Mit Łemkowszczyzny
Utraconej miał pomóc Łemkom przystosować się do nowej rzeczywistości.
Okazało się jednak, że mit ten uniemożliwił im pełną adaptację do nowej
sytuacji. Łemkowie nieodwracalnie utracili część swojej kultury związanej z
Łemkowszczyzną, a poczucie
krzywdy i obcości potwierdzane mitem nie pozwoliło im wrosnąć w otoczenie.
Ich stosunek do przestrzeni przestał mieścić się w modelu kultury
tradycyjnej; do pewnego stopnia można opisać go modelem przejściowym A. Zadrożyńskiej.
Można również spróbować wyjaśnić go poprzez mit utraconego raju.
Relacja człowiek - przestrzeń wynikająca
z mitu o raju utraconym zakłada, że żadna przestrzeń realna nie jest
stworzona dla człowieka, nie jest dla niego odpowiednia. Przestrzeń realna
jest odczuwana jako świat chaosu, gdzie nie mają sensu kryteria stosowane do
opisu rzeczywistości uporządkowanej. Tradycyjny podział swój - obcy w
stosunku do przestrzeni nie do końca daje się zastosować do świata wyjaśnianego
mitem raju utraconego, nie jest również potwierdzany przez zachowania ludzi.
Dzieje się tak, ponieważ wyraźne do tej pory granice między tymi tradycyjnie
przeciwstawnymi kategoriami zatarły się. Żadne miejsce nie jest bardziej
predestynowane do tego, żeby być swoje, czy obce. Swojskość utraciła
sakralne potwierdzenie i umocnienie, obcość przestała być zagrożeniem. Nastąpiła
relatywizacja i subiektywizacja tych pojęć. Można powiedzieć, że taka
relacja człowiek - przestrzeń jest właściwa nowoczesnemu społeczeństwu.
Obszary swojskości są różne dla członków tej samej grupy, nawet tak małej,
jak rodzina. Przestrzeń swojska jest nie ciągła - są to bardziej wyspy
swojskości w oceanie obcości. Niewiele trzeba, żeby obcość zamienić w
swojskość i odwrotnie. Jest to relacja płynna, nie niosąca zagrożenia.
Kreacja swojskości nie wymaga już zaangażowania sacrum. Każde miejsce jest
potencjalnie równie dobre, bezpieczne, odpowiednie do mieszkania lub pracy, nie
trzeba go w magiczny, sakralny sposób wydzielać ze sfery obcości. Kryterium
wyboru swojskiego miejsca stały się względy konsumpcyjne - wygoda, piękno,
cena. Na miejsce do mieszkania wybiera się nawet miejsca w kulturze tradycyjnej
uznawane za niemożliwe do zasiedlenia.
Takie właśnie podejście do przestrzeni można zauważyć
u Łemków mieszkających na Ziemiach Zachodnich.
To gdzie się będzie, to przecież tu tak
samo jest (M. J., w. 9). Na
podstawie wypowiedzi i obserwacji ich życia nie sposób wyznaczyć obszarów
uznawanych za jednoznacznie swoje lub jednoznacznie obce według znaczeń obowiązujących
w kulturze tradycyjnej.
Wszyscy Łemkowie podkreślają obcość Ziem Zachodnich, ich niedopasowanie do zwyczajów i tradycji łemkowskiej. A tu, jak jest. Wysiedlili nas. Ale ojczyzna jest moja tam. Ziemia jest (E. K., w. 20). Mimo oczywistej i odczuwanej obcości, Łemkowie na Ziemiach Zachodnich nie zachowywali się nigdy jak w jednoznacznie obcym miejscu. Nie traktowali również tych ziem jak swoich. Początkowy okres bardzo wyraźnie był zawieszeniem w próżni, między utraconą ojczyzną prywatną, chęcią powrotu, silnym przekonaniem, że wysiedlenie nie może potrwać długo, a nową rzeczywistością. Na początku tam jakieś dziesięć lat to zawżdy jeszcze była nadzieja, że to się jeszcze wrócą, że tego, a teraz już nie ma nadzieji (M. J., w. 9). W tym czasie odłożono na bok wszystkie tradycyjne sposoby organizowania życia, zasiedlania i udomawiania przestrzeni. Nowe miejsce nie nadawało się do ich zastosowania przez swoją nieadekwatność, oczywistą obcość oraz przez niepewność przyszłego losu. I to mnie bardzo smuci, bo ja nie wiem, czy ja tutaj będę właścicielem, albo nie. Nigdy się nie czuję dobrze (M. W., w. 10). Nie chciano również świadomie przejmować na własność, udomawiać tych terenów, aby nie uwierzytelnić dokonanej zmiany. Każdy tak tymczasowo tutaj mieszkał, nikt nie chciał się tutaj zadłużać. Tymczasowość (J. S., w. 18). Możliwe stały się w obcym miejscu zachowania, które do tej pory związane były tylko ze sferą bezpiecznej swojskości, oraz zachowania, świadczące o pewnego rodzaju poczuciu bezpieczeństwa, na które nie było w ogóle miejsca w ramach tradycyjnego podejścia do przestrzeni. Zaowocowało to później niejasnym, ambiwalentnym stosunkiem do własnych domów, własnej ziemi. Nie czuję się w tym domu dobrze. Ja czuję się dobrze w swoich stronach, bo ja wiem, że to było moje, kiedyś, po ojcu, po dziadku, czy tam pradziadku (M. W., w. 10). Niepostrzeżenie tymczasowość, która miała trwać kilka tygodni, czy miesięcy stała się całym życiem. Bo tu najgorsze było, nikt tego nie chciał i tak przyszli i tak siedzieli (M. J ., w. 9). Tymczasowość, zawieszenie, których podkreślanie miało pomóc losowi się odwrócić, spowodowało oderwanie od pewnych tradycji, od określania świata przy pomocy opozycji swój - obcy, od poczucia pełnej swojskości domu, w którym się mieszka. To jest mój dom. To u siebie się czuję. Ale zawsze jestem tak, jak na obczyźnie, jak wygnaniec (M. O., w. 22). Pojawiło się poczucie bycia u siebie połączone z niechęcią do tego miejsca, w którym jest się u siebie. Swoista rezygnacja i tęsknota. Ja już tutaj ani długo, ani tam nie ma nadziei (M. J., w. 9).
Jednym z wyznaczników swojskości lub obcości danego
miejsca, jest błądzenie. Błądzi się, błąd chwyta, w miejscach obcych. Na
Ziemiach Zachodnich nikt z moich rozmówców nie błądził. Nawet tuż po
przyjeździe. Mimo zdecydowanej obcości okolicy, miejsca, które miało być
ich domem, nikt nie miał trudności ze znalezieniem drogi.
Do Chojnowa przez pola, my nie patrzyli, że zabłądzimy (M. P., w.
6). Już wkrótce po
osiedleniu Łemkowie zaczęli pieszo i na rowerach przemierzać okolice w
poszukiwaniu rozproszonych przymusowo krewnych i sąsiadów. Tu
bardzo szybko się poorientowali. Przez las się jeździło, bo tam ludzie z
naszej wioski, to się tęskniło (P. H., w. 17). Nikt nie wspominał o tym, że strach było jechać przez las, lub przez
pola, bez drogi, w obawie zbłądzenia. Okolica nie została oswojona, miało to
miejsce jeszcze w czasie, kiedy ludzie koczowali po sadach i gotowali na
ogniskach, spali z siekierami w garści. Mimo to, nie nadano przestrzeni
charakterystycznego piętna obcości - strachu przed zbłądzeniem. Strach było
mieszkać w takich lasach, ale nie strach było jeździć przez nie. Podróż, będąca
przecież wejściem w obszar obcości, utraciła piętno niebezpieczeństwa i
niezwykłości. Przemierzanie nawet najdalszych odległości stało się czymś
zwyczajnym. Nie było przekraczaniem granicy, wychodzeniem poza przestrzeń
swojskości, gdyż tej granicy już i zarazem jeszcze nie było, tak jak nie było
przestrzeni swojskości.
Pytani, gdzie czują się u siebie, Łemkowie mówią, że
teraz to już na Ziemiach Zachodnich. Ale
już też tak, jak na swoim. To już pięćdziesiąt lat. Co zrobić. Lata lecą
(M. B., w. 13). Mówią o tym
niechętnie, jakby przyzwyczajając się do nowego miejsca, nieodwołalnie coś
stracili. Już tak na początku, to ciągło,
a teraz, to już… (T. B., w. 13).
