoła, który wypożycza od parafii rzymskokatolickiej, po rozmontowaniu i wyniesieniu do zakrystii prowizorycznego ikonostasu. - Musimy po sobie posprzątać, żeby nie został po nas żaden ślad - mówi z goryczą duszpasterz Ukraińców. - Mam trzy parafie, ale żadnego własnego kościoła.

Nazajutrz, u świętego Jacka w Legnicy, przeciętna wieku parafian księdza Marka dużo niższa, a głosy znacznie silniejsze; piękne śpiewy liturgiczne brzmią czyściej i donośniej. Ale tu tak samo po skończonym nabożeństwie ikonostas składany jak parawan wynosi się z prezbiterium, i w gotyckim, i rzymskokatolickim kościele nie zostaje żaden bizantyjsko-ukraiński ślad. Wierni wsiadają do samochodów i odjeżdżają. Rezurekcja grekokatolików wygląda jak msza dla automobilistów. - Parafia personalno-terytorialna - mówi ksiądz Sośnicki - czyli, można powiedzieć, parafia w drodze. W pokoleniu dzieci i wnuków przesiedleńców wystąpiła olbrzymia migracja ze wsi do miast, ale także ponadprzeciętna emigracja. - Dlaczego aż tylu Ukraińców wyjeżdża za granicę, do Kanady lub Stanów Zjednoczonych? Mój brat też wyemigrował, więc potrafię odpowiedzieć - mówi ksiądz Marek. - Bo tutaj jest im źle. To większość uważa, że jest w Polsce tolerancja. Mniejszość - nie.

Ksiądz Marek Sośnicki, rocznik 1963, urodził się już na wygnaniu. Rodzina pochodzi z Ulucza koło Sanoka. W Uluczu - mówi z dumą - jest najstarsza w Polsce cerkiew z 1510 roku. Po sąsiedzku - mówi ze smutkiem - leżała wieś Borownica, gdzie zamordowano 38 bezbronnych Ukraińców. Ta śmierć przyszła z zewnątrz. Naokoło były same wioski ukraińskie, a więc nie było w tej okolicy żadnych konfliktów etnicznych czy waśni sąsiedzkich, ani wojny domowej. Ksiądz zresztą nie zaprzecza, że gdzie indziej taka wojna się toczyła, nie pierwszy raz zresztą w dziejach Polski: przypomnijmy sobie choćby rabację Jakuba Szeli, przeczytajmy na nowo "Rozdzióbią nas kruki, wrony...". Konflikt jest nieodłączny od społeczeństwa. Tego jednak nie chciano rozwiązywać, a tylko unicestwić jedną z jego stron. - Została popełniona zbrodnia na narodzie ukraińskim - mówi ksiądz Marek Sośnicki o akcji "Wisła".

Moja wieś

Moja wieś to Nowa Wieś - mówi Piotr Hojniak ze zrośniętej z Modłą wsi Patoka. - Nowa Wieś w byłym powiecie nowosądeckim. 12 kilometrów od Krynicy, 22 od Nowego Sącza. Rozciągała się na sześć kilometrów wzdłuż Kamienicy. Dużo lasów, mało ziemi ornej. Każdy sam sobie gospodarzem, kto potrzebował pieniędzy - wycechował drzewo, ściął, ale tak, żeby nie niszczyć lasu, głównego naszego bogactwa. We wsi były cztery tartaki, to świadczy, że było co ciąć. W pobliżu miał też las hrabia Stadnicki. Dobrze płacił, drzewo z lasów hrabiego nasi ludzie wozili konnymi furmankami do jego tartaku w Nawojowej. Tak sobie dorabiali i było jako tako.

