Reportaż |
|
|
Młody Łemko płacze za
górami
Teresa
Ginalska
| Cmentarz można wykarczować, ale zostaje pielęgnowana
przez dziadów pamięć. Teraz nobilitowana w
Brukseli | Zdjęcie obiegło pierwsze
strony większości gazet, było reprodukowane na plakatach, wyświetlane w
Polskiej Kronice Filmowej. Oto, w amerykańskim planie, postaci siedmiu
młodych mężczyzn o zakapiorskich, przepitych, dawno nie golonych twarzach.
To schwytani, niebezpieczni bandyci. Dla większego efektu skrępowano im
ręce, odebraną broń rzucono pod nogi. Flesz aparatu błyska kilkakrotnie, w
gazecie pod zdjęciem podpis: "Dzięki udanej akcji ofiarnych żołnierzy
Wojska Polskiego i milicji kolejna grasująca wokół beskidzkich Gorlic,
groźna banda UPA, wspierana przez sympatyzujących z nią mieszkańców z
okolicznych wsi, przestała istnieć". - Takie prowokacje nie należały do
rzadkości, choć na naszym terenie operowało niewiele oddziałów ukraińskich
- twierdzi Stefan Hładyk, prezes Zjednoczenia Łemków z siedzibą w
Gorlicach. - Wojsko mogło się z nimi rozprawić bardzo łatwo. Dlaczego więc
tego nie uczyniono? Potrzebny był pretekst dla celów propagandowych. Choć
Świerczewski jeszcze żył, Akcję "Wisła" dawno rozpisano na głosy. Każdy,
nawet celowo spreparowany incydent był w cenie, by podpalić lont. Urząd
Bezpieczeństwa w Gorlicach też się chciał wykazać, zorganizował w Łosiu
łapankę, nie starając się nawet zachować pozorów legalności działania.
Pani patrzy na zdjęcie: Jewtusiakowa, Gal i Stefan Świerczek to Łemkowie,
dalej od lewej, Polacy: Rodak, Smoła, Zygmunt Łukasik i Andrzej Szlanta.
Ludzie opowiadali, że z domu Dudki, gdzie ich zamknięto, przez całą noc
dochodziły krzyki, a nad ranem już tylko jęki bitych i torturowanych.
Dmytro Gal miał wtedy 16 lat, stracił tylko paznokcie, Maryna co była za
Jewtusiakiem - kilka zębów. Gdy rano zrobiono im zdjęcia i pozwolono
wrócić do domów, dziękowali - każdy po swojemu - Bogu za
ocalenie. Hładynków wypędzono z Kunkowej najpóźniej, bo w 1947 roku;
zostawili 17 hektarów pola, trzy razy tyle lasu, duży dom i obejście
gospodarskie. - Wyrzucili jak psów ludzi z Leszczyn, Kunkowej, Klimkówki,
Łosia. Był czerwiec. Tego dnia padało; to góry płakały za Łemkami. W
Wełminie, gdzie po 6 tygodniach tułaczki się zatrzymali, zaraz przyszli
ludzie obejrzeć tych wygnańców, przestępców. Najstarszy, sołtys może,
wita: - To jeszcze żyjecie? Was siekierą zarąbać i w piecu spalić! Wtedy
Karlakowa, pyskata Łemkinia do niego: - Po coście nas tu brali, jak nie
macie gdzie mieszkać, ani co jeść, dobijcie nas, żeby my się nie męczyli.
A on na to: - Anim was tu nie prosił, ani nie będę zabijał, ty sama
zdechniesz! Zebrali się i poszli na trzecią wieś, do Górecka, w trzy
rodziny do jednego domu. Wspólny dobytek liczył jednego konia, jedną
krowę, pościel, trochę zboża i ziemniaków oraz nadzieję w Boga. Taką
gehennę nam stworzyli bracia chrześcijanie. Z naszej ludności nikt nie
miał żadnego wpływu na swój los. Władze na każdym zajętym domu malowały
wielkie "W". To był znak, że tu mieszka Ukrainiec, słowo Łemko lub Rusin
tu nie istniało, poznaniacy o takiej narodowości po prostu nigdy nie
słyszeli. A przecież miejscowi wiedzieli, kto jest kto. 75-letnia Anna
Gałczyk całą rzecz bierze na chłopski rozum. - Łemkowie nie są Ukraińcami,
bo jak by były Ukraińce, to by się nie nazywały Łemki.