Każdy się przyzwyczai (P. H., w. 14). Łemkowie w swoich gospodarstwach są u siebie. Ale
jakoś już tu się zadomowili, już tak o, i żyją (M. H., w. 14).
Czują jednak potrzebę usprawiedliwiania się z tego zadomowienia, podkreślają,
że to ich życie tak związało, że to nie był ich świadomy, wolny wybór.
Tutaj się zżyłam, mąż tutaj pochowany jest, moja mama, ciocia, dziecko
jedno też. Tam lubię jechać, bo ta córka, a tutaj mi szkoda tego zostawić,
bo tutaj już jestem zżyta (T. K., w. 16).
Ciągle jest w nich jednak rozdarcie między Łemkowszczyzną, którą
utracili, a miejscem, w którym żyją.
Jakby się nie czuł jak o swoje, to ja by tu nie mieszkał. (…)
Ale
szkoda mi tamtego placu (E. K., w. 20). Łemkowie podkreślają, że na Ziemiach Zachodnich żyje się łatwiej,
wygodniej. Tak że co do zdrowia, to lepiej jest tam w górach raczej mieszkać. A
co do wygód i tak dalej to jest lepiej tutaj (M. J., w. 9).
Jednak, nie tak wesoło, zdrowo, nie tak ładnie, jak na Łemkowszczyźnie.
Bo tak jak tutaj to nie ma żadnej wesołości (M. J., w. 9). Łemkowie czują się na
Ziemiach Zachodnich u siebie, ale jest w tym ciągle jakiś przymus, jakaś obcość.
Teraz już tutaj. Wszystka rodzina tu,
wszystkie sąsiady. Już tu trzeba być (O. C., w. 11). Można powiedzieć, że ich stosunek do miejsca, w którym żyją
wynika raczej z rezygnacji, niż z akceptacji losu, jaki im przypadł w udziale.
No teraz to już lepiej jest tutaj, a pirw to zawżdy więcej tam był ten dom,
tam (M. J., w. 9).
Łemkowie, z którymi rozmawiałam mówią, że chcieliby wrócić
w góry, że nawet próbowali, ale wtedy nie udało się, a teraz, tu już ich
całe życie związało. Ja chciałem wrócić
już, i starałem się wrócić. Ale nie było już tam gdzie (M. W., w. 10).
Powrót jest wciąż ich największym marzeniem, ale na Ziemiach Zachodnich
lepiej się gospodaruje, lżej pracuje. Powiadają, że już przywykli. Z
przyjemnością jeżdżą w góry, ale zawsze wracają. Posiedzieli,
polatali po tych pólkach, i wracamy. Młodzi już są tutaj mieszkańcami, a
nie tam (J. S., w. 18). Mówią,
że powrót na tereny dawnej Łemkowszczyzny jest ich największym marzeniemm a
jednocześnie stwierdzają, że nie jest to już możliwe. Podają rzeczowe
argumenty. W swoje gospodarstwa włożyli przecież pieniądze i nie mają z
czego zaczynać od nowa. Tam się trudno
było wrócić. (...) Można było kupić. Tam kupić było drogo (A.
R., w. 19). Mimo tęsknoty za górami, nie tylko deklarowanej, ale wyraźnie
widocznej w bardzo emocjonalnych wypowiedziach i nieukrywanych łzach, nie
chcieliby już zostawić Ziem Zachodnich. My
już nie powracamy (M. K., w. 20). Nie
mówią przy tym jednak o tęsknocie za domem, o przywiązaniu do ziemi. Takie
uczucia zarezerwowane są wyłącznie dla Łemkowszczyzny Utraconej. Na Ziemiach
Zachodnich trzymają ich ludzie i to, że przeżyli tu życie.
Jak by nas teraz dawali z powrotem, to są już dzieci, powychodzili za
mąż, mają dzieci. To by już nie chcieli tam iść (M. B., w. 13). Wbrew sobie mówią o
przywiązaniu, które powstało jakby mimo woli. O przywiązaniu, które czują,
ale z którym trudno się im pogodzić, bo to jest jak zdrada ich ideału.
Podkreślają, że nie wyniknęło z ich własnej woli, ale z sytuacji, z niemożności
powrotu i konieczności życia w nowych warunkach. Przecież chcieli wrócić,
przecież tęsknili. Na początku tak, ale
teraz już potem, dalej... Nie było szansy wrócić (M. B., w. 13).
Rodziny łemkowskie rozsiane są często po kilku powiatach,
sąsiedzi z jednej wsi na Łemkowszczyźnie zamieszkują kilka województw. Łemkowie
opowiadają jednak, że dalej się ich odwiedza, wymienia się listy, wiadomo co
się u nich dzieje tak, jakby ciągle mieszkali w tej samej wsi. Z
naszej wioski nas tutaj osadzono tylko trzy rodziny. A inni (...) Na poznańskim
jest dużo z naszej wioski ludzi. No, w Zamienicach jest troszkę też. Z początku
było dość zabroniono, ale od czasu do czasuśmy się tam spotykali. No,
kontaktuję się, owszem, kontaktujemy się z nimi. Ktoś gdzieś czasami tutaj
przyjdzie, czasami ja pojadę (T. K., w. 16). Utrzymuje się kontakty z daleko osiadłymi w taki sposób, jakby mieszkali
niedaleko, w ramach tej samej swojskiej przestrzeni. Połówka naszej wsi, to wywieziono w
poznańskie, a pół wioski, to tu. To tak się przepisujemy listownie, kartki
świąteczne. Od czasu do czasu się pojechało odwiedzić. Jak jakie weselisko
było, albo nie daj Boże pogrzeb (P. H., w. 17). Odległość nie jest przeszkodą, gdyż podróż nie jest już
niebezpieczna, nie jest wyjściem w obcy świat, bo obcy świat jest wszędzie.
Nie istnieje granica, którą trzeba by przekroczyć. Przyjeżdżają
tu, i człowiek i tam jeździ. We Gdańsku byłem parę razy. Tak to jest (J.
B., w. 12). Dwa miejsca realnie od siebie oddalone mogą tworzyć jedną
przestrzeń swojskości, która nie wynika z właściwości przestrzeni, ani z
czynności sakralnych oswajających tą przestrzeń, ale z samej, nawet
chwilowej, obecności człowieka. Ja
się czuję u siebie wszędzie, gdzie ja jestem (M. O., w. 22).
Zaraz po przyjeździe Łemkowie zaczęli szukać pracy,
szukać pól, które mogłyby być im przyznane, aby je uprawiać. Tradycyjnie,
pracować można było tylko w miejscu bezpiecznym, które przy pomocy
rytualnych, sakralnych działań włączone zostało w sferę działalności człowieka,
a wyłączone z obszaru obcości. Na Ziemiach Zachodnich podejmowano pracę bez
potwierdzania przynależności ziemi, na której się pracowało.
Od razy żeśmy się rozeszli po wioskach, żeby zarobić, żeby przeżyć
okres zimowy. Ale tym zawsze żyli, że chyba tu długo nie będziemy, chyba nas
znowu z powrotem, na swoje (M. H., w. 17). Trwając w zawieszeniu Łemkowie nie tworzyli podziałów na swoje
i obce. Znaleźli się w miejscu i sytuacji, gdzie takie podziały nie miały
zastosowania. Potrzebna była im ziemia, którą można było obsiać i
zabezpieczyć byt rodzinie. Nie była ona ani swoja, ani obca.
To tylko rodzice chodzili dzień w dzień po ludziach na zarobki, to nie
brali pieniędzy, tylko zboża, kartofli, żeby na zimę to zabezpieczenie sobie
jakieś zrobić (L. S., w. 20). Przed podjęciem pracy
nie robiono nic, aby potwierdzić lub ustanowić swojskość miejsca, gdzie
miano pracować. W nowej rzeczywistości dawne sposoby organizacji przestrzeni
nie miały znaczenia, to podstawowe potrzeby wyznaczały sfery bezpieczeństwa. Najpierw
trzeba, żeby żyć, trzeba było iść do ludzi, do pracy (M. O., w. 22).
Nowy sposób działania okazał się trwały, gdyż był skuteczniejszy w
nowych warunkach.
Po przesiedleniu na Ziemie Zachodnie Łemkowie nie
akceptowali sytuacji, w której się znaleźli. Domy, które im wyznaczono na
nowe siedziby, często zdewastowane, nie odpowiadały im. Nie chcieli ich przyjąć
bo były obce, w obcym miejscu, bo nie chcieli swoim zachowaniem w żaden sposób
zaakceptować wysiedlenia, ani zgodzić się na nowe warunki życia. W efekcie
część z nich opóźniała faktyczne zajęcie przyznanych im domów. Do
wprowadzenia się niektórych zmusiły dopiero deszcze i chłody.