W Nowej Wsi mieszkali sami Łemkowie. Tylko dróżnik, zapomniałem jak się nazywał, i dwaj gajowi, Słabek i Szatkowski, to byli Polacy. Była u nas szkoła czteroklasowa; siedem klas ukończyłem już tutaj. I była u nas parafia grekokatolicka z filią w Łosiu, ale obsługiwał ją jeden ksiądz. Ja skończyłem kurs dla diaków we Florynce, przy klasztorze ojców studytów. Diak to tyle co organista w kościele łacińskim. Trzy lata posługiwałem w naszej cerkwi - mówi pan Piotr, co chwila zerkając na zegarek, żeby nie przegapić pory nabożeństwa. W Modle, jak pięćdziesiąt lat temu w Nowej Wsi, pełni obowiązki diaka. Trzeba za każdym razem baczyć, co to znaczy "u nas". Raz "u nas" odnosi się do Nowej Wsi, ale kiedy indziej "u nas" to znaczy w Patoce. U nas tu, u nas tam.

Zaświadczenie: "6 IV 1945. Grekokatolicki urząd parafialny w Nowej Wsi poświadcza, że Piotr Hojniak jest diakiem w tutejszej cerkwi". Podpisał proboszcz, ks. Stefan Dziubina (obecnie mitrat, czyli infułat w łacińskiej terminologii; zanim można było odtworzyć hierarchię i diecezje obrządku wschodniego, ksiądz mitrat Stefan Dziubina był wikariuszem generalnym prymasa Wyszyńskiego dla wiernych rytu grekokatolickiego).

- W 1945 roku trochę ludzi z zachodniej Łemkowszczyzny skusiło się na wyjazd do ZSRR. W 1947 roku najpierw tylko słuchy chodziły, że będą nas wysiedlać. Szeptanka z ust do ust, nieoficjalna. Z początku wszyscy sobie lekceważyli: a może do nas to nie dojdzie? Złe szło od strony Gorlic. Było coraz bliżej. Po trochu trzeba było się przygotowywać. Zaczęliśmy zbijać paki. Jak to zobaczył pewien porucznik z wojska, obrugał nas, że ulegamy panice. Ale nasz ksiądz ostrzegał, że trzeba się przygotowywać. Rodzice proboszcza mieszkali w Gładyszowie, w Gorlickiem. Otrzymał wiadomość, że ich deportują. Odprawił ostatnią mszę, ludzie się popłakali. Powiedział: pójdę albo z nimi pojadę, albo się przynajmniej pożegnam. Poszedł szukać na stacji w Gorlicach. Zauważyli go wojacy, że nie jest z tego transportu. Spytali, kim jest. Księdzem. Jakim księdzem? Grekokatolickim. - To nam wystarczy - orzekli. Tak proboszcz znalazł się w obozie w Jaworznie. Za "sprzyjanie UPA". A do nas UPA w ogóle nie dotarło. W naszych stronach był spokój. Bandytyzm? Zetknąłem się z takim jednym przypadkiem. Nocą przyszli zamaskowani ludzie, kazali położyć się twarzami do ziemi - i do szabru. Brali buty, ubrania, sprzęty, kury, świnie. Mój brat był sklepowym: dawaj. To była hołota z sąsiednich wiosek.

- No i zaraza przyszła na nas pierwszego lipca. Bez uprzedzenia. O świcie wojsko obstawiło kordonem całą wieś, żeby nikt nie mógł uciec. Do każdej zagrody przyszło po dwóch żołnierzy. "Na podstawie zarządzenia takiego, a takiego...". Dali dwie godziny na spakowanie rzeczy. Nie powiedzieli, dokąd nas zabierają. Co można było wziąć? Przede wszystkim żywność. Chleb na drogę. Kobiety posuszyły już przedtem trochę sucharów. Narobiły konserw mięsnych. Oprócz tego pościel, ubrania, statki kuchenne. Sprzęt. Początek lipca, na polu zboże dojrzewa, siano nie zwiezione. Musieliśmy zostawić. Miało później wojsko sprzątnąć. Załadowaliśmy się na wóz. Kto nie miał, tak jak my, konia, przyprzęgał krowę. Kto nie miał furmanki, ładował się na nieduże ciężarówki wojskowe, ale już nie mógł zabrać bydła. Z cerkwi nic nie wzięliśmy. Ustawili nas wszystkich w kolumnę. Pognali najpierw do siedziby gminy w Łabowej. Tam dali papiery przesiedleńcze.