NKWD cel osiągnęło
Albin Pietras znalazł zapiski anonimowego
grekokatolickiego księdza w cerkwi w Bednarce i przetłumaczył na język
polski. Pamiętnik opisuje dzień po dniu wydarzenia, które rozgrywały się w
tej podgorlickiej wsi od 20 września 1944 r. do 2 lipca 1945 r. Pod datą 9
maja 1945 r. ksiądz zapisał: "Wczesnym rankiem w okolicznych kopalniach
nafty zaczęły trąbić wszystkie syreny i tak huczały chyba z godzinę. Był
to znak, że coś ważnego musiało się stać na froncie, czy w ogóle w
świecie. Wkrótce dowiedziałem się od Sowietów, którzy tu we wsi kwaterują
i mają radio, że Niemcy skapitulowały, że wojna w Europie
skończona. Takie wydarzenie, a mieszkańcy jakby się nie cieszą, a to z
tej przyczyny, że NKWD i polska milicja, którą zorganizowano po przejściu
bolszewików, prowadzą silną agitację na całej Łemkowszczyźnie za wyjazdem
do Związku Radzieckiego. Zatruwani moskiewską trucizną mieszkańcy kilku
wsi na Dukielszczyźnie zniszczonych wojną już pojechało, gdyż tu nie mają
"żywleta". W ostatnich dniach wyludniła się cała wieś Myscowa; z 300 domów
pozostało 30 rodzin, ale i te mają wkrótce wyruszyć. Prawdą jest, że wielu
z nich grozi głód i zmuszeni są szukać ratunku. To jest zrozumiała prawda.
Ale do Zw. Radzieckiego wyjeżdżają też właściciele pięknych gospodarstw;
zostawiają wszystko i jadą. Zatruła ich moskiewska trucizna. W tęsknocie
za Rosją marzą o tamtejszej "ziemi obiecanej". Trucizna wpajana w Łemków
dawnymi laty dokonała swego. Żal mi tego nieszczęsnego narodu, bo wiem,
jaka go czeka gorzka dola. Jednak nie można go winić, że sam gotuje sobie
to wielkie nieszczęście, bo co winne dziecko, że zjada piękną i słodką,
ale trującą jagodę, choruje i umiera? Dwóch agentów od pewnego czasu
jest we wsi, zwołują mityngi w szkole. Poszedłem na jeden; dużo rodzin
znów się zapisało. Agitacja się zwiększa, straszą, że jak ktoś nie
wyjedzie dobrowolnie, to go bolszewicy aresztują. Zgłoszone rodziny
przygotowują się do drogi: pieką chleb, suszą suchary itp. Wiele rzeczy,
jakich nie wolno im zabrać z żywego inwentarza, także zboże i grule,
sprzedają Polakom za bezcen. Sąsiednie wsie: Folusz, Wola Cieklińska już
wyjechały, ale - słyszymy - czekają na stacji kolejowej w Jaśle, bo nie ma
dla nich wagonów. Jak dochodzą wieści, inni czekają na stacjach w Krośnie
i w Sanoku po sześć tygodni". Ostatnie zapiski z przełomu czerwca-lipca
1945 r.: "W kolejnych wsiach: Męcinie i Wapiennem przeprowadzono
aresztowania, w tym trzech Łemków, którzy wrócili z powrotem z ZSRR i ich
rodziny. Ci "uciekinierzy" na początku roku wyjechali do "raju" i na
własne oczy zobaczyli, jak on wygląda. Przynieśli do mnie wieści, że
Męcina i Wapienne odmówiły wyjazdu, choć podpisały już wcześniej zgodę.