Ale później nocowali my tam, jak jest ta droga jakby na lewo i ta
droga co tu pod pagórek jest. Tam my nocowali wszyscy raczej w tamtym miejscu.
A później przyszło deszcz i każdy, trzeba się było gdzieś schować. I każdy
ten tu ten tam zajechał (M. J., w. 9). W kulturze tradycyjnej,
pozostawanie po zmierzchu poza domem, spanie na dworze, w sadzie, zamiast w
domu, zwłaszcza dla kobiet i dzieci, było uznawane za bardzo niebezpieczne.
Przestrzeń obcości, w dzień utrzymywana poza granicami wsi, w nocy podchodziła
pod progi domów. Na Ziemiach Zachodnich ten podział utracił prawdziwość. To
była przestrzeń, w której nie było nic swojskiego, gdzie dom nie gwarantował
bezpieczeństwa; ale też nie mogło się tu przydarzyć już nic gorszego, od
tego, co spotkało Łemków. Ziemie Zachodnie nie były ani swoje, ani
jednoznacznie obce. Wywózka zawiesiła dawne podziały, Łemkowie zmuszeni byli
do zachowań nie mieszczących się w ich dotychczasowych zwyczajach. W nowej
sytuacji okazało się, że są rzeczy ważniejsze, niż bezpieczeństwo
pojmowane w dotychczasowy sposób. W początkowej
chwili, to był strach, ale o życie, to nie. O życie, to nie, tylko tak, że
to człowiek swoje tam zostawił (J. B., w. 12).
Lepsze było mieszkanie w sadzie, na odkrytej przestrzeni, niż przyjęcie osłony
domu, którego zaakceptować, z różnych względów się nie mogło.
Od kiedy Łemkowie zamieszkali w swoich domach na Ziemiach
Zachodnich dbają o nie. No co się może,
ale to zawżdy pieniędzy mało, żeby można było odremontować tak dobrze... (M.
J., w. 9). Utrzymują zabudowania i
otoczenie w czystości i porządku. Dokonują niezbędnych remontów i przeróbek.
Gdzie by się nie było, trzeba dbać (M.
B., w. 13). Nie wkładają w to jednak
wiele serca. Tu mi tego domu nie żal. Dla
mnie to jest dom, bo to jest mój dom. Ale przywiązania do niego ja nie mam (M.
O., w. 22). Mimo braku przywiązania
nie chcieli oddawać swoich nowych ziem i domów do kołchozów. Do kołchozy się trzeba było pisać. My nie chcieli kołchozu (O.
C., w. 11). Woleli zmienić miejsce zamieszkania, niż zapisać się do spółdzielni.
Nie chcieli znowu stracić wbrew woli swojej własności, nawet niechcianej, i
nie mającej w ich oczach wiele wartości. Bycie na swoim, to była wolność,
której nie chcieli znowu utracić. Potem,
jak się zaczęły zawiązywać kołchozy, ludzie nie chcieli do tych kołchozów
wstępować, i dużo gospodarki opuszczali. Wyjeżdżali, gdzie kto mógł (L.
S., w. 20). Dla Łemków To jest ważne, żeby mieć własna ziemię (O. C., w. 11). Nie chcieli dać sobie
znowu czegoś odebrać. Jeden z moich rozmówców tak opisuje swoje starania o
utrzymanie domu, który już zaczął traktować jak własny. Tu
zrobili spółdzielnie. Tu magazyn mieli. Wszystkim tym rodzinam dali
gospodarstwa po wioskach. A ja się zapisał
do spółdzielni, i został jem tu. Nie podobało się im, że ja mieszkam w
magazynie, żebym nie kradł zboża. Zwolnił jem się, i pojechałem do teścia,
do Mleczna. Oni mi dawali na zamianę. Nie chciałem do innego. Wrócili mi spółdzielnia
ten dom. I tak jem został. Tak, żem utrzymał ten dom, bo ten dom szedł do
rozbiórki. Miesiąc czasu, co noc jeździłem pilnować, pókim nie dostał
zezwolenia się wrócić. Aż Wrocław mi przyznał na własność (E. K.,
w. 20).
Łemkowie utrzymują kontakty z sąsiadami, żyją z nimi w
dobrych stosunkach. Teraz, czym dalej, to
ludzie się do nas przyzwyczaili, i my do ludzi, to już nie ma problemu (P.
H., w. 17). Czasami mówią, że nie
ma znaczenia, kto jest sąsiadem, Polak, czy Łemko. Ja mam tu sąsiadów Polaków też, ale my dobrze żyjemy, tu nie ma
strachu (M. O., w. 22). Dobrze się czują wśród ludzi, z którymi przez pięćdziesiąt
lat mieszkali w jednej wsi. Tak zżyliśmy
się tu z Polakami i z tym wszystkim (J. B., w. 12).
Łemkowie często nie akceptowali domów, które im
przydzielano. A ja sobie myślę, to ja
wezmę ze dwa hektary, to mnie starczy. I ja nie wziąłem żadnego domu (M.
W., w. 10). Szukali innych, mniej
zniszczonych, bardziej im odpowiadających. Opóźniali wprowadzenie się. No
ale my przyszli tak gdzieś południem, no to pod wieczór jeszcze łazili tu po
tych (M. J., w. 9). Dłuższy czas mieszkali tylko w jednym pomieszczeniu, podkreślali
tymczasowość swojej sytuacji. Bośmy
liczyli, że będziemy wracać, i śmy zawsze byli tej myśli, że będziemy się
wracać tam z powrotem na to swoje, ale nie wyszło, i tak my tutaj zostali (T.
K., w. 16). Dokonywali tylko niezbędnych
napraw. Czasami nie oddawali kart przesiedleńczych, co pozwoliłoby im otrzymać
przyznane im domy na własność za darmo, jako rekompensatę za mienie
pozostawione w górach. Woleli wynajmować je lub kupować z zarobionych z
trudem pieniędzy, żeby nie przekreślić sobie prawa powrotu, nie zaakceptować
swoim zachowaniem tego, co się stało. Ja
miałem prawo dostać dom, jako, że byłem na froncie. (...) To tutaj tośmy
kupili. Za pieniądze. Tu, żeby nie zapłacić, to trzeba było dać kartę
przesiedleńczą, starać się. Ojciec mówi tak: to ja się jeszcze mam starać
o to, żebym wziął to za tamto. I to jeszcze mam oddać kartę przesiedleńczą,
i prosić, żeby mi w zamian oddali? I tak tośmy zapłacili. Tamto, co zabrali,
zostało upaństwowione, zabrane (M. O., w. 22).
Takie zachowania nie sprzyjały powstaniu przywiązania do nowych siedzib, opóźniały
proces wrastania w nową rzeczywistość.
Żaden z moich rozmówców nie opowiadał o rytualnym lub
symbolicznym objęciu nowych domów. Opowiadając o pierwszych dniach w nowym
miejscu, mówili, że wybielili ściany, wstawili okna, naprawili piec. No
to najpierw. Najpierw to trzeba było pozamiatać, teraz na okna no to kocami
pozakrywali, żeby wiatr nie duł. No a później no to znów tam jeszcze w
lesie była taka leśniczówka. No i tam jakieś tam drzwi, jakieś tam okno (M.
J., w. 9). Tak się to osiedlanie
toczyło powolutku. W nowych siedzibach mieszkano z przymusu, dbano o nie, ale
były to przecież tylko tymczasowe mieszkania, których swojskości nikt nie
chciał symboliczni potwierdzać. Długie
lata my nie mieli żadnego zaufania do tych terenów (M. K., w. 4).
Żaden z moich rozmówców nie potrafił powiedzieć od kiedy poczuł się w
swoim domu u siebie. A ja wiem, czy tak się
czuje u siebie? Tu się siedzi (M. B., w. 13).
Nikt nie potrafił wskazać przełomowego momentu, po którym zaakceptował nową
rzeczywistość. Niepostrzeżenie, mimo woli, Łemkowie wrośli w obce sobie
początkowo otoczenie. Już my się
przyzwyczaili tutaj, to tutaj (J. S., w. 7). Nie ma wspomnień o próbach oswojenia tej nowej rzeczywistości
przez działania uświęcające. Tych miejsc nikt nie chciał, nikt więc nie
chciał ich udomowienia podkreślać, uświęcać.
Pobyt na Ziemiach Zachodnich przez dłuższy czas traktowano
jako tymczasowy. Bo tu jakżeśmy
przyszli, to było niemożliwe, żeby z nami tak... Że pobędziemy może z
tydzień czasu, to nikt się nie rozpakowywał (P. H., w. 17).