"Państwowy Urząd Repatriacyjny, Nowy Sącz. Karta przesiedlenia nr 27. Nowa Wieś, 1 VII 1947 r. Hojniak Wasyl, ur. 1890; Tekla, lat 56, matka; Piotr, lat 23, syn; Julian, lat 21, syn; Olga, lat 15, córka. Zostawia: 5 ha, w tym użytków rolnych 4, dom kryty blachą 1, stodoła 1, szopa 1. Zabiera ze sobą krów 3, jeden wóz kompletny". - Naprawdę rodzinne gospodarstwo było dwa razy większe - objaśnia Piotr Hojniak - ale starszy brat, choć mieszkał razem z nami, założył już swoją rodzinę, nie było wiadomo, czy nas nie rozłączą, więc ojciec podzielił ziemię na dwie części. Adnotacje: "Przyjazd 7 VII 1947, godz. 7.00, Chojnów, woj. wrocławskie. Osiedlono: Pawlinki, gmina Krzyżowa, powiat złotoryjski. Zapomoga 23 IX 1000 zł, 21 XI 500 zł".

- Z Łabowej skierowali całą gromadę na stację kolejową w Nowym Sączu. Tam przepołowili wieś. Jedni pojechali, jak się później dowiedzieliśmy, do Stobna w Pilskiem. Wozy załadowano na osobne wagony. Do oddzielnych wagonów zapędzili po dwie rodziny i należący do nich inwentarz żywy. W składzie było pięć wagonów krytych i siedem węglarek. My trafiliśmy do węglarki. Nie było daszku czy choćby plandeki. Tylko niebo i gwiazdy nad głowami. Na jeden koniec wagonu daliśmy bydło. Na drugi paczki i ludzi. Ruszyliśmy, dalej nie wiedząc, dokąd nas wiozą. Na postojach do wagonów z dobytkiem wskakiwali złodzieje, bez przeszkód brali, co im się podobało. Dopiero po jakimś czasie postawili na straży uzbrojonego konwojenta. Na stacjach ludzie lżyli nas: "banderowcy", "bandyci". Obrzucali kamieniami. Jechaliśmy siedem dni. Nie było dożywiania. Trudno było o wodę. Zabrakło pokarmu dla bydła.

- Stanęliśmy na stacji w Chojnowie. Kazali się wyładować. Od Chojnowa wojsko nas opuściło, komendę przejęli ormowcy. Kilka rodzin skierowano do Jaroszówki, a reszta powlokła się dalej w kierunku kolonii Zamienice (wtenczas jeszcze nazywała się Samice). Dotarliśmy zmęczeni, kto gdzie mógł, tam stanął. Rozpaliliśmy ognisko. Czekaliśmy noc i dzień. W końcu cztery rodziny z wozami plus dwóch ormowców wyruszyło do dzisiejszej Patoki, która wtedy nosiła nazwę Pawlinek. Poszedłem z nimi. Szosą do Rokitek, a potem jeszcze 7 kilometrów lasem. Ludzie padali, krowy ustały. Jeden ormowiec został z nimi, ja z drugim poszedłem do sołtysa prosić o pomoc. Wołami pomagali dociągnąć dobytek.

Kategoria "U"

- W Pawlinkach na nasz widok jakaś kobieta wybiegła z chaty z krzykiem. - "To myśmy ledwie spod noża uszli, a tu już znowu banderowcy!". Później wyszło na jaw, że była Ukrainką. Słyszę, jeden mówi do drugiego: "Wiesz, przyjechali Ukraińcy, jacy brudni, jacy czarni". Byliśmy po tygodniu jazdy węglarką, bez dostępu do wody. Dowiedzieliśmy się potem od sąsiadów, że nie spali cztery noce przed naszym przyjazdem. Ze strachu. Ale później zostaliśmy dobrymi sąsiadami.