Aresztowanie przeprowadzono, NKWD swój cel osiągnął".
W babilońską niewolę
- Podług metryki nazywam się Symeon Madzelan, urodzony
18 lutego 1922 roku we wsi Binczarowa w Małopolsce. Moja wieś miała około
140 kominów (1939 r.), rodzin oczywiście więcej. Nas w domu było trzech
braci, z których ja byłem najmłodszy. Wczesną jesienią zabrano mnie
jako "dobrowolca" do Armii Czerwonej; nie dało się wymigać, gdyż
enkawudzist dał dokładnie ojcu do zrozumienia, że jak się nie stawię, to
wywiozą go jak kułaka tam, gdzie niedźwiedzie zimują. Już po
dwutygodniowym przeszkoleniu wojskowym rzucają mnie na pierwszą linię
frontową pod Bramę Morawską. Boże Święty, któż kiedy policzy, ile tam
zginęło łemkowskiego kwiatu? Tylko z mojej wsi, Biłcarewi, leży tam
sześciu kolegów... W praskiej ofensywie 6 maja, zostaję ciężko ranny,
wegetuję w sowieckich szpitalach 8 miesięcy, ale w kwietniu 1946 roku
dostaję w nagrodę odpusk na pozysk rodiny (urlop dla odnalezienia
rodziny). Już jej nie mam! "Dobrowolnie", jak ja do wojska, zgłosiła
się do wyjazdu na Ukrainę. W naszej chyży gospodarzyli już zupełnie nowi
ludzie. 70-arowe siedlisko, pięknie ogrodzone, duży ogród warzywny i sad,
pasieka z 30 rodzinami, dodatkowo 80 arów sadu na hirei, a w nim jabłka:
złote renety i szare, papierówki, antonówki i twarde jak kamień - zimowe
renety. Gruszki: spasówki, babki, cyganki, maślanki; śliwki: węgierki,
kobylarki, dymki, renklody; przed naszym wygnaniem wszystkich
pokosztowałem... A teraz zazdrościłem ptakom ich gniazd, wiewiórkom, że
mają swoje dziuple, a mrówki - mrowiska. Mniej więcej po roku poznałem
dziewczynę, ożeniłem się i przyrosłem do nowej rodziny. Krótka to była
radość.
Zapowiadały się piękne urodzaje w polu i w sobotę
rozpocząłem koszenie koniczyny, gdyż przyszedł na to czas. (...)
Zaskrzypiały wozy i tumany kurzu uniosły za niezwykłym karawanem. Bolesną
skargą zapłakały starce, a małe dzieci widząc że płaczą dziadki, płakały
także, nie rozumiejąc, o co chodzi. Wyły psy przy szosie i kuląc ogony,
zmykały nam z oczu. Polskie wojsko jak tatarwa na Dzikich Polach wulgarnym
przekleństwem popędzała nas w jasyr XX wieku. Nie zapomnę nigdy siwego
starca, który stał przed swym domem i prawą ręką robił w powietrzu, w
naszą stronę, znak krzyża świętego. To oni, stare, dobre nasze sąsiady,
skinieniem ręki lub obtartą łzą dodawali nam otuchy, że tam gdzieś, w
dalekim, niewiadomym spotkamy również ludzi, nie tylko samych
drapieżników. Długi, czerwcowy dzień był nadzwyczaj gorący i dworcowy
bruk grzał nas wszystkich aż do północy jak duży łemkowski piec. Rano pod
opieką ormowców wsiedliśmy do bydlęcych wagonów i tak to trwało długich
osiem dni. Minęły lata, nim po raz pierwszy odwiedził mnie brat
mieszkający w Kalifornii. Było słoneczne, piękne lato, więc postanowiliśmy
pojechać z Legnicy do sądeckiego Beskidu, odwiedzić swoją wieś.