Posiadali, a tu już niedługo, wrócimy do domu z powrotem. Gdzie by kto pomyślał,
że tu się będzie siedziało? To tylko przejściowe, wrócimy z powrotem. I
tak dalej, dalej... (M. B., w.13) Wszyscy
informatorzy podkreślają powszechne przekonanie, że przesiedlono ich tylko na
jakiś czas. Każdy chciał, może tydzień,
może dwa, może miesiąc, może pół roku, i że się wróci. Nie było
nastawione, że my tu będziemy tyle lat. Nigdy bym nie pomyślał (J. B.,
w. 12). Nie angażowano się więc w
nową rzeczywistość, starano się niczym nie wiązać, aby od niczego nie być
zależnym i w każdej chwili móc wrócić. Z
początkuśmy nic nie robili, bośmy liczyli, że się będziemy wracać. Nawetśmy
nic nie siali (T. K., w. 16). Nie
dokonywano dużych remontów, ani przeróbek w gospodarstwach. Nie budowano
nowych domów. Nie korzystano z nisko oprocentowanych lub bezzwrotnych pożyczek
dla przesiedleńców przeznaczonych właśnie na remonty. Przez
pięć lat, to ludzie murowanie tak siedzieli, tylko ach, zaraz będziemy się
wracać. Nikt nic nie chciał, ani remontować, ani nic. Nawet później nam
proponowali w pięćdziesiątym szóstym, czy piątym pożyczki takie
bezzwrotne, po pięćdziesiąt tysięcy. Myśli pani, że tu ktoś wziął? Skąd.
Tam, koło Poznania, pobrali ludzie, pokupili se meble. Tu nie, bo jak tu weźmiesz,
to za tamto już ci spłacą, i się nie wrócisz. I do tej pory nikt się nie
wrócił (M. H., w. 14). Były takie
kredyty umarzalne, ale ja nie chciał, nikt nie chciał. Każdy tak tymczasowo
tutaj mieszkał, nikt nie chciał się tutaj zadłużać. Tymczasowość. A tak
o zaczęli budować domy tutaj aż w latach osiemdziesiątych (J. S., w. 18).
We wsiach, które odwiedziłam praktycznie nie ma nowych budynków, te kilka
nielicznych wybudowano najwyraźniej nie tak dawno temu. W Juszowicach mieszka, mój brat tam jest.
Jest tylko jeden dom wybudowany tam nowy dom (P.K., w.
15). Wśród moich rozmówców, tylko
jedna rodzina mieszkała w nowym domu, a informatorzy bardzo żałowali decyzji
o budowie i przeniesieniu się do niego. To
było nam i ciasno, i niewygodnie, i niedobrze. I ta córka nam zaproponowała,
żebyśmy się budowali. Na co mąż nie chciał się zgodzić, i syn, który
mieszka w Legnicy, i ta córka, co w Krynicy, nijak nie kazali nam budować się,
ani mąż nie chciał. A ta mówiła, ja za nią obstała, żeśmy się tutaj
pobudowali. W 73 roku. Miał rację mąż, że nie trza nam tego było. W końcu
zachorował się mąż na niewyleczalną chorobę i zmarł (T. K., w. 16).
Duża część przesiedlonych Łemków już w kilka dni po
osiedleniu zaczęła starania o powrót w góry. Co odważniejsi i bardziej
przedsiębiorczy próbowali wracać na własną rękę. Jeden się wrócił, już niby się tam tego starał i wrócił się. Już
nawet w Muszynie był, ale to w gminie nie zameldowały go i musiał iść z
powrotem i on teraz jest gdzieś koło
Wołowa (M. J., w. 9). Niestety, te próby kończyły
się niepowodzeniem. Podejmujący je byli zmuszani do powrotu na Ziemie
Zachodnie, często w zupełnie inne miejsce, niż to, z którego wyruszyli.
Tu kiedyś taki mieszkał, no, to pojechał do brata do Krynicy. Brata miał w
Krynicy w Zdroju. No, to, ciupasem go wysłali z powrotem. Załadowali w pociąg,
i z powrotem (M. B., w. 13). Większość
Łemków starała się o powrót na Łemkowszczyznę drogą urzędową. Pisano
prośby i petycje do władz na różnym szczeblu, prosząc o możliwość
powrotu. Chęć powrotu motywowano tęsknotą, niemożnością przywyknięcia do
nowego otoczenia, klimatu, wreszcie kłopotami ze zdrowiem wywołanymi gwałtowną
zmianą warunków życia. Podkreślano lojalność wobec władz całej ludności
Łemkowskiej, a zwłaszcza składających podania, zaprzeczano jakimkolwiek
kontaktom z UPA, pisano o niewinności i nieadekwatności kary, za jaką uznano
akcję "Wisła". Mam jeszcze taki kwit, co my pisali do województwa. W pięćdziesiątym
dziewiątym my prosili o zwrot nieruchomości, to odpisali, że osadnik mieszka,
a nikt nie mieszkał jeszcze (M. K., w. 4). Niestety petycje te nie spotkały się z żadnym pozytywnym
odzewem. Aż do pięćdziesiątego szóstego roku wszystkie próby powrotu były
udaremniane przez władze, mogły tylko zwrócić na piszącego uwagi UBP.
O tym, że Ziemie Zachodnie nie zostały zaakceptowane i włączone
w obszar swojskiej przestrzeni świadczyć może również łatwość, z jaką w
początkowym okresie zamieniano domy, przeprowadzano się z jednego miejsca na
drugie. Ja się potem ożeniła do
Parchowa, a z Parchowa się przenieśliśmy tu (O. C., w. 11).
Nas rozprowadzili po tych domach. Temu tu, temu tu. Ale z czasem, z
czasem. Ja sam zmieniłem (J. S., w. 18). Wydaje się, że część
Łemków nie mogła znaleźć sobie miejsca w żadnej okolicy na Ziemiach
Zachodnich. Tutaj się posprowadzali w późniejszym
okresie. Z terenów północnych, i tutaj z naszych terenów też, bo tutaj było
jeszcze parę domów pustych (J. S., w. 18). Część informatorów opowiadała, że ten dom, w którym teraz mieszkają,
to już drugi, czy trzeci, w którym mieszkali. Potem
nas dali do Zamienic, ale później tam nie można było wytrzymać. Na Jaroszówce
stał dom, też bez niczego, i tam my zamieszkały (A. R., w. 19).
Żadne miejsce nie było na tyle swojskie, aby się w nim zadomowić.
Szukano więc terenów, które oferowałyby poza poczuciem swojskości, czy
bezpieczeństwa jakieś inne korzyści, lepszą ziemię, czy gospodarkę.
Potem, po jakimś czasie, to tam sobie rodzice kupili takie
gospodarstwo, prywatnie. Też tam nie było lekkiego życia. Później się
przeniosło tutaj, do tych Komornik
(A. S., w. 20).
Mimo, że Łemkowie są bardzo związani i z własnymi
domami, i z najbliższa okolicą, wypowiadają się o nich czasami z
demonstracyjną wręcz niechęcią. O domach mówią, że są brzydkie, nieładne,
w dziwaczny sposób zbudowane. My mamy te
niemieckie jeszcze budy (M. B., w. 13).
Puste budy. Wszystkie zniszczone, zabrudzone (J. S., w. 18).
Okolica również nie zasługuje na pochwały, oczywiście tutaj łatwiej
pracować, ale narzeka się, że ziemie liche, ze płasko, mokro, komarów pełno,
że klimat nie ten. I tak się siedzi
dalej na tych piaskach, i więcej nic (M. B., w.13).
Cenniejsze jest to, co utracone, nic z nim nie może się równać.
A ja wiem, czy tak się czuje u siebie? Tu się siedzi. Ale żeby mi
dali tam z powrotem, to bym pojechała zaraz. Pojechałabym zaraz (M. B., w.
13).
O tym, że nowa rzeczywistość nie mieści się w
kategoriach oswojonej przestrzeni świadczy również prawie zupełny brak
kapliczek i krzyży przydrożnych. Stawianie krzyży, czy budowanie kapliczek na
Łemkowszczyźnie przed akcją "Wisła" było czymś zwyczajnym. No,
tak był zwyczaj u nas taki, że budowali kaplice (T. K., w. 16).
Nawet teraz, Łemkowie, którzy wrócili na swoje ziemie po kilkudziesięciu
latach odtwarzają te tradycje. To tylko
krzyże przydrożne, bo u nas bardzo dużo krzyżów było tam, w górach.