- Sołtys przydzielił domy i gospodarki. Wróciłem po rodzinę i resztę ludzi. Tak osiedliliśmy się w Patoce. Budynki zrujnowane, bez okien, wyrwane podłogi, piece rozwalone. Ziemia niskiej klasy, podmokła albo piasek. Już w sąsiedniej wsi Stary Łom grunt urodzajny, tu nienadzwyczajna. Tak się trafiło. Osadnictwo rozpoczęło się tu dwa lata wcześniej. Mieszkało już bodaj siedemnaście rodzin. Nas przybyło szesnaście rodzin łemkowskich. Teraz na 37 numerów w Patoce osiem jest polskich, reszta to Łemki. Ja założyłem rodzinę już tutaj, pobraliśmy się 22 października 1949 roku; ponieważ byłem jego organistą, ksiądz Dziubina przyjechał dać nam ślub. (Pani Maria, z domu Hryceniak, pochodzi ze Szczawnika, z sąsiadującej z Nową Wsią gminy Muszyna, i tak samo została przesiedlona w ramach akcji w te strony). W Modle są ludzie z Beresta. W Gromadce część pochodzi z Krzywej, część z gorlickiego, i są ludzie od Jarosławia.

- Nie było między sąsiadami jakichś drastycznych konfliktów typu Polak - Ukrainiec. Sołtys Mroczek był dobry człowiek, sam nie ukrzywdził i nie dał krzywdzić. Ale byliśmy obywatelami drugiej kategorii. Z początku nie było nam wolno poruszać się poza gminą. Rozmawiać po ukraińsku można było tylko w domu. Nauka w szkole była tylko po polsku. Przez dziesięć lat nie mieliśmy żadnego naszego nabożeństwa. Dopiero w 1957 roku ksiądz Włodzimierz Hajdukiewicz odprawił mszę w grekokatolickim obrządku w kościele (obecnie katedralnym diecezji rzymskokatolickiej) św. Piotra i Pawła w Legnicy. Straszna masa ludzi się zeszła. Jak ta pierwsza msza się rozpoczęła, nie było w kościele nikogo, kto by nie płakał. Służba Boża odprawiała się najpierw raz na miesiąc w Legnicy. Z czasem bywała coraz bliżej i coraz częściej.

- Jak było? Smutno było. Nam w żaden sposób nie było wolno działać jako Ukraińcom. Grywałem trochę na skrzypcach, mandolinie, banjo. Założyłem małą kapelę; 35 lat przygrywaliśmy na weselach, zabawach. W Gromadce było Koło Gospodyń Wiejskich. Założyły chór, w którym było trochę Polek, trochę imigrantów z Jugosławii, i były też nasze kobiety. Zaproponowały, żebyśmy im przygrywali. Trudno było zabronić tym z Jugosławii śpiewać własne piosenki, to i ukraińskie się przy tym czasem przemyciło. Od 1957 roku zaczęło się stopniowo poprawiać. Zaczęto w szkołach nauczać języka ukraińskiego. Ale zwłaszcza odkąd były nasze nabożeństwa. Zdarzały się jeszcze prześladowania. Po tej pierwszej mszy w Legnicy wzywali ludzi na przesłuchania, straszyli. Innym razem przyjechaliśmy, a rzymokatolicy zamknęli przed nami kościół. Tu w Modle też proboszcz potrafił zamknąć nam drzwi.

Nie ma dokąd wracać

- Byliśmy biedniejsi niż przeciętnie Polacy. Im przypadły większe, lepsze gospodarstwa. Dostawali więcej pomocy od państwa. Chodziliśmy do nich na zarobek. Ale wtedy było nas dużo młodych. Wzięli się za hodowlę bydła. Mleka było tyle, że wozak nie mógł zabrać wszystkich konwi na wóz. Ja 45 lat przepracowałem w lesie, na początku jako drwal, potem jako gajowy. Były w pobliżu trzy odlewnie żeliwa, teraz są pozamykane. Dużo młodych poszło pracować do miedzi. Dużo mieszka w Lubiniu, w Legnicy. Wyjechali ze wsi.

Z trojga dzieci państwa Hojniaków też żadne nie zostało w domu. Jeden syn najpierw dojeżdżał na kopalnię do Rudnej: zima, lato, śnieg czy plucha, motorkiem do Gromadki, dalej autobusem; potem wyemigrował do Ameryki. Drugi syn został księdzem grekokatolickim, pracuje na parafii w Zielonogórskiem. Córka jest najbliżej, mieszka w Gromadce.

