18 X 2000

Łemko nie może bez lasów



Stefan Kaszczak: Jak Łemko wyjeżdża od siebie, nawet po własnej woli,
jakiś smutek nadchodzi
fot. Piotr Janowski

Do zdjęcia ustawiano ich pośpiesznie, być może pod lufami karabinów, a z pewnością grożąc i krzycząc. Musieli mieć zakapiorskie oblicza i ponure miny, żeby efekt fotografii był jak najmocniejszy. Przed grupę mężczyzn, wyglądających jak jeńcy wzięci do niewoli po ciężkiej potyczce, rzucono stos zdobycznej broni. Trzask migawki, a potem już tylko właściwy podpis w gazecie: wojsko polskie rozbiło grasującą wokół beskidzkich Gorlic bandę UPA, wspieraną przez miejscowe łemkowskie wsie.

Albo ten pogrzeb. Trumna ginąca pod naręczami kwiatów i wieńców, kondukt żałobny, przemowy, nagrobna tablica ze stosownym napisem, ufundowana przez lokalne władze. Chowają Polaka zastrzelonego przez Ukraińców, nie baczących na fakt, że żonaty z Łemkiną, cichy, spokojny, od pokoleń tutejszy, osierocił sześcioro dzieci. Wcześniej było śledztwo prowadzone przez gorlicki urząd bezpieczeństwa, i choć żona zabitego nie rozpoznała zabójców, kolejne zeznania, poszlaki i dowody wskazywały, że strzelali bojówkarze UPA.

Akcja "Wisła" była już dawno rozpisana na głosy. Czekano na pretekst - śmierć generała Karola Świerczewskiego wiosną '47 pod bieszczadzką wsią Jabłonka, pozwoliła w kilkanaście godzin uruchomić mechanizm przygotowujący wywózki. Miesiąc później polskie oddziały otaczają ukraińskie wsie, a wojska czechosłowackie i formacje NKWD blokują wschodnią i południową granicę od Brześcia nad Bugiem po Nowy Sącz w Beskidzie. Przez niespełna trzy miesiące deportowano 140 tys. ludzi. W powojennej historii Polski nie było tak wielkich represji zastosowanych w tak krótkim czasie.

Trudno przypuszczać, by gorlickie zdarzenia: ujęcie ukraińskiej bandy i pogrzeb Polaka zabitego przez UPA, miały jakikolwiek wpływ na tak ogromną operację. A jednak dowodziły niezbicie, że Łemkowie z Gładyszowa, ze Zdyni, z Koniecznej muszą jechać na Zachód. Bo jeśli nie wyjadą, krew będzie się dalej lać. Innymi słowy - że akcja "Wisła" była tam usprawiedliwiona.

Przez lata nawet obcy ludzie składali kwiaty pod nagrobną tablicą. Zdjęcie schwytanej bandy publikowano w poważnych wydawnictwach. Aż kilka lat temu Aleksander Maślej, przewodniczący Zjednoczenia Łemków (wąsacz średniego wzrostu, między czterdziestką a pięćdziesiątką, gaduła), odkrył, że jednym z mężczyzn sportretowanych na fotografii jest niejaki Ł., mieszkaniec Gorlic. Zaś zastrzelony Polak to mąż siostry dziadka. Że dziadek miał siostrę, Maślej nigdy wcześniej nie słyszał.

Spowiedź

Wieś Zdynia, ponad 20 kilometrów od Gorlic. Kiedyś 80 numerów, grekokatolicka cerkiew, cmentarz, tartak, pola aż po szczyty wierchów, na szczytach lasy. Dziś domów o połowę mniej, rozsypująca się pożydowska chałupa, stadnina koni w miejscu dawnego PGR-u, gdzie pracowali więźniowie, prawosławna cerkiew, na cmentarzu grób księdza Maksyma Sandowycza, zastrzelonego przez Austriaków podczas I wojny światowej, niedawno uznanego męczennikiem prawosławnej wiary i beatyfikowanego. Tylko potok ten sam, lecz jakby inny, bo wycinka starodrzewia sprawiła, że wody w nim mniej.

Stefan Kaszczak (rocznik 1928, niewysoki, zmierzwione resztki siwych włosów, chromy na lewą nogę, grube palce pogięte od artretyzmu i ciężkiej pracy): - Wiesz pan, ja już do roboty nie pasuję, co mogę, to przy pszczółkach, przy rybkach. Pamięć mam nie taką jak kiedyś, ale jeszcze opowiem. Tak, ten lasek sam sadził, będzie więcej niż hektar. Sadził, żeby ule przed wiatrem schować, wodę kubłami z rzeki nosił, żeby modrzewie się pięły, grzybnię z lasu pod drzewka kładł, choć nie wolno, ale mam własne prawdziwki. Jak nie ma lasu, to skąd wziąć kołek, żeby krówkę przypiąć, z czego dom, z czego kij na stare lata, czym chałupę opalić. Las, panie, to wszystko.

Wieœ Nieznajowa - przed wysiedleniem mieszkało tu 228 osób


Piotr Czuchta (ćmi klubowe, rzuci grubym słowem, potężny, brzuchaty, gęsta czupryna, ręce tak samo spracowane jak u Kaszczaka, choć nieco młodszy): - Chodził jeszcze z tatusiem, patrzył, jak lasu doglądać, 17 hektarów mieli, udziałów w gromadzkim, co go wieś kupiła od dworu, nie liczę. Jodły po niebo, buki, dąb, sosny mało. Klepał tatuś jodełki, głaskał, przemawiał: rośnij sobie, takaś piękna, prościutka. Pokazywał, gdzie należy się przecinka, jak młodym drzewkom światła dać, całe dnie tak prowadzał, nauczyłem się, gdzie wykrot, gdzie kamień. Mnie dbać o las uczyć nie trzeba. To powiedz pan, czemu oddać nie chcą?