Podchodzimy do drzwi, ale są zamknięte od wewnątrz. Dobrze wiedziałem, że
mieszkańcy są w środku; pora była obiadowa. Długo i uparcie stukałem,
zanim gospodarz zapytał groźnie: - Kto tam jest? Czuł pismo nosem, że to
ci z Zachodu. Powiedziałem, jak się nazywam i prosiłem, żeby tylko na
chwilę otworzył, a zaraz zostawimy go w spokoju. Zaczął nas grubiańsko
wyzywać, straszył milicją. Z listów, które dostawałem od rodziców,
wiedziałem, że mieli glinianą chatkę, pokrytą słomą. Dziadek to był
łemkowski filozof, który przeklinał jak szewc, że nie dano mu skrzydeł,
żeby po siarczystych mrozach i skłoźniach (przeciągach) mógł wrócić na
wiosnę do swego ciepłego gniazda w Karpatach, które przed laty, też
jesienią opuścił. Latem pasł jedyną krowinę w kukurydzianej dżungli,
siedział sobie na białym kamieniu i w fajce kurzył tytoniowe łodygi. Zimą,
jak mróz skuł Tudynkę, oboje z babką ubierali walonki, uszanki, kufajki,
brali sierpy i rżnęli wysoką troszczę. Potem związaną w duże snopy nieśli
ten ciężar na swych grzbietach do kahały koło chatki, żeby było czym palić
w piecu. W święto oktriabskiej rewolucji brał dziadek siekierę i o głowę
skracał koguta. Białego mięsa prawie nie skosztowali, ale rosołku dało się
chlipnąć choć parę łyżek. Przecież to święto ludu pracującego, a oni co?
Zbędne roty, którym trzeba płacić 20 rubli na ich dwoje miesięcznie. W
tym dniu uroczystym już z samego rana przychodził do nich uśmiechnięty
brygadzista, co pobłażliwie spojrzał, jak babka pasła krowinę na nieswoim,
wypijał prawie flachę cukrówki, a z pieczonego kapłona zostawały tylko
kości i główka. Potem gościli traktorzystę, który zrzucił z przyczepy
worek zboża i jeszcze drugi. Więc dziadkom cały dzień było wesoło, choć
zagryzali samogon suchym chlebem i cebulą. I żyliby sobie może jeszcze
długo, gdyby nie przypomniała sobie o nich biała kostucha, która do roku
zabrała ich oboje. Wieczna wam pamięć, drodzy rodzice. Ja w Ameryce
mieszkam na stałe z żoną i częścią rodziny już kilkanaście lat i raz byłem
w Polsce w odwiedziny. We wsi Berest koło Krynicy jest przepiękna cerkiew.
Łemku, rodzony mój bracie, jeżeli masz jeszcze odrobinę pamięci o tradycji
swoich przodków, pójdź tam do tej cerkwi, padnij na kolana i zmów pacierz
za ich dusze, a nadal będziesz Łemkiem. *
Można wracać
W 1956 r. na fali "odwilży" ogłoszono, że wypędzeni mogą
wracać. Ale dokąd wracać, skoro lepsze gospodarstwa przejęli od skarbu
państwa, jako porzucone, osadnicy polscy, resztę przekazano Państwowym
Gospodarstwom Rolnym. - Mimo to chęć powrotu na Łemkowszczyznę zgłosiło 16
tysięcy rodzin. Władza przestraszyła się, zgodę cofnięto. Udało się tylko
nielicznym. U Jana Hładyka, w domu przez ojców budowanym, w tekturowej
walizce, która "wysiedlenie z nami przeszła", papiery i metryki urodzenia,
świadectwa pracy, karta przesiedleńcza o numerze 19311, a w niej rubryki:
ile wieźli krów, koni, owiec. Wszystkie puste. Na odwrocie też żadnego
stempelka; nie korzystali z państwowej pomocy w drodze na Zachód. - Nie
dostaliśmy żadnego odszkodowania za utracony majątek - mówi 76-letnia
Maria Hładyk. - Tam nad Notecią zmuszono nas do wykupu gospodarstwa
poniemieckiego, które spłacaliśmy przez 10 lat żytem. Po 1956 r. chłopy
zaczęły się ugadywać w sprawie powrotu. Mąż, jak tylko dostał zgodę na
podróż, pojechał do Kunkowej. Nasze gospodarstwo miało już jednak nowych
właścicieli, Siwiaków z Ropy. Nie wpuścili go do chyży. W roku 1973
pomarła teściowa, po roku mąż ekshumował zwłoki, bo dostał zezwolenie na
pochówek w Kunkowej. W 13 lat później sam za nią poszedł. Stefan, starszy
syn, wypełnił jego ostatnią wolę - trumna spoczęła w tym samym grobie. A
dom i gospodarstwo odkupiliśmy dopiero w 1992 roku, gdy zmarł Jan Siwiak,
od jego syna. - Uszykowana do podróży poszłam się pożegnać z najbliższą
sąsiadką. Wspominamy dawne lata, złe i dobre dni, łza się kręci, ona mówi:
- A, wiesz, tak nas wami straszono, że przez pierwsze trzy zimy spałam z
siekierą koło lóżka. - A ja w nagłej złości: - Tłuczek trzymałam pod
poduszką przez pięć lat.