- Powroty? Nie mieliśmy dokąd wracać. Nowa Wieś nie przestała istnieć. Nas wywieźli, ale majętność została. Osadnicy z przeludnionych wsi koło Nowego Sącza tylko czekali.

"Akt nadania. Powiatowa Komisja Ziemska w Złotoryi, 26 VII 1958 roku. Ziemi 4 ha, dom, obora, stodoła, szopa, studnia".

- Nasi ludzie długo się opierali, nie chcieli brać nadań, traktowali to jako wyrażenie zgody na to, co z nami zrobiono, jako zdradę ojcowizny. Ciągle liczyliśmy na to, że będzie można powrócić do siebie. Władza zresztą, jak widać, nie śpieszyła się specjalnie z aktami własności. Przez jedenaście lat jakby traktowała nasze osiedlenie równie tymczasowo, jak my.

Sięgamy z kolei do fotografii. W Nowej Wsi: dom, widać po architekturze, stary, ale stoi prosty, zadbany, odnowiony, oszalowany drewnem, świeżo pokryty blachą. - Jeździliśmy tam w ubiegłym roku. Doznaliśmy przyjęcia, jakby powiedzieć najdelikatniej, chłodnego. Ale przynajmniej pozwolono nam zrobić zdjęcia.

Na następnej fotografii dom rodzinny pani Marii w Szczawniku. Ocalała też piękna, trójwieżowa cerkiew. Należy do parafii rzymskokatolickiej. Cerkiew w Nowej Wsi spaliła się doszczętnie. W jakich okolicznościach? Kiedy? Nie otrzymałem odpowiedzi. Uwagę pana Piotra jakby zaprzątnęło nagle coś innego, zmienił temat, zresztą już najwyższy czas zbierać się do kościoła.

Patoka, Modła, Gromadka. Największe, zwarte skupisko przesiedleńców z akcji "Wisła" w województwie legnickim. Widać, że nie przestrzegano tu przepisów "repatriacyjnych" o rozproszeniu Ukraińców najwyżej po dwie, trzy rodziny w jednej miejscowości. Najwyraźniej władze zdawały sobie dobrze sprawę, że ci deportowani nie należą do niebezpiecznej kategorii "A", zwolenników OUN czy stronników zbrojnego podziemia. Z czasem zaś niereglamentowane już administracyjnie, żywiołowe procesy migracyjne i demograficzne sprawiły, że populacja ukraińska przewyższyła tu polską, ale te procesy trwają dalej i trudno przewidzieć, jaki będzie ich wynik.

Budynki prawie wyłącznie poniemieckie. Tych wsi nie ogarnął budowlany boom. Zabudowania, przynajmniej z zewnątrz, sprawiają wrażenie mocno zaniedbanych, jakby od czasów niemieckich nigdy nie remontowanych. Za to na cmentarzu wokół kościoła nie ma prawie wcale niemieckich grobów; jedna zrujnowana kaplica tutejszych posesjonatów.

Jeśli ojczyzna to pamięć i groby, to ta tutaj, nowa "mała ojczyzna", jest przepołowiona. Pamięć wciąż biegnie do Łemkowszczyzny, w Bieszczady, w okolice Sanoka, Przemyśla, Jarosławia, Lubaczowa. Tamte ukraińskie groby zniszczyli ludzie, pochłonęła ziemia, porosła trawa. I tu przepadły stare, pojawiły się nowe, tych z pierwszego pokolenia osadników, ale nie wiadomo, gdzie wyrosną następne. - Nie dostrzegam - mówi ksiądz Marek Sośnicki - żeby jeszcze ktoś widział sens w byciu sobą, chciał wiedzieć, kim jest i do kogo należy.


Dolna mapa
ISO-Latin2 | Bez polskich znaków | Windows | Macintosh | Polskie znaki - pomoc

| Dzisiejsze wydanie | Z ostatniej chwili | Archiwa | Ogłoszenia | Księgarnia | Galeria | Ścieżki |
| Początek | rzeczpospolita | Zespół | Poczta |

Opracowanie Centrum Nowych Technologii, (C) Copyright by Presspublica Sp. z o.o.