Kaszczak: - Chodzilim boso, chrust zebrany, czyściutko, trawka aż miło. Idź pan teraz, nogi pokłujesz. Gdybym miał swoje pięć hektarów i dwa udziały w gromadzkim lesie, kupione jeszcze za dolary, co dziaduś z Ameryki przywiózł, chodziłbyś pan na boso.

Czuchta: - Tatuś opowiadał, że gdy w dziewięćsetnym budował chałupę, kupił od hrabiny Krzywińskiej pięć jodeł po pięć dolarów sztuka, swojego nie ciął, choć mielim dość. A w trzydziestym dziewiątym przyszedł do niego Żyd Oliner, co miał w Zdyni tartak. Mówi tatusiowi: sprzedaj, sąsiedzie, choćby te z suchymi czubkami. Tatuś: na co mi twoje pieniądze, wojna idzie. Żyd: dam dolarów, dam złota. Tatuś nie sprzedał, bo się lasem cieszył.

Tuż przed wysiedleniem poszli my do buka, czterech chłopów większych niż ja by go nie objęło; tatuś czuł, że trzeba się żegnać. Jeszcze jak wrócilim, górale zwozili z gór jodły, co po jednej na całą ciężarówkę brali. Drwale mówili: patrzcie, ostatnie rusinki wiozą. Dziś jodły są, ale marne jak dychawiczny dzieciak.

Kaszczak: - Czasem, jak na kawalerkę brakło, chodziło się ciąć drzewo, ale swojego nikt nie ruszył. Był u nas taki Teodor, wyrżnął księdzu jodełkę, Olinerowi na porżnięcie oddał. Przyszło mu iść do spowiedzi, w konfesjonale wyznał, że ukradł. Ksiądz mu: ty, Teodor, zostań po mszy, i na progu cerkwi mówi, że za jodełkę mus zapłacić, jak nie, to do sądu. Zafrasował się Teodor, bo pieniądze przepite, aż mu doradził Seidler, Niemiec z Banicy, co u nas był za nauczyciela: powiesz w sądzie, że chciałeś sprawdzić, czy ksiądz trzyma tajemnicę spowiedzi. Sądu nie było, choć u księdza żal za jodełkę wielki, bo taki sam Łemko jak my.

Agitator

1946 r. Już minęły dwa lata, jak wojna poszła ze Zdyni, choć wojsko ciągle stoi w trzech strażnicach. Na wschodzie, wcale nieodległym, biją się upowskie sotnie Hrynia, Stacha, Bira, Brodycza, w sumie może ze 400 ludzi. Lecz major Martyn Mizerny, Ren, głównodowodzący Odcinkiem Taktycznym "Łemko", obejmującym Bieszczady i Beskid Niski, śle meldunki, że w Gorlickiem trudno o ochotników, nie może powstać region Werhowyna. Niektóre łemkowskie wioski już pojechały do ZSRR w ramach umowy między Polskim Komitetem Wyzwolenia Narodowego a rządem sowieckiej Ukrainy o przesiedleniu obywateli narodowości ukraińskiej, białoruskiej, rosyjskiej, rusińskiej. Na wszelki wypadek starostowie nakazywali gminom, by w razie niechęci lub oporu stosować "środki przysługujące władzy administracyjnej".

Kaszczak: - Niemcy gonili w okopy, za kopanie płacili osiem papierosów cienkich albo cztery grube, z liści zwijane. I wojsko polskie też brało. Mieli konie, ale niezwykłe w kieracie chodzić, więc robili naszymi, w naszym obejściu. My nie żebraki byli, dziaduś cztery razy do Ameryki jeździł - patrz pan, ten zegar to jeszcze od niego. Mielim sieczkarnię, młyn do kieratu, rower, dynamo z potoku, dziaduś tatusiowi kuźnię kupił, co stała nad rzeką.

Razu pewnego wzięli mnie do żęcia pszenicy, cztery dziewuchy miały snopki stawiać. Bałem się, że dadzą mi rugi, bo co sam jeden dla tylu dziewuch ukoszę. A oni biorą pod las, dwie dziewuchy sobie upatrzyli, chycili, słyszałem tylko trzask gałęzi, szlochanie jakieś. Wyszły potargane, i dalej błagać mnie, prosić, żebym nic nie mówił we wsi, bo honor stracą, jaki chłopak się za nimi obejrzy. Jak ja był teraz w Kanadzie, opowiedziały, ale jakoś dookoła, żebym się bardziej domyślił. A mają mężów, dzieci, wnuki, mówiły, że strach z nich wyszedł.

Czuchta: - Było tu w okolicy kilku Żydów. Jeden ostał się w Brochowie, drugi u nas, chowany przez gospodarzy. Przeżyłby, biedaczek, ale za wcześnie usłyszał, jak Ruskie idą na Duklę, wyszedł z kryjówki, miał listę gazdów, co płacił im dolary za schowanie i jedzenie. Wszedł na niemiecki patrol, strzelili go od razu, ale listę zabrali. Chodzili potem z papierem od chałupy do chałupy, dolary wzięli dla siebie, ale wsi nie wydali. Inaczej byśmy nie przeżyli.

A Olinerowi tatuś dawał w Gorlicach jeść, zawsze cztery kromki chleba, choć strach był, bo w opasce chodził. Ucieknął im ten Oliner do Rosji, a jak Niemcy poszli, zajechał do Zdyni bryczką, prosto do domu dentysty. Zerwał podłogę, tam dwie walizki, złoto i srebro. Wziął walizki na bryczkę, i tyle my go widzieli. Aż nagle, całkiem niedawno, zjechali do mnie jego kuzyni. Powiadali, że do Ameryki się dostał, potem do Izraela, tam pomarł ze starości. A to muzeum żydowskie, co jest niedaleko, to roztwarli za Olinerowe złoto. Tak przynajmniej mówią.