Wszystkie krzyże te maja jakieś zasługi. Na każdą pamiątkę jest krzyż. W
zeszłym roku, jak byłem na siedemdziesiątlecie prawosławia, to też
postawili krzyż. Przy każdym jakimś tym, to są stawione te kamienne krzyże (J.
B., w. 12). Wśród Łemków na
Ziemiach Zachodnich ten zwyczaj zanikł. Moi rozmówcy wspominają pojedyncze
krzyże, stawiane najczęściej przy cerkwiach. Krzyż myśmy postawili koło cerkwi (...), na pięćdziesiątą
rocznicę przesiedlenia, tam jest napis. A tak, krzyży więcej tutaj nie
stawiano. Tylko ten jeden (J. B., w. 12). Łemkowie nie tylko nie
stawiają krzyży, ale też najwyraźniej nie dbają o stare, jeszcze
przedwojenne kapliczki, których jest już bardzo niewiele.
Był jeden krzyż w Rzeszotarach, tam. A tak nie. Tu nie ma krzyżów (J.
B., w. 12). Przestrzeń, w której
żyją nie została włączona do kategorii swojskości, nie istnieją sakralnie
potwierdzone granice między swoim, a obcym terenem, nie ma więc potrzeby
stawiać kapliczek, które miałyby tych granic strzec. Na Ziemiach Zachodnich
nie nadaje się również nazw polom, łąkom, czy lasom. Zwyczaj powszechny
przed akcją "Wisła" na Łemkowszczyźnie, gdzie każdy kawałek
pola, czy pastwiska miał swoją nazwę, najczęściej pochodzącą od nazwiska
właściciela. Ale tam, to tak przeważnie, każda łączka miała swoją nazwę. Tam
takie smużki były, jak to gospodarkę, tak po kawałku, po kawałku. To
"nad drogą", to "pod drogą", to "na górce", to
"pod górką", to "pod lasem", to każde miało swoje. A tu,
to ja nie słyszę (M. P., w. 6). Niektórzy z moich rozmówców
potrafili podać jedną lub dwie nazwy okolicznych pól, wydaje się jednak, że
nie są one powszechnie znane, ani stosowane. Raczej
nie, jak u nas tam w górach mieli nazwy, raczej nie. Tylko to pole, co tam pod
Zimna Wodą, to nazywali "na asfalcie" (J. B., w. 12).
Żaden fragment przestrzeni nie stał się na tyle własny, aby obdarzyć go
nazwą.
W kulturze tradycyjnej sfera religijności była ściśle
uporządkowana, kościół i religia stanowiły centrum życia wsi. Chodzili
do cerkwi (T. K., w. 16). Tam w górach,
to każdy był przywiązany do cerkwi, w każdej wiosce (P. H., w. 17).
Panowała w tej materii jednoznaczność. Elementy życia religijnego, pewne
symboliczne rytuały potwierdzały i podtrzymywały tradycyjny podział
przestrzeni. Po wysiedleniu część ludności Łemkowskiej znalazła się pod
tym względem w wyjątkowo trudnym położeniu. Władze PRL zdelegalizowały Kościół
greko-katolicki na terenie Polski. Wierni tego obrządku mogli albo przejść na
obrządek rzymsko-katolicki, albo zmienić wyznanie na prawosławne. Pierwsze
oznaczało pozostanie w tym samym Kościele i zupełną obcość obowiązującej
w nim liturgii, drugie to zmiana wyznania, ale pozostanie przy dobrze znanej
formie. Dla wielu, żadna z tych dróg nie była dobrym rozwiązaniem. Nie
chcieli zmieniać wiary, ani obrządku. W efekcie chodzili na msze do kościoła
katolickiego, czasami jeździli na nabożeństwa do cerkwi i tęsknili za własnymi.
I tuśmy chodzili, i tu. W Zamienicach było
co druga niedziela, tośmy szli. Jak nie było, to do Michałowa (cerkiew
prawosławna - przyp. A.K.). Nie było różnicy
(M. B., w. 13). Od połowy lat pięćdziesiątych
zaczęto sporadycznie, z czasem jednak coraz częściej, odprawiać nabożeństwa
greko-katolickie, najczęściej w użyczonych kościołach katolickich. Potem
w 57 roku, już zezwolono, była pierwsza msza, w Legnicy. Ludzie se dali znać,
był pełen kościół. Jak się zaczęła msza, to każdy zapłakał, że po
tylu latach, coś takiego się mogło odwrócić (P. H., w. 17).
Okazało się jednak, że zamieszanie w sprawach religijnych, które powstało
po osiedleniu na Ziemiach Zachodnich nie minęło. Mimo możliwości
uczestniczenia regularnie w nabożeństwach greko-katolickich, nadal wielu Łemków
chodzi czasami do kościoła. Chodzi się
i tu, i tu (H. K., w. 15). Coś,
czego brak odczuwano tak dotkliwie, jak o tym wspominają informatorzy, i czego
odzyskanie było wielkim świętem, okazało się nie mieć aż takiej wartości.
Z powodów prozaicznych - zimno, odległość - często nie niezbyt poważnych,
Łemkowie rezygnują z odzyskanego przywileju. To pomieszanie dotknęło również
Łemków wyznania prawosławnego, mimo, że od samego początku w jednej z wsi
pod Legnicą działała cerkiew. Jak mówi jeden z nich: Tu
do cerkwi chodzimy. Czasem do Lubinia się pojedzie. Tam jest prawosławna i grekokatolicka cerkiew. I do kościoła
się chodzi (P. K., w. 15). Sfera,
która zadawała się najwłaściwsza do zachowania tradycyjnego porządku, również
uległa w jakimś stopniu relatywizacji i chaosowi w nowych warunkach.
Z wypowiedzi Łemków mieszkających na Ziemiach Zachodnich,
a także z obserwacji ich zachowań wnioskować można, że tereny te nie są
dla nich przestrzenią swojskości, nie są jednak również terenem obcym. Jest
to świat niejednoznaczny, wywołujący ambiwalentne uczucia u swoich mieszkańców.
Po wysiedleniu Łemkowie nie mogli uznać, że tereny, na których przymusowo się
znaleźli należą do przestrzeni znanej. Nie chcieli również w nowym miejscu
tej przestrzeni w sposób sakralny i symboliczny kreować, aby nie stracić związku
z utraconą ojczyzną prywatną. Jednocześnie to, że mieszkali i żyli w tym
miejscu zmuszało ich do podejmowania działań zastrzeżonych w tradycyjnym
modelu kultury dla obszarów swojskości. Powstało w ten sposób pomieszanie
elementów swojskości i obcości w jednym miejscu. Taka sytuacja funkcjonuje do
dziś. Zachowania Łemków świadczą o tym, że Ziemie Zachodnie nie są dla
nich terenem obcym w sensie tradycyjnym. Nie są obszarem niosącym zagrożenie.
Można tu bezpiecznie podróżować i bezpiecznie pracować. Nie są jednak w
sensie tradycyjnym terenem swoim, zapewniającym pełne poczucie bezpieczeństwa.
Nie buduje się tu nowych domów, nie stawia krzyży przydrożnych, nie nazywa pól.
Możliwe są tu również zachowania na które nie było miejsca w tradycyjnej
relacji człowiek - przestrzeń. Tu możliwe było nocowanie na dworze, zamiast
w domu, tu również można równocześnie chodzić do kościołów różnych
obrządków i wyznań. Ziemie Zachodnie są postrzegane jako świat chaosu, w którym
nie mają zastosowania tradycyjne podziały i zachowania. Z wypowiedzi Łemków
wynika, że wszystkie oceny ich miejsca zamieszkania przefiltrowane są przez
obraz Łemkowszczyzny Utraconej. Stale obecny w ich świadomości ten
wyidealizowany wzór powoduje, że mimo wyraźnego poczucia własności domów i
ziemi na Ziemiach Zachodnich Łemkowie nie mają poczucia przynależności do
tych terenów.
Podobnie jak Ziemie Zachodnie, również tereny beskidu Niskiego budzą u Łemków mieszane uczucia. Tęsknota za Łemkowszczyzną Utraconą sprawia, że tereny te wydają się Łemkom bliskie i swojskie mimo tego, że są odległe. Chętnie i często jeżdżą w góry, za każdym razem odwiedzają swoją wieś. Jednocześnie wyidealizowany obraz Łemkowszczyzny obecny stale w ich myślach skonfrontowany z nie-mityczną rzeczywistością rodzinnych wsi, wywołuje poczucie zagubienia i obcości. Z każdą wizytą, od nowa, okazuje się, że miejsce, z którym wiążą nadzieje bycia nareszcie u siebie, jest im równie obce, co Ziemie Zachodnie. Obraz Arkadii jest tylko obrazem, stanowi jednak niedościgły wzorzec, z którym nie może się mierzyć żadna realnie istniejąca przestrzeń.