Kamień na kamieniu
Choć metryka mówi, że to niemożliwe, Teodor Gocz przeżył
dwie wojny: światową z Niemcami i prywatną - z władzą ludową, toczoną w
1976 roku, niestety - przegraną. W 1944 i 1945 r. między oboma
Kiczerami, Wysokim i Tylawskim Diłem, Krzyżową Drogą i Czerwonym Horbkiem
wielokrotnie przetaczał się front. O Przełęcz Dukielską - drogę na
Słowację, straciło życie setki tysięcy żołnierzy różnych armii, a także
ludności cywilnej. Ponurej sławy "Dolina Śmierci", jedno z największych
pobojowisk w tej części Europy, znajduje się niedaleko
Zyndranowej. Przed wojną była to duża, licząca 180 rodzin wieś. Po 1947
roku pozostało w niej zaledwie kilka osób. Starzy Łemkowie dosadnie
opisują, co działo się zaraz po wojnie: - Przychodził Hryń, lał nas w
mordę i pytał: "Gdzie Polacy?". Przychodzili Polacy, lali w mordę i
pytali: "Gdzie Hryń?". Przychodził Żubryd, lał i pytał: "Gdzie Hryń i
gdzie Polacy?". Kiedy nastało polskie wojsko, w Zyndranowej było już
tylko 35 rodzin i wszystkie musiały opuścić wieś. Z Łemków ostał się tylko
przyrodni, 85-letni pradziadek Gocza-Fedor Kukieła, który powiedział
żołnierzom, że mogą go wysiedlić, ale tylko martwego. Zyndram z
Maszkowiec, twórca wsi, na pewno nie przewidział, że przez kilkanaście lat
nie będzie ona w ogóle istnieć. Dziś mieszka tu 30 rodzin; ponad 20 z nich
to Łemkowie. Zyndranowa ma cerkiew i dwa telefony: jeden podłączony do
sołtysa, drugi do twórcy i opiekuna Muzeum Kultury Łemkowskiej, Teodora
Gocza. Kiedy w nagrodę za wzorową służbę wojskową w batalionie
górniczym otrzymał zgodę na powrót w rodzinne strony, pradziadek Kukieła
zapisał mu gospodarkę, w skład której wchodziła obszerna, długa, w 1860
roku zbudowana chyża, cała z grubych świerkowych bali, łączonych na zrąb.