Mądry był ten Oliner. Jakby ze Zdyni nie odjechał, Polaki okradliby go i powieźli z nami. Czemu? Bo my obce, inne byli, jak Żydzi. Tak ich, kurwesynów, uczono.

Kaszczak: - Noc była, spalim na ławach, co je w dzień stawiało się pod ścianą, żeby w izbie nie zawadzały. Nagle rumor, polskie wojsko ojca wzywa. Nie otwieramy, to puścili serię, ledwom się schował. Wyrwali okna, drzwi z futryną, brali, co w ręce wpadło. Na drugi dzień wszystko w Koniecznej za bimber poszło, mamine chusty, ubranie.

To i ojciec poszedł do dowódcy; brał nasz chleb, ser, mieszkał u ojcowego szwagra. Mówi: panie kapitanie, my u was darmo robimy, macie wszystko, co chcecie. A on: Kaszczak, ty lepiej zawsze otwieraj, bo spalą. To swołocz, nie utrzymam ich, nikt z wyższych rangą mi nie pomoże.

Wiesz pan, naród był miękki, honorowy, dwakroć na skargę nie chodził. Za spokojni my byli, za grzeczni. A trzeba było ich bić jak psów.

Czuchta: - Chodzili po wsiach agitatory, u nas był jeden polski, jeden ruski. Namawiali, żeby wyjeżdżać na Wschód, żyć będziem jak w niebie, za dziesięć hektarów dadzą sto. No i ludzie jechali, z dobrej woli, ale agitatory namawiali tak, że strach było odmówić. My, Łemki, naród chytry, myślelim, że z władzą damy se radę, podpiszemy się na wyjazd, władza zapomni, przeczekamy. Ale ruska władza inna: podpisałeś, jedziesz, choćby nie wiem co.

Kaszczak: - My nie jechali, bo dziaduś był cztery razy w Ameryce, czytał gazety, to i wiedział, jak w Rosji jest. Za to tatuś woził na stację w Zagórzanach takiego, co wyjazd podpisał. Odmyślił się w ostatniej minucie, bo jego kobiecie przyśnił się Jefron - proszalny dziad, po wsiach chodził, opowiadał przyszłość. Kobieta pomyślała, że na Ukrainie będą jak ten dziad.

Uprosili tatusia, żeby dniem wiózł dobytek na stację, a nocą wykradał do wsi. Nadszedł czas wywózki, szukali go, aleśmy go skryli.

Wieœ Banica - przed wysiedleniem mieszkało tu 270 osób

Czuchta: - Czasem ze wsi jechała delegacja, zobaczyć, jak tam jest w sowieckiej ziemi. Pokazywali najlepsze kołchozy, domy z elektrycznym światłem, a jak zajechali na stałe, nie było co jeść. Ciotkę ściągłem w pięćdziesiątym szóstym, na polskie papiery, bo się jej Związek Radosny odwidział.

Kaszczak: - To i ze Zdyni delegacja pojechała. Wrócili, miny nietęgie. I złożyło się, że akurat ktoś strzelił na śmierć polskiego agitatora.

Wrzucili agitatora do dołu, zasypali ziemią, jeszcze niedawno kwiaty mu składano, bo upowska ofiara, dopiero teraz mogiła porosła. Ale my myślelim: jaki to pogrzeb, bez trumny, bez księdza, w nieświęconej ziemi. Swoich tak chowają, jak nas będą? Człowiek nie bydlę, należy mu się pochówek, nawet komuniście, więc gdy zobaczylim, co z ciałem robią, nikt już nie chciał jechać.

Wywózka

Z odezwy władz do Ukraińców (rozklejana po wsiach w 1947 r.): "Cały Naród Polski, po straszliwych zniszczeniach wojennych, stanął do pracy nad odbudową kraju. Wszędzie panuje spokój. Dobrobyt wzrasta. Jedynie w południowo-wschodnich powiatach Rzeczypospolitej Polskiej grasują bandy UPA, odznaczające się szczególnym okrucieństwem. Bandyci UPA mordowali w tych okolicach bezbronną ludność, grabiąc jej dobytek, podpalając wsie i miasteczka. [...] Ostatnio poniósł śmierć z rąk bandytów UPA II wiceminister obrony narodowej, śp. generał Karol Świerczewski [...] Ludność ukraińska musi zrozumieć, że przesiedlenie jest skutkiem działania band UPA. Jest to zarządzenie dotkliwe, ale konieczne, które zapewni przesiedlonej ludności spokojne życie na nowych osadach przygotowanych przez Rząd, na innych terenach Rzeczypospolitej. Ci, którzy nie podporządkują się temu zarządzeniu i zostaną w okolicach objętych akcją przesiedleńczą, będą traktowani jako bandyci UPA. Wojsko polskie będzie ochraniać transporty wysiedlanej ludności przed grabieżą i zniszczeniem dobytku. Ludność ukraińska będzie otoczona opieką, zarówno w czasie transportu, jak i w nowym miejscu zamieszkania". Na Ziemie Zachodnie pojechały całe wsie: weterani Armii Czerwonej (obywatele polscy narodowości ukraińskiej lub białoruskiej nie byli mobilizowani przez armię generała Berlinga), przesiedleńcy do ZSRR, którym obietnice agitatorów nie zgodziły się z realiami życia, więc wrócili przez zieloną granicę, komuniści, nawet niektórzy Polacy, którzy żyli między Ukraińcami. W polskim Beskidzie zostało może kilkuset Łemków. Po słowackiej stronie nie ruszono nikogo.