Tereny dawnej Łemkowszczyzny są dla odwiedzających je Łemków
przestrzenią podróży, wyrwania z codzienności, a mimo to są jednocześnie
terenem bezpiecznej swojskości. W tradycyjnej kulturze podróż nie była chętnie
podejmowana, łączyła się z niebezpieczeństwem, doświadczeniem obcości i
niepokoju. Tymczasem każdy z moich informatorów opowiadał o częstych
wizytach w swoich rodzinnych wsiach, oddalonych przecież o kilkaset kilometrów.
No nie dużo razy, bo to jest daleko. Ale
parę razy byłem tam (P. K., w. 15). Podróże
Łemków rozpoczęły się, jak tylko władze umożliwiły im odwiedziny na
terenach dawnej Łemkowszczyzny. Od tego czasu, nie zważając na trudy, w
Beskid Niski często i chętnie jeżdżą zarówno osoby młode, jak i starsze.
Często dziadkowie zabierają ze sobą wnuki, jeżeli jednak nikt nie chce im
towarzyszyć, jeżdżą sami. Jak mówił jeden z Łemków, urodzony w 1929
roku, o swoich jeszcze niedawnych wyjazdach: Teraz
już starszym wiekiem, to nie jeżdżę. Tak, tom co roku jeździł (A. R.,
w. 19). Pretekstem podróży bywa
najczęściej chęć odwiedzenia krewnych lub znajomych mieszkających w
Krynicy. Wśród moich informatorów było jednak zadziwiająco dużo osób, które
regularnie jeżdżą na te tereny do sanatorium. Jak
byłam teraz w dziewięćdziesiątym siódmym roku tam w sanatorium, w Krynicy, to pojechałam do tej wioski
swojej tam (M. H., w. 14). Nikt z
Łemków nie mówił o swoich podróżach, jak o czymś niezwykłym, czy
niebezpiecznym. To, że są tak często podejmowane, świadczy, że zostały włączone
do sfery swojskości. W tamtym roku byliśmy
chyba trzy razy. Tak się jedzie. Czasem bez okazji. Raz
pojechaliśmy sobie tak pojeździć tam, po okolicach. Czasem się jedzie (P.
H., w. 17). Podróże na tereny dawnej
Łemkowszczyzny nie są wkroczeniem w przestrzeń obcą.
Podczas pobytu w Beskidzie Niskim, w swoich wsiach
rodzinnych, zamieszkanych teraz przez zupełnie obcych ludzi, Łemkowie
odwiedzają swoje domy i, o ile jest to możliwe, starają się nawiązać
kontakt z mieszkającymi w nich osadnikami. I
teraz tam byłam. Owszem, bardzo mile, chętnie przyjęła, kawę zrobiła.
Posiedzieliśmy. Oprowadziła po całym domu (A. S., w. 21).
Czasami powstają w ten sposób trwalsze znajomości, i chociaż początkowo
były tylko pretekstem, mającym umożliwić Łemkom wejście do swoich
niegdysiejszych domów, to czasem są w stanie przetrwać dłużej.
Mój dom jest już rozebrany. Najpierw mieszkał tam ksiądz, po nim, taki Gruca
Franciszek, z Kąclowej. Ja tam w większości go odwiedzam, jak przyjdę.
Nocowałem u niego (M. O., w. 22). Mieszkańcy
dawnej Łemkowszczyzny nie są dla Łemków zagrożeniem, możliwe i bezpieczne
jest nawiązanie z nimi kontaktu. Najwyraźniej przez zamieszkanie w niegdyś
swojej dla Łemków okolicy zostali wyłączeni ze sfery obcości.
Mimo upływu lat i wielu zmian, sam teren dawnej Łemkowszczyzny
wciąż zachowuje swojskość; jego dawni mieszkańcy, wciąż odnajdują w nim
znane, swojskie fragmenty. Ale tak, to
wszystko jest. I te płoty, jak były grodzone kiedyś, to tak jest. I te miedze
wszystkie. Jak ja tak chodziłam po polu, to wszystko tak (M. B., w. 13).
Są w stanie wskazać, kto gdzie mieszkał, gdzie stały poszczególne domy,
gdzie były czyje pola. Ja z całej
wioski, mogę przejść, i wszystkie nazwiska powiedzieć (M. O., w. 22).
Tam gdzie ja mieszkałam bliżej, to pamiętam, gdzie kto mieszkał (M. B.,
w. 13). Nierzadko wiedzą więcej o tej ziemi, niż jej obecni mieszkańcy.
Często wiedzą o niej również więcej, niż o miejscu, w którym mieszkają
obecnie. To właśnie z tymi terenami się identyfikują.
Ja się czuję, że jest tamten mój dom. Jeszcze stoi do tej pory (P. H.,
w. 17). To tereny dawnej Łemkowszczyzny
wywołują u nich poczucie przynależności.
I tak zawsze mówię, że tam moje, nie tu moje. No, bo tam się urodził, tam
był, tam była gospodarka (A. R., w. 19). Tego poczucia przynależności Łemków nie jest w stanie zmienić nawet pięćdziesiąt
lat mieszkania na Ziemiach Zachodnich. Ja
czuję tam swoją ojczyznę. Swoją ziemię (E. K., w. 20).
Opowieści Łemków o odwiedzinach w Beskidzie Niskim łączą
się ze wspomnieniami wyjątkowo dobrego samopoczucia w górach. Ja
się lepiej czuję tam. Jak pojadę tam, to tak mi lekko tam. Czuję się dużo
zdrowiej w górach tam (M. H., w. 17).
Wszyscy informatorzy, zarówno starsi, jak i młodsi, mówią, że lepiej się
im tam oddycha, że potrzebują mniej snu, bez problemów pokonują mniejsze i
większe wzniesienia, że czują się po prostu zdrowsi. Ja
tam nie odczuwam w ogóle, że mam serce chore, mogę pod górę biegiem lecieć
(P. K., w. 15). Podkreślają, że
jest to dla nich miejsce dobre do życia. Tam
jak wyjdę na górę, tak se popatrzę, to mi się jakoś inaczej na sercu robi.
A tu... tak człowiek tak siedzi, tak gnije, tak więcej nic (M. B., w.
13). Pod tym względem, jest to
przestrzeń niewątpliwie bardziej swojska od Ziem Zachodnich.
Opowiadając o pobycie w rodzinnych wsiach Łemkowie podkreślają
jak bardzo im się tam podoba. Mimo zmian, unowocześnień, a nierzadko i
zapuszczenia, na które sami zwracają uwagę, nieodmiennie jest to dla nich wyjątkowo
ładna okolica. Tam było bardzo ładnie.
Teraz jeszcze ładniej jest (J. S., w. 7).
Tereny dawnej Łemkowszczyzny podobają się Łemkom, mimo, że nie
przypominają idyllicznego obrazu Łemkowszczyzny Utraconej. Zachwycają się
nimi ze względów czysto estetycznych. Poszliśmy
na górę, koło kapliczki, a te buki, takie, wiesz, takie się zrobiły
czerwone, takie piękne takie. Takie
piękne te góry (M. B., w. 13). W
tradycyjnym obrazie świata ładna jest najbliższa, swojska okolica, ładne
jest to, co znane, to, co użyteczne. Tymczasem to góry, a więc nie przestrzeń
zamieszkiwania, uznawane są za ładne, właśnie przez kontrast do Ziem
Zachodnich, które na taką pochwałę nigdy nie zasłużyły.
Z wypowiedzi Łemków wynika, że mimo pozytywnych odczuć,
jakie towarzyszą ich powrotom w góry, to w Beskidzie Niskim nie czują się
jednak u siebie. Wspomnienia i uczucia łączą ich ze światem Łemkowszczyzny
Utraconej, której nie mogą odnaleźć w dziesiejszej rzeczywistości swoich
rodzinnych wsi. To do Łemkowszczyzny Utraconej chcieliby wrócić, do tego
idealnego świata z całością jego otoczenia, relacji i wartości. Nie jest to
jednak możliwe. Nie ma już tamtej przestrzeni społecznej, zmieniła się sama
okolica. Tak się zdawało, smutno było.