W tzw. koniuszy zaczął organizować Izbę Pamiątek, w której wystawiał
przedmioty powszechnie używane przez Łemków: żarna, narzędzia stolarskie,
oryginalne, stare meble. Z czasem zbiory rozrosły się o kolekcję
militariów, mundurów wojskowych: polskich, radzieckich i słowackich, broń,
odznaczenia, plany bitew. Pięknie położony skansen nad rzeką Sołotwyną,
której nazwę władze zmieniły na Pannę, przyciągał turystów; było to i jest
jedyne tego typu muzeum w Polsce. Przyjeżdżających z Polski, Związku
Radzieckiego i Czechosłowacji uczestników walk o Przełęcz Dukielską
interesował przede wszystkim zbiór pamiątek wojennych. To właśnie od
weteranów wyszła inicjatywa uczczenia poległych tu 94 tys.
czerwonoarmistów i 6,5 tys. żołnierzy Czechosłowackiego Korpusy Generała
Ludwika Svobody, poprzez wystawienie im pomnika. Stanął on na prywatnej
działce Gocza, miał kształt cokołu, który wieńczyła pięcioramienna gwiazda
i napis - "Wieczna sława poległym - Łemkowie". Odsłonięcie zaplanowano na
6 października 1976 r. w rocznicę wyzwolenia Zyndranowej. Gdyby nie to,
że hołd oddawali Łemkowie, może nie byłoby takiego szumu. Znaleźli się
jednak świadkowie, którzy widzieli, jak pomnik wzniesiono w dwie noce. A
to niedobrze. Napisy były po polsku, rosyjsku i słowacku. To niby dobrze,
ale przybyły na inspekcję pułkownik Parszkiewicz stwierdził, że w języku
polskim nie występuje słowo "sława"! Kiedy ambasada ZSRR odmówiła
"ingerencji w wewnętrzne sprawy Polski", generał Oliwa wydał rozkaz
zlikwidowania pomnika. 1 grudnia 1976 r. Teodor Gorcz wraz z rodziną
przeżył swoją drugą wojnę. Z Tylawy przyjechały dwie jednostki straży
pożarnej, milicja i wojsko. Mieszkańców zgromadzono pod strażą w odległym
od skansenu budynku miejscowej szkoły. Żołnierze jednostki wojskowej w
Dębicy oblepili obelisk kostkami trotylu o wadze 24 kg, zdolnymi zniszczyć
solidny wieżowiec. Huk był potężny. Impet wybuchu odrzucił na bok
pięcioramienną gwiazdę, w powietrze poleciały również kości bezimiennych
żołnierzy przeniesione z leśnych rowów i pochowane w ziemi. Po pomniku
została tylko głęboka na kilka metrów jama. Kiedy wszystko ucichło, a Gocz
wziął się za zbieranie rozrzuconych w promieniu kilkuset metrów szczątków
płyty nagrobnej, dowiedział się od dowódcy jednostki, że władzy tak znów
bardzo nie zależało na samym pomniku, ile na pogrzebaniu - przy okazji -
łemkowskiego skansenu. Miał on, planowo, spłonąć mimo "wzmożonych wysiłków
straży pożarnej" i już nigdy się nie odrodzić. Ktoś jednak źle
policzył... - Wojskowi z Dębicy przyjechali do skansenu jeszcze raz w
1989 roku i mocno się sumitowali - mówi Gocz. - To, co zrobili, nazwali
wariactwem i mówili, że im wstyd.
Młodzi się upomną
Po zakończeniu II wojny światowej i wytyczeniu nowej
granicy polsko-radzieckiej, na terenie naszego państwa mieszkało ok. 1 mln
osób narodowości ukraińskiej. Łemków w tym okresie było 150-180 tysięcy.