Kaszczak: - Na kawalerkę chodzilim do Lipnej. A potem wiozłem lipniaków do Zagórzan, skąd ich na Ukrainę kierowali. Padało jak fiks, niebo nad niedolą płakało. W rzece szła taka woda, że cztery konie wóz ciągły, w strachu, że musiałem na kark wsiadać. Szli my przez nurt jak najprędzej, a i tak dobytek mokry. Jak Łemko wyjeżdża od siebie, nawet po własnej woli, jakiś smutek nadchodzi.

Czuchta: - W Lipnej były najlepsze majstry od kołowrotków do przędzenia wełny. W całej okolicy sprytniejszych nie znali, kołowrotki szły hen, na Słowację. Wieś siedziała w dolinie, mieli orzechy, sady, owoce, lepsze zboże. Nie ma tego dzisiaj, przepadło. I nie ma Lipnej.

Kaszczak: - Kiedyśmy zostali sami, tylko Gładyszów i Zdynia, starsi nie mieli nadziei, że wysiedlenie nas pominie. Widzieli my, jak to robią: wpisanie na listę, czas na pakowanie, zbiórka, pożegnanie, odjazd. Że będzie jeszcze gorzej, kto by myślał?

Wieœ Czarne - przed wysiedleniem mieszkało tu 300 rodzin

Czuchta: - Już my wiedzieli, co przed nami, bo oglądali wcześniej, jak drugich wywożą. Z moich została wujenka, co poszła za Polaka. I jeden milicjant. Wojsko zajechało pod obejście koło ósmej rano. Dali pół godziny na zebranie dobytku. Wyprowadzili my na drogę dwa wozy, ale zezwolili brać jednego konia. Żołnierze obiecali dać zaprzęg, ale nam mus zaraz odjeżdżać. Drugiego dnia przywieźli wóz na punkt zborny, połowy dobytku nie było.

W Zagórzanach bili, przesłuchiwali, choć my nie wiedzieli, co mówić. Nieboszczyk Gbur Piotr, co w obozie w Jaworznie umarł, zgłupiał od tego bicia bez reszty.

Wreszcie załadowali, dwie rodziny na jeden wagon. Mielim, prócz krów, koni, owiec, dwie kozy. Jedna się zadusiła, w takim ścisku jechalim.

Powieźli nas przez Oświęcim. Zatrzymali, niektórych wyładowali do Jaworzna. Ustawiali się na korytarzu, w szpalerze, znów bili. Bo my byli ukraińscy bandyci.

Zachód

Tamte wsie wyglądały inaczej niż beskidzka Zdynia. Domy murowane, wszędzie prąd, po oborach poidła, windy do podawania paszy, wodociągi. Tyle że przyjechali dwa lata po największym szabrze, maszyny stały bez silników, krany wyrwano ze ścian, okna bez szyb. Polscy osadnicy zza Buga też nie wiedzieli, jak skorzystać z poniemieckiego dobra. Wiedzieli za to, że po wsiach władza lokuje rezunów.

Czuchta: - Wieś nazywała się Witków, po niemiecku zdaje się Witkendorf. Obok stał zamek. Przyjechali my wprost na żniwa, kiedy już nic nie wyrośnie, zapasów na zimę robić nie ma z czego. Dali nas do chałupy bez okien, a następnego dnia - robić w pegeerze. Zimą jedli my owies, co dla koni był. Pierwszy rok paskudny, bo my dla zabużaków ukraińscy bandyci, tak ich ubowcy nastawili.

Aleksander Maślej: - Moją rodzinę wywieźli pod Wrocław; tam się urodziłem. Opowiadano mi, że kiedy Łemkowie wychodzili z wagonów, cała wieś, sami zabużacy, wyszła na drogę, z kosami, z widłami, ze szpadlami. Wcześniej UB zrobiło we wsi zebranie, powiedzeli: przywozimy wam hajdamaków, dobrze ich pilnujcie. Sołtys w krzyk: zrobią nam drugi Wołyń, wojsko strzelało na postrach, bo byłby pogrom. Ja sam dowiedziałem się, że jestem ukraińskim bandytą, gdy kolega w klasie walnął mnie kamieniem w głowę.

Po latach, gdy wszystko się uładziło, mama powiedziała najbliższej sąsiadce: tak baliśmy się was, że przez trzy lata z siekierami spaliśmy. A ona: a my was tak, że przez pięć.

Czuchta: - Krowy pasłem, furmaniłem, woziłem panów, co odwiedzali pegeer. Bieda w domu, na bryczce siedziałem głodny, na orenżadę mogłem se popatrzeć. A panowie do lasu zapolować, do restauracji.

Raz mało brakło, a bryczkę bym wywrócił. Skrzyczeli mnie bardzo, tylko jeden się odezwał: nie awanturujcie się, kupcie mu choć coś do picia. To i kupili.

Kaszczak: - Nas dali do pegeeru pod Strzelcami. Kierownik bardzo się na nas mścił, za co, nikt nie wiedział. Poszedł ojciec do dyrektora: zwolnijcie, bo nas pomorduje. A dyrektor: mści się, bo wy nie Polacy.

Przywieźlim z gór cztery krowy, dwie jałówki, szesnaście owiec, dwa konie. Zimą na konia dawali kilo śruty, latem trzy, bo zwierzę w polu robiło. Za miesięczną pracę sto kilo żyta. Zboża starczało, ale pieniędzy nie mielim, bo grosza żeśmy nie dostali.

Czuchta: - Po roku przyszło polecenie, że mamy wszystko sprzedać. Ostała się ino krowa, łemkowska, czerwona. Ale we Witkowie trawa nie taka jak w Zdyni, to i mleko dawała inne, nie do picia. Znów po roku nadzielili 120 hektarów na sześć łemkowskich rodzin, dwóch gospodarzy na jedną stajnię. A po dwóch latach na powrót oddawać do spółdzielni. Poszli my do powiatu z petycją: zrobimy spółdzielnię, ale naszą, z wysiedlonych. Powiat się nie zgodził, ziemię zabrali, a gdy my pytali, z czego żyć, mówili: ziemi se poszukajcie.