Nie było naszych ludzi (O. C., w. 11). Świata, który stracili nie da się odtworzyć, Łemkowie nie chcą więc
wracać do czegoś, co mogłoby być tylko namiastką. Wrócić
się tam i na przykład do tej naszej wioski. No i co tam sam? To już obce
ludzie, już inna całkiem atmosfera. Nie ma już tej kultury, co kiedyś była (M.
H., w. 14). Nie chcą zamieszkać z
powrotem w górach. Już teraz, nie ma co
na ten plac iść. Bo tak było raz, i drugi raz, to już więcej nie pójdę (M.
K., w. 4). Nie ma tam już niczego, co
jest dla nich cenne i ważne. Ale wrócić,
nie. To już nie ma sensu. Tam nikogo nie ma (D. H., w. 20). No, jak tam, do czego się wrócić? (J.
S., w. 3). Odmienne
od żywego we wspomnieniach ideału, pozbawione wszystkiego, co stanowiło o
swojskości, góry stały się pięknym, ale nieprzyjaznym w gruncie rzeczy światem.
A teraz, jak oni zapuścili lasy tam
dalej, aż do wierzchów, to co by tam teraz robić? (O. P., w. 2)
Trudniej jest tam uprawiać ziemię. Nie ma w okolicy znajomych, sąsiadów
czy krewnych, którzy mogliby pomóc i broniliby przed samotnością. Nie ma
wreszcie majątku, ziemi czy domu, który by na człowieka czekał. Przykro
tak, jak się pójdzie. Tak człowiek popatrzy. Jakie zmarnowane wszystko (L.
S., w. 5). W tej sytuacji,
przeniesienie się w góry byłoby tylko niepotrzebnym, do niczego nie prowadzącym
wysiłkiem psychicznym, fizycznym i czysto materialnym, za którym nic nie
przemawia. Żeby wszyscy ludzie jechali,
to bym z chęcią jechała, a tak, zżyta jestem tutaj (T. K., w. 16).
Tereny dawnej Łemkowszczyzny nie mają żadnej przewagi nad
Ziemiami Zachodnimi. Gdyby mi wrócili
wszystko, to tak. I jeszcze, sam jakbym przyszedł tam do wioski żyć, to bym
się obawiał. Jak ja będę tam mieszkał, ja się będę źle czuł. A tu, ja
jestem oswojony (M. O., w. 22). Góry
wydają się już Łemkom bardziej obce, niż ziemie, na których mieszkają od
pięćdziesięciu lat. Przeprowadzka jest również niemożliwa, gdyż oznaczałaby
to utratę mitu, który określił ich życie.
Łemkowie nie odnajdują swojej mitycznej Łemkowszczyzny
Utraconej. No, i zajechałam, ale jeszcze
starą drogą. Ale już wysyp był na nową drogę, jak teraz jest. I wyszłam z
tego autobusu, wyszłam na tą nową drogę już. Złapałam się za ręce, i mówię:
Matko Boska, co się z naszą
wioską stało? Dróżka wąziutka, rzeczka - taki potoczek. No, ja nie wiem, co
się stało. Pozarastało, jeju, jeju. Zapłakałam się (O. P., w. 2).
To, co znajdują w zmienionym, obcym im otoczeniu, to pojedyncze ślady
przywołujące wspomnienia, najczęściej jednak tak zmienione, że z trudem można
je odnaleźć. Co tam teraz jest, nawet
trudno poznać. Nawet trudno poznać, jak tam zajadę. Ja byliśmy, to chodziliśmy,
szukali. Kawałek garka znaleźliśmy, o tu chyba był dom (J. B., w. 12).
Nieliczne, zachowane jeszcze fragmenty dawnej rzeczywistości, wyrwane z
kontekstu, często zniszczone, zaniedbane, podkreślają tylko nieistnienie
prawdziwej Łemkowszczyzny, która dla nich jest Łemkowszczyzna Utracona.
Jak było kiedyś, a teraz, to nie
do poznania (M. B., w. 13). Próby
odnalezienia łemkowskiej Arkadii, odwiedziny w górach, są zderzeniem z nie
tylko zupełnie odmienną od zapamiętanej, ale po prostu obcą rzeczywistością.
Tam już nie do poznania. Ja już
nieraz nie poznaję domu, któren stał. I się nieraz zastanawiam, czyj to dom (J.
S., w. 18). Łemkowie
opowiadają jak bardzo dzisiejsze wsie w Beskidzie Niskim różnią się od tych
sprzed akcji "Wisła". No,
to pozmieniało się, bo tak: tam światło zaciągli, już te lasy przerąbali.
Już te lasy małe, tak ja pamiętam, powyrastały duże (M. J., w. 9).
Opowiadają też, jak różnią się od rajskich wsi ze swoich wspomnień,
podkreślając zwłaszcza nieobecność cech konstytuujących tą rajskość.
I wodę zepsuli czegoś.I
nie ma co po tą wodę już iść, tak zepsuły (M. K., w. 4).
Łemkowie opowiadają
o tym, że ich raj nie istnieje. Mimo tej wiedzy nie potrafią jednak przetać
za nim tęsknić, ani przestać go szukać w kolejnych powrotach.
Ze wspomnień Łemków wynika, że odwiedziny w górach nie
trwają długo. Nigdzieśmy tam nie
wchodzili, nawet do sklepu my nie weszli. Tylko z autobusu przeszli przez swoją
wioskę, i znowu na autobus, i dalej, do Krynicy (M. P., w. 6).
Często jest to uwarunkowane możliwościami materialnymi; podróż jest
droga, nie każdy ma też gdzie się zatrzymać. Nie są to jedyne przyczyny,
dla których Łemkowie spędzają w swoich wsiach niewiele czasu. Impulsem do
podróży jest dla nich chęć odnalezienia swojego miejsca na ziemi, potrzeba
bycia w jakiejś przestrzeni u siebie. Jednak tego, czego szukają nie ma już
na terenach dawnej Łemkowszczyzny. W rodzinnych wsiach Łemkowie są tylko gośćmi.
To rozczarowanie, które spotyka ich za każdym razem powoduje, że nie mają
ochoty spędzać tam zbyt wiele czasu.
Tam dobrze tak, o: pojechać, trochu pobyć (M. J., w. 9). W dodatku, po
pierwszych, bardzo wzruszających chwilach, a potem po nieuniknionych
rozczarowaniach, przychodzi tęsknota za Ziemiami Zachodnimi. Tam
mi się przykrzy (T. K., w. 16). Łemkowie
zaczynają się czuć w górach nie na miejscu. Z
nim, tośmy przeszli całą wioskę, tak popatrzyli. Mówię: tu nie ma teraz
czego iść (M.P., w. 6). Nie chcą
tam dłużej przebywać. Jeszcze teraz się
tęskni, ale tam już nie mogę być (T.K., w. 16). Wracają do swoich domów na Ziemiach Zachodnich, gdzie wbrew sobie
czują się jednak bardziej u siebie. Wkrótce jednak zaczyna w nich ożywać tęsknota,
która popchnęła ich do poprzedniego wyjazdu.
Ze wspomnień Łemków o tych podróżach wyłania się również
obraz wsi w górach jako przestrzeni nieprzyjaznej społecznie. Bo
byli ludzie bardzo źli, jak my tam przychodzili (T. K., w. 16).
Wszyscy opowiadają o niechętnych osadnikach, o pogróżkach i
zatrzaskiwanych przed nosem drzwiach. Ale
tam nie wpuszczano nas do domów (E. K., w. 20).
>Do obcości przestrzeni materialnej dołącza się obcość społeczna. Łemkowie
w swoich rodzinnych wioskach są nieproszonymi i niechętnie widzianymi gośćmi.
Ich przyjazd wywołuje niechęć, a nawet strach. A
tam, skąd mąż, to mówi: myślałem, że pójdę, ale tam chłop stoi,
jeszcze mnie tam gdzieś zawali, lepiej się nie pchać. Potem znowu, tam u sąsiada,
niżej. To też tam chłop stał. Widział, że nas trzech idzie, to wskoczył
prędko do sieni, drzwi zawarł. A my wcaleśmy tam nie szli, tylko drogą (M.
P., w. 6). Mimo, że sami tak się nie
czują, są jednak najwyraźniej postrzegani jako obcy, a nawet wrodzy
przybysze. Patrzyli na nas, jak na wrogów
jakiś. Z początku, ileś lat, nie wolno było jechać (A. S., w. 20).
Nieprzychylne przyjęcie powoduje, że z czasem Łemkowie tracą ochotę do
nawiązywania kontaktów. Rozmawiałam z nimi na podwórku, a do mieszkania mnie nie zaprosili, to
już... nikt się nie wprasza do mieszkania (M. B., w. 13).