3 września 1944 r. podpisana została z rządem Ukrainy Radzieckiej
umowa o wymianie ludności. Przesiedlanie rozpoczęło się w połowie września
1944 r., a zakończyło w połowie lipca następnego roku; Polskę opuściło
około 483 tysiące Ukraińców i Rusinów. Było wśród nich prawie 70 tysięcy
Łemków. Największą tragedię w ich dziejach przyniósł jednak rok 1947 -
przymusowe wysiedlenia na ziemie zachodnie. Był to jeden z fragmentów
akcji prowadzonej przez specjalną Grupę Operacyjną Wojska Polskiego pod
kryptonimem "Wisła". 28 marca 1947 r. w zasadzce urządzonej przez
jeden z oddziałów Ukraińskiej Powstańczej Armii zginął pod Jabłonkami w
Bieszczadach ówczesny wiceminister obrony narodowej, generał Karol
Świerczewski. Jego śmierć w niejasnych do dziś okolicznościach
przyspieszyła działania polskich władz mające na celu likwidację
ukraińskiego podziemia i jego logistycznego zaplecza. Dokonać tego
postanowiono między innymi poprzez masowe wysiedlenia pozostającej jeszcze
w południowo-wschodniej części kraju ludności pochodzenia ukraińskiego. Do
grupy tej zaliczono również Łemków, mimo że tak w czasie wojny, jak i po
jej zakończeniu, byli lojalni wobec państwa polskiego, co podkreślał,
postulując odstąpienie od przymusowego wysiedlenia, m.in. Władysław
Gomułka. Na ziemie zachodnie zostało wywiezionych 140-150 tys. osób, w
tym 25-35 tys. Łemków. Zaszeregowani do kategorii "A" (niebezpieczni) "B"
(niepewni) i "C" (nieszkodliwi), rozmieszczeni zostali w Olsztyńskiem,
Koszalińskiem, Szczecińskiem, Wrocławskiem. Po przybyciu często nie było
ich gdzie lokować, gdyż większość poniemieckich gospodarstw była zajęta
przez polskich osadników, pozostałe - zniszczone i splądrowane. Do
jednej miejscowości nie mogło trafić więcej niż kilka łemkowskich rodzin,
aż do połowy 1952 r. obowiązywał je całkowity zakaz zmiany miejsca
zamieszkania, nawet na wyjazd ze wsi do miasta po zakupy. Po "odwilży"
władze PRL nadal nie uznając odrębności etnicznej Łemków, złagodziły swe
stanowisko w sprawie powrotów, określając jednocześnie, na jakich zasadach
mogą się odbywać. Stosowne zaświadczenia otrzymali ludzie starzy i ci,
których poprzednie gospodarstwa pozostawały puste. Szacuje się, że w
rodzinne strony powróciło ok. 6 tys. rodzin, co stanowi 3% przesiedleńców.
Symbolem ogromnej tęsknoty za utraconą łemkowską ojczyzną był i
pozostaje Epifaniusz Drowniak-Nikifor, wysiedlony w Szczecińskie.
Trzykrotnie wracał do Krynicy i trzykrotnie był stamtąd wyrzucany; dopiero
po wydarzeniach 1956 r. otrzymał zgodę na pozostanie i meldunek w
rodzinnym mieście, gdzie żył i tworzył do śmierci w 1968
roku. Moralnego potępienia Akcji "Wisła" dokonał Senat III
Rzeczypospolitej 3 sierpnia 1990 roku. Łemkowie nadal jednak domagają się
naprawienia ich krzywd. Paweł Stanisławski - etnograf, działacz,
publicysta i poeta z Bielanki (jako 15-letni chłopak wywieziony na Dolny
Śląsk, na Łemkowszyznę powrócił w roku 1959), pisze wiersz zatytułowany
"Prośba Łemków do Rządu Polaków": "My Łemkowie / górale w Karpatach /
Rusnacy / My tacy / Z dziada pradziada / Rusini / Pięknie prosimy rząd
Polaków / O prawa równe do życia / od kołyski / do ślubu / do śmierci / O
zwykłe prawa / prosimy / na wczoraj i dziś / na jutro / na
zawsze". Łemkowie mają już swoje stowarzyszenia, nawet oddział w
Warszawie, który skupia głównie młodych. W tym wykształconym, wpatrzonym w
Unię Europejską (gdzie liczą się z małymi ojczyznami) gronie fasonem jest
porozumiewanie się językiem XIX-wiecznego poety, Aleksandra Duchnowicza.
Jego hymn rusiński zaczyna się od słów, które w tłumaczeniu na język
polski brzmią: "Podkarpaccy Rusini, przebudźcie się z głębokiego snu".
«wstecz«
|