Ciekawski byłem od maleńkości, na wiejskie zebrania chodziłem. Raz rzuciłem w prelegenta gruszką, dla draki, rozplaskała mu się o czoło, od tego czasu na zebrania od osiemnastki wpuszczali. A byłem i na takim, gdy kazali chłopom iść do spółdzielni. Wstał jeden, Leon miał na nazwisko, mówi: jak wszystko od dziś wspólne, to i baby razem będą używać. Ludzie w śmiech.

Nocą przyszli do Leona aktywiści z powiatu z czerwonymi szturmówkami, dziesięć minut i won, kazali się z gospodarki wynosić. Miał buraki, siano, zboże już zebrał, a tu mus jechać do Szpotawy. To my mu po trochu dobytek dowieźli. Dobrze z nim żylim. Cierpiał jak i my.

Maślej: - Gdy byłem dzieckiem, kilka razy zatrzymywali mnie Polacy z innych wsi, zabużacy, znali ukraiński. Oni do mnie po ukraińsku, żeby sprawdzić, kim jestem, ja po łemkowsku. Głupieli, bo nasza gwara inna niż ukraiński, więc pytali: skąd ty, synku, przyjechałeś. Ja na to, że rodzi- ce z Krakowskiego. Nic nie rozumieli.

Kaszczak: - W czterdziestym ósmym wzięli mię do wojska na sapera. Wyjmowałem miny z Gierłoży, gdzie we wojnę Hitler siedział. Panie, ilu tam moich kolegów leży! Porwało nawet kaprala Gałązkę i naszego porucznika.

W wojsku źle popadłem, ale przynajmniej nie besztali, bo jak saper idzie na pole minowe, nikt mu przeszkadzać nie może.

Czuchta: - Przyszło mi powołanie do wojska, na Śląsk, to miałem pewność, że do kopalni, jak wszyscy z akcji "Wisła". Ale udzielałem się w sporcie, pewnie dlatego dali mnie na wojskową szkołę. Wszystkim mówiłem, żem narodowości polskiej, ale oni: a czy ty dasz se na przysiędze radę z polskiego. Poczułem, że coś nie gra.

Wieœ Długie - przed wysiedleniem mieszkało tu 198 rodzin

Już byłem w wojsku z dziesięć miesięcy, wziął mnie sierżant na stronę, i pyta, kto jestem. Ja: a czy to ważne. On wyciąga dokument, a tam czerwonym napisane: Czuchta Piotr, Ukrainiec. Od tego momentu przyszła mi pełna świadomość, że będą znać, żem nie Polak, a Łemko.

Maślej: - Mieliśmy sąsiada, mówił tylko po polsku, szukał polskiego towarzystwa. Nic nie pomogło, poszedł do karnej kompanii. Wraca na przepustkę, krzyczy do mojej matki po łemkowsku: Sława Chrystusowi. Matka pyta: co cię tak nawróciło? On: w dupę mi dali, choć mówiłem, że jestem Polakiem. Przekonały mnie, skurwysyny, na całe życie, że mogę być tylko Łemkiem.

Czuchta: - Ale na koniec tak się porobiło, że kiedy mieli my święta, zabużaki przychodzili pod okna, kolędy nasze śpiewali. To my na następne święta do nich. Z osiem lat trwało, aż do takiej zgody żeśmy doszli.

Sąsiedzi

U Stefana Kaszczaka przy ulach. Otumanione deszczem pszczoły gubią drogę ku pasiece, wpadają do baraku, a wtedy Kaszczak bierze po jednej w poskręcane paluchy, i, choć kulawy, drepce ku oknu, otwiera, by pszczółka do ula leciała. Podłoga lepka od miodu, na ścianach święte obrazy, kalendarz "Przyjaciółki", pod ścianami kilka pustych flaszek po słowackiej wódce, ramki na miód, malowana olejno komoda, w skrzyni książki po polsku i po ukraińsku, o historii, którą Kaszczak oglądał na własne oczy. Książki mu na to, żeby wiedzieć, co na świecie. Gdy ustaje w pracy, to sobie siada i czyta.

Czuchta: - Przyjechałem tu w pięćdziesiątym siódmym, bez specjalnej przepustki, bo na urlopie z wojska byłem, mogłem jechać wszędzie. Popatrzyłem na nasze góry i wiedziałem, że tu mi żyć, nie gdzie indziej.

Kaszczak: - Z rodziny żony jeden załatwił papiery na powrót. Poszłem do niego: wzięlibyście i drugi wagon na mnie, pojadę nielegalnie. Sam za wszystko płaciłem, dobytek spakowałem, kobietę, Pietrka, co miał z półtora roku. Koło Oświęcimia zatrzymali nas sokiści. Mówią: - Z babą, z dzieciakiem w bydlęcym wagonie nie można. Wysiadać! A przecież jeden wagon na rodzinę - luksus. Jak my na Zachód jechali, gnojówka była po brzuchy, bydło z głodu ryczało, koniec świata. Tak żem sobie pomyślał, ale sokistom mówię: panowie, bądźcie ludźmi. Kobietę i Pietrka za flaszkę wykupiłem.

W Gorlicach byliśmy o czwartej godzinie, siódmego lipca, na naszego Jana. Czas rozładowywać, ale nie wolno. Sprawdzają papiery i do nas: a te co za ludzie. Powiedziałem, że pomagam legalnym. Puścili.

Z Gorlic do Zdyni szli my pieszo. Z naszych domów nie został ani patyczek, a pola, co sięgały tam pod wierzchołki, już nie moje.