O obcości terenów dawnej Łemkowszczyzny świadczy również
to, że właśnie tam zdarza się Łemkom błądzić. Jak my wyszli z autobusu, to tak głupio było... Gdzie to, a ten
dom, czyj to, a ten, czyj to dom? (M. P., w. 6)
Łemkowie nie błądzili na Łemkowszczyźnie przed akcją "Wisła",
nie błądzili też na Ziemiach Zachodnich, nawet tuż po przesiedleniu. Nie błądzą
również we wspomnieniach, w mitycznej Łemkowszczyźnie Utraconej. Natomiast
podczas odwiedzin w rodzinnych wsiach, często zdarza im się mylić drogę. Teraz
to już nawet trudno poznać, tyle nabudowane tam nowych domów (M. H., w.
17). Góry stały się Łemkom tak
obce, że nie mogą się w nich odnaleźć. Człowiek
tak się już tu wżył w te niziny, a tam te góry, to mi się wydawały bardzo
wysokie. Wyższe, jak były (T. K., w. 16).
Z trudem odnajdują miejsce, gdzie stał ich dom.
Jak zajedziemy tam, gdzie tu dom sąsiada? Gdzie tu się zmieścił drugi dom?
Wszystko takie malutkie się nam teraz tam robi (P. H., w. 17).
Jedna z informatorek tak wspomina jak błądziła w swojej rodzinnej wsi: Po
dwudziestu pięciu latach jam przyjechała odwiedzić. Pierwszy raz. (...) Bo
miałam ciotkę na drugiej wiosce, dwa kilometry dalej od naszej wioski. Tam była
Wierchomka Mała. Tam ciotka mieszkała. Ja mieszkała w Wierchomli Wielkiej. Na
tym placu, gdzie my byli, to już nasz dom był zabrany, i już był postawiony
inny. Ale ja na ten plac chciała wejść pierwsza. (...) A tam było późno,
nikt w tamtych stronach nie szedł. Choć my tam mieszkali z dawna, to tam przez
te lasy nikt nie chodził w nocy, tak późno. Jak ja po dwudziestu pięciu
latach tam nie była, i jem szła. Była jedenasta godzina wieczór, jak ja
przez te… I to jeszcze taka była polanka, i tam krzyż na tej polance. I
poza tą polankę była droga koło rzeki. A potem, jak już nas nie było, to
drogę zrobili przez tą polankę, przez środek, po drugiej stronie krzyża. I
ja nie wiedziała, że tam nowa droga jest prosta. Przez tą polankę. Tylko ja
z tej prostej drogi zeszła, popod tą polankę, że pójdę koło wody.
(…) I nie mogę wyjść z tej nijak wody. (…) Wreszcie potem, się
myślę tak: a, nie będę już szukała tej drogi, tylko pójdę nazad.
(…) Przyszła ja na polankę nazad, a to była ta droga, co ja z niej zeszła.
I tak tą drogą doszłam do tej mojej ciotki. Ciotka mieszkała tak dość
wysoko na brzegu. Znowu inną stroną miała ścieżku do domu, jak dawno było.
Ja tak tą torbę dość ciężką miałam. Pokładam, i pokładam po tym śniegu.
I znowu mnie cofa w tył, i w tył. W tył upadłam, i nie mogę nijak wyjść
na ten brzeg. Ale jakoś pomału, pomału ja wyszłam na ten brzeg i pukam do
tej cioci, do drzwi (M. K., w. 4).
Z wypowiedzi Łemków wynika, że tereny dawnej Łemkowszczyzny nie są dla nich przestrzenią swojskości, nie są jednak do końca obce. Pobyt w rodzinnych wsiach wywołuje u Łemków ambiwalentne uczucia. Jest próbą powrotu do Łemkowszczyzny Utraconej, jedynej, choć nierzeczywistej, przestrzeni, gdzie Łemkowie czują się u siebie bez żadnych zastrzeżeń. Jest probą powrotu, do pełni swojskości, za którą tęsknią. Taki powrót nie jest jednak możliwy. Łemkowie zdają sobie z tego sprawę. Do gór wracałbym zaraz, ale nie ma gdzie. Gdzie pójdę? (...) Nie ma możliwości powrotu (P. K., w. 15). Nagromadzony przez lata olbrzymi ładunek uczuć i tęknoty rozbija się o obcość Beskidu Niskiego. Nie istnieje już rzeczywistość Łemkowszczyzny sprzed akcji "Wisła", tym bardziej nie istnieje wyidealizowana rzeczywistość mitycznej Łemkowszczyzny Utraconej. Rodzinne wsie wywołują w Łemkach zarówno uczucie swojskości, jak i obcości. Tęsknota za byciem u siebie i poszukiwanie go w nielicznych pozostałych okruchach dawnej Łemkowszczyzny miesza się z poczuciem obcości. Zachowania Łemków należą jednocześnie do dwóch wykluczających się porządków. Silnemu poczuciu bycia u siebie, przynależności do miejsca, gdzie się urodziło, przeciwstawia się ich niechęć do powrotu w góry, a nawet niechęć do dłuższych odwiedzin. Podróże, będące w tradycyjnym modelu relacji człowiek - przestrzeń wkroczeniem w obcość, dla Łemków są czymś zwyczajnym i niegroźnym. Tymczasem u celu podróży, gdzie przyciągnęła ich właśnie nadzieja swojskości, spotykają się z wrogością obcego sobie otoczenia. Próbują odeprzeć poczucie obcości przez wynajdywanie śladów przeszłości. Nie odnajdują ich jednak wiele, a to, co widzą podkreśla tylko odmienność Beskidu Niskiego od Łemkowszczyzny Utraconej. Tak, jak w przypadku Ziem Zachodnich, rodzinnych wsi Łemków nie można zaklasyfikować jednoznacznie do żadnej kategorii opisu przestrzeni tradycyjnego modelu kultury. Należą one do przestrzeni niepoddającej się tradycyjnej klasyfikacji; przestrzeni, której niejednoznaczności Łemkowie nie potrafią, ani nie zamierzają zmieniać.
Łemkowie, przez to, że zostali z Łemkowszczyzny wyrzuceni siłą, nie mogli się związać z Ziemiami Zachodnimi w sposób naturalny, tak jak związani byli z terenami rodzinnymi. Z czasem przywiązali się do swoich nowych domów, nie chcieliby ich w żadnym razie opuścić, ciągle jednak mają w stosunku do nich ambiwalentne uczucia. Pierwsze miejsce w ich sercach niezmiennie zajmuje mityczna Łemkowszczyzna Utracona, która stała się dla nich wzorcem przestrzeni idealnej i panujących w niej relacji. Wszystko, co od tego przykładu odbiega, nie zasługuje na miano prawdziwego domu, nie zasługuje na pochwały i zachwyty, nie może również pretendować do bycia przestrzenią w pełni swojską. W sposób oczywisty nie przystają do tego obrazu Ziemie Zachodnie. Przestrzenią nie-idealną jest również w tym świetle teren dawnej Łemkowszczyzny. Tam kontrast między mitycznym wzorem, a rzeczywistością jest jeszcze wyraźniejszy. Poza kordonem nie ma już bowiem nic. Granica biegnie teraz nie na mapie, ale w świadomości ludzkiej; oddziela świat dawny od nowego, dzieciństwo i młodość od dojrzałości, "sacrum" od "profanum", Arkadię od ziemi wygnania. Dlatego obrazy dnia dzisiejszego (...) jeśli się zjawiają, to w tym jedynie celu, by zaakcentować brak porozumienia i ciągłości kulturowej (...) (Jarzębski J., 1992, s. 141). Dla Łemków nie istnieje realne miejsce, które wywoływałoby u nich poczucie zarówno przynależności jak i własności, a które nie byłoby zarazem naznaczone jednocześnie i piętnem swojskości i obcości. Jednoznaczność uczuć i postaw zarezerwowana jest dla mitycznej Łemkowszczyzny Utraconej. Nie istnieje więc dla nich realna przestrzeń, którą można by zaliczyć do tradycyjnej kategorii świata swojego. Nie istnieje realnie również jej przeciwieństwo, pojmowany na sposób tradycyjny świat obcy. Cała przestrzeń rzeczywista jest światem nieuporządkowania, pomieszania wartości, światem chaosu, wywołującym ambiwalentne uczucia, gdzie nie ma wyraźnych granic między znanym i nieznanym. Światem do którego nie mają zastosowania kategorie funkcjonujące w przestrzeni Łemkowszczyzny sprzed akcji „Wisła”, kategorie tradycyjnego modelu kultury.