Ech, ilem ja mieszkał bez meldunku, w strachu, że złapią. Nareszcie poszedł do starego Siokały, adwokata w Gorlicach. Doradził mi iść do pani w wydziale rolnictwa. Przyszykowałem się, parę groszy w kieszeń, kurka pod pachą. Wszystko wzięła, dokument na powrót załatwiła.

Piotr Czuchta - Przyjechałem tu w 1957. Popatrzyłem na nasze góry i wiedziałem, że tu mi życ, nie gdzie indziej

Czuchta: - Jeszcze na wojskowej przepustce poszłem do powiatu, w celi pod gorlickim sądem wypili my z urzędnikami litr wódki. Dostałem papier, że zgadzają się na powrót. Wyszłem z wojska, darmo zdałem na skarb państwa tamtą gospodarkę. Tu dali trochę ziemi, nie tej, co mieli my wcześniej. Ściągłem mamusię, brata. Ciężko było, wokół obcy, dziwnie się przypatrywali, ale na swoim nie idzie narzekać. W starym domu była spółdzielnia, już zamknięta, bo osadniki wyjechali. Musiałem dać łapówkę, żeby u siebie zamieszkać.

Wiesz pan, zanim dali zgodę, to na wysiedleniu wszystko badali. Pern, nieboszczyk, opowiadał, że jak prosił o powrót, to mu rzekli: masz na Zachodzie zatarg z milicją. A to nic nie było, wracał z kawalerki, patrzy, koło domu chodzi jakiś człowiek. Złodziej - myśli - to mu mordę obił, zanim poznał, że to ubek. Cała sprawa przyszła za nim aż tutaj.

Kaszczak: - Dali dziesięć hektarów bez budynku, sam nieużytek, sosna samosiejka, przez lata my karczowali. Nareszcie trzeba się budować, dali działkę pod chałupę. Ale sąsiad, góral, nie chciał nic ustąpić, kosił na moim trawę, puszczał bydło. Poszłem do Gorlic, upomnieć się. To mi w urzędzie powiedzieli: cicho Kaszczak, nic nie mówcie, już i tak wszystkie gadają, że Rusinom ziemię rozdajemy.

Zabiłem w mojej działce kołeczki, żeby widać było, co czyje. Góral kołeczki wyjął. To kupiłem za tysiąc złotych i flaszkę cztery ściany zwalonej chałupy, zwiozłem na swoje, już mi drzewa nie rozrzuci, za ciężkie.

Nareszcie buduję. A tu przychodzi milicja i mówi, że najęte murarze do podmurówki nie mają pozwolenia robić w strefie nadgranicznej. Ja: dachu nie mam nad głową. Komendant: ty gówniarzu, masz 500 złotych mandatu.

Wreszcie chałupa stoi, może bardziej obora i chlew niż prawdziwy dom: kuchnia na dwa łóżka, za ścianą bydło. Z obrzynków zrobiłem płot, wyciąłem dębowy kijaszek, w łozach calutką noc siedziałem. Tylko słonko wstało, a sąsiadowe dzieci bydło mi na podwórze gonią, przed progiem mojego domu ich krowy srają. Tom wygonił na drogę, tam się paście. Następnego dnia już krów nie puścili. Zostałem się gospodarzem na swoim.

Ale wciąż się gniewamy. Donosy piszą, że na milicję i wojsko mówię bandyci, że chałupę zamiaruję im spalić. Poszła sprawa do sądu, sąd oddalił, bom się nie przyznał, co o wojsku i milicji myślę, choć to bandyci byli bez dwóch zdań. Nareszcie na Józefa idę ze sklepu. Sąsiad Józef, jego kumoter Józef. Wychodzi na drogę, za rękę łapie, ale spokojnie, nie jak do bicia. Mówi: obok siebie mieszkamy, czas nam na zgodę. Przepiliśmy, jego kobieta szczęśliwa. Na drugi dzień sąsiedzie dzieciaki mówią mi "dzień dobry".

Alem długo nie cieszył się zgodą, bo koń sąsiadowi haclem dziurę w środku głowy wywalił. Wdowa na pogrzeb moim zaprzęgiem jechała. Ino potem jego dzieciaki, zmówione z innymi, kamieniami mi w drzwi rzucały. Wziąłem kija, pomyślałem: te bez ojca niech se rzucają, dość mają nieszczęścia. A te drugie muszą mieć wychowanie. Nie trzeba było nic bić, rodzice im wychowania dali. Już z góralami prawieśmy dobrze żyli.

Czuchta: - W Zdyni bicia żadnego ze mną nie było. Jak chodzili my na kawalerkę do Gładyszowa, to każdy gotów, bo tam lubili w mordę dać. Nawet jak osadnicy wyjechali, w Gładyszowie nic się nie zmieniło.

Kaszczak: - Marysia już była na świecie, żona mówi, bym w sklepie bułeczek kupił. A tam stoją, chłopy jak lwy, dwóch górali i Smyjów Pietrek, nasz, co na wysiedlenie nie poszedł; akurat jutro chować go będziemy. Stawiać im nie będę, bo mam tylko pięć złotych. Daje mi Smyj szklankę, a góral Masztalski mówi: no, ruski chuju, napij się z nami. Jakoś tak polali, że szklanka wypadła, więc złapali mnie i w mordę. Uchyliłem się, chyciłem kamienia, przez łeb, krew poszła. I chodu do zburzonej leśniczówki, motykę w garść, jak który wejdzie, walnę. Gdybym nie uciekł, zabiliby.

Następnego dnia pomyślałem, że tylko co osiadłem w Zdyni, przyjdzie mi do więzienia, bo Polakowi, choć ten Smyj Rusin, a nie Polak, łeb rozbiłem. Wziąłem tysiąc złotych, poszłem do Masztalskiego. A jego kobieta mówi, że pijany jak świnia leży w ogrodzie.

Nareszcie wstaje, mówi, żem Smyjowi głowę rozbił. Ja: jakeście mnie wzięli, sam się potknął, o schody głową walnął. Macie tu, Masztalski, tysiąc, nie wadźmy się.

Wiesz pan, myślałem, że tu nie przeżyję. Jeden jedniutki, najbliżsi sąsiedzi osadniki, pewnie ze dwudziestu. I co? Pegeerowi ziemię sprzedali, wyjechali. Znów żyjemy w łemkowskiej wsi.

Wiara

Zmieniali wiarę na przełomie lat 20. i 30. Często dlatego, że przyszli do nich prawosławni księża; wielu historyków uważa, że za Austro-Węgier Moskwa agitowała Łemków przeciw Wiedniowi, a najłatwiej było agitować religią.

Wiedeń, a potem Warszawa, Łemków nie pieściły, zaś miejscowa inteligencja łatwo wyszukała, że w mowie tutejszych górali słychać nutę starocerkiewnego z czasów, gdy Ruś Kijowska była potęgą. Tak Ruś i Moskwa stały się bliższe niż II Rzeczpospolita. Ale bywało jak w Bartnym, gdzie grekokatolicki ksiądz komuś odmówił chrztu, komuś pochówku. Obrażona wieś zdecydowała, że bliżej jej do moskiewskiej cerkwi.

Przed wojną porzuciło grekokatolicką wiarę 20 - 30 proc. mieszkańców Łemkowszczyzny.

Czuchta: - Do wojny, we wojnę, a i na Zachodzie my przy naszej wierze wytrwali.

Kaszczak: - Na wysiedleniu nie było łatwo, bo słali popów z cerkwi, im wolno było odprawiać, a nasza wiara zakazana.

Czuchta: - Po wysiedleniu pisalim do Warszawy, żeby do Zdyni dali księdza, nic nie skutkowało. W sześćdziesiątym szóstym, na Wielkanoc, zajechał tu ksiądz mitrat Hrynyk. Grób Jezusowy założył, jedzie dalej, a pod sklepem go aresztowali, Polacy zadowoleni, wołali: nie będzie wam diabeł Paschy święcił, wynoście się. Na piąty dzień po aresztowaniu zwołali my zebranie i posłali po popa. Milicja otoczyła cerkiew, nic więcej nie robili. Tak żeśmy poszli na prawosławie, za radą mitrata Hrynyka, bo gdy go brali, mówił: chcecie mowę i obrządek zachować, ślijcie po popa. Łacińscy księża zawsze gadali: bądźcie se tymi Łemkami, ale rzymskimi.

Cerkiew nam okradli dwa razy, nie złapalim nikogo, ale powiem, że łacinnicy, bo świątynia wspólna, tylko my i oni klucze mieli, a z ich ołtarzy nie ginęło. Szło ku awanturze, już nie o naszą ziemię, nie o lasy, ale o miejsce święte. Aż, całkiem niedawno, uładziło się. Razem z łacinnikami zmieniamy gont, robimy remonty, pół na pół, nikt nie jest stratny. Na przemian odprawiamy, nie ma pewnie w Polsce drugiego takiego kościoła.

Maślej: - W osiemdziesiątym dziewiątym coś ich naszło, nawet Piotra Czuchtę, by znów zmieniać wiarę. Mówiłem im, choć jestem grekokatolikiem: chłopy, powariowaliście, po co wam kłótnie, zmieńcie wiarę dopiero wtedy, jak cała wieś się zgodzi. Dość mieliśmy awantur, gdy przed wojną wioski szły na prawosławie, dość napięć, gdy grekokatolicy zmieniali wiarę, żeby ratować cerkwie. Piotr chodził od domu do domu, notował głosy. Zrobili referendum w sprawie wyznania.

Czuchta: - Niektóre przywykły do prawosławia. Inne w prawosławnej wierze rodzone. Chciałem do grekokatolickiej cerkwi wrócić, bo to nasza wiara pradawna, jak ziemia i lasy. Ale inne ludzie, całkiem niedużo, nie chciały.

Kaszczak: - Grzechu żadnego u nas nie ma, bo Pan Bóg widzi, że my prawosławne nie dla korzyści, ale względem zgody.

Delegacja

U Piotra Czuchty pod drzewem, za drewnianym stołem, twarzą do drogi. Zrywa się wiatr, idziemy do chałupy, murowanej, z talerzem anteny satelitarnej. Czasem ktoś zachodzi, pozdrawia Czuchtę z szacunkiem. 25 lat był w Zdyni sołtysem, póki - tak opowiadają - żona nie zmontowała antysołtysiej koalicji; radził, rozsądzał, godził zwaśnionych, a to bez butelki się nie obędzie. Mówią językiem, który rozumiem bez kłopotów, choć to nie mój język, ale bliski, jak chyba żaden inny. Gdy Czuchta się zapomni, mówi do mnie jak do swoich.

Maślej: - Łemkowie tak kochają lasy, że - da pan wiarę? - zapisywali się do partii, żeby tak odzyskać swoje. Do tej partii, która jest winna wszystkich łemkowskich nieszczęść.

Czuchta: - Napisali my list jako zdyński Front Jedności Narodu, nie czekali nawet na odpowiedź, i jazda do KC. W KC nie chcą przyjąć, to zagrozilim, że zrobimy konferencję na ulicy, dziennikarzy sprosimy. To wysłali nas do premiera Jaroszewicza.

Siedli my u niego w konferencyjnej, na stole mikrofony, przyjął nas premierowy sekretarz. Zawołał kobietę, która załatwiła lasy dla Bartnego. Obiecała, że i nam załatwi.

Kaszczak: - Wnet po naszej delegacji miała do Zdyni zjechać komisja. Ale wysłali pismo, że czasu nie mają, to my znów do Warszawy. Weszlim do tego samego pałacu, do kobiety, która obiecała. Ona w płacz: puknijcie się chłopy, nic nie zrobię, za te wasze lasy zwolnić mnie chcą.

Czuchta: - Już stał fundament nowego domu, mamusia, 80 lat miała, kamienie czyści, jak zajechali: przewodniczący rady, sekretarz. Mówią: tobie się, Czuchta, państwa ukraińskiego zachciewa, do Warszawy po lasy jeździsz. Tom ich opierdolił. Patrzcie, mówię, jakbym miał las, toby chałupa stała, 25 tysięcy cegły mi potrzeba. Oni: są ważniejsze budowy niż twoja, cegły już dawno rozplanowane. Ja: pierdolić taki plan, co ludziom domów stawiać nie daje. Won mi z obejścia.

Następnego dnia wołają do gminy, dają przydział na cegły, na cement, żelazo. Wszystko, kurwesyny, załatwili, od jednego krzyku.

Wieœ Czarne. Ruiny kaplicy na cmentarzu


Odkrycie

Pierwszą Watrę zaplanowali na rok 1983. Aleksander Maślej chodził po urzędnikach, a tu wszędzie odmowy. Wojewoda nowosądecki, komunista, ale ludzki człowiek, poradził: panie Maślej, znajdźcie sobie taką datę, żeby władza nie mogła odmówić. Wybrali 22 lipca. I tak już zostało.

Maślej: - Wśród moich bliskich jest facet żonaty z Polką. I ta Polka, choć dobra dziewczyna, wstydzi się, żeby ktoś nie wypomniał, że związała się z obcym, nie chce być posądzona, że z niej Ukrainka. Mówią mi, bym się nie wychylał, nie podkreślał, że jestem Łemkiem, boją się, że to pójdzie na ich rachunek. Tak było i przed wojną, dziadek to czuł, więc kiedy jego siostra szła za Polaka, powiedział: ona umarła, nie wymawiajcie w domu jej imienia.

Przez większość życia nie wiedziałem, że mam ciotkę. Dopiero niedługo przed śmiercią dziadek powiedział mi, że mieszka w Gorlicach.

W osiemdziesiątym dziewiątym ciocia kazała swoim dzieciom zdjąć tablicę z grobu wujka, którą władza położyła w czterdziestym siódmym. - Jak to? - spytały, a wtedy powiedziała, że wujka zabili nie Ukraińcy, tylko polski ubek. Gdy po morderstwie zabrano ją na konfrontację z podejrzanymi, śledczy zapytał, czy kogoś poznaje. Ciocia poznała, ale - śledczego, i śledczy o tym wie-dział.

- Dlaczego nie powiedziałaś, że ojca zabili ubecy? - spytali moi kuzyni. - Bo - odpowiedziała - przysięgłam pamięci waszego ojca, że za każdą cenę was zachowam.

A kiedy długo przypatrywałem się zdjęciu złapanych upowców, poznałem, że jeden z nich to Ł., góral, osadnik. Spytałem go, dlaczego zgodził się pozować.

- Ze strachu - powiedział - ubecy kazali.

Kiedyśmy zgadali się o akcji "Wisła", opowiadał, że z Podhala brali na osadników takich jak on biedniaków. Ubecy mówili: ty weźmiesz to gospodarstwo, ty tamto, nie chcesz, powiozą cię za Ukraińcami.

Kaszczak: - Gdyby my wiedzieli o góralach, inaczej by było między nami.

Czuchta: - Gdyby one wiedzieli o nas...

Sądy

U Stefana Kaszczaka w chałupie, pod zegarem, "co wysiedlenie z nami przeszedł".W tekturowej, starej walizce papiery: metryka, świadectwo ślubu, karta wysiedlenia nr 17882, a w rubrykach, ile wieźli krów, ile koni, ile owiec. Na odwrocie ani jednego stempla; znak, że Kaszczakowie nie korzystali z państwowej pomocy podczas drogi na Zachód. Tym, którzy brali kilka złotych pożyczki, wbijano stosowne stemple. Gdy Kaszczak ogląda kartę, mówi: - Trzeba nie mieć Boga w sercu, by ludzi tak gnać.

Maślej: - W sprawie zwrotu lasów było kilka procesów, w tym przed Naczelnym Sądem Administracyjnym, wszystkie wygrane. Mamy trzy, niezależne od siebie, lecz korzystne dla nas, ekspertyzy największych specjalistów. Decyzje o upaństwowieniu lasów są bezprawne.

Nasze lasy są w zarządzie skarbu państwa. Nagle zaczęto o nie dbać, choć nawet ja umiałbym lepiej, bo uczył mnie ojciec, jak w każdej łemkowskiej rodzinie. Nie wiedzieć czemu łemkowskie lasy stały się bardzo potrzebne, dużo warte, choć ostatnie rusinki dawno wycięte. Tak samo, jak nasze cmentarze, które sprzedają na pastwiska.

Całe łemkowskie mienie to 0,2 proc. polskiej reprywatyzacji. Ale wielu nie weźmie. Niektórzy spolonizowali się, mieszkają w miastach. Inni, spadkobiercy dawnych właścicieli, nie upomną się o swoje, bo do kilku hektarów będzie ich kilkunastu, nie ma jak podzielić. Z tego 0,2 proc. w rzeczywistości zostanie jeszcze mniej. Dla państwa to żaden koszt.

Już po procesach rozmawiałem z państwowym urzędnikiem, może nie najważniejszym, ale takim, który mógł zwrócić nam lasy. W końcu powiedział: - Damy wam, ale na Zachodzie. A przecież myśmy uciekali stamtąd, to było miejsce naszego zesłania. Dlatego na ostatniej Watrze powiedziałem, że akcja "Wisła" trwa.

Czuchta: - Na Zachodzie też były lasy. Musiały być, bo wieś bez lasów nie wygląda. Ale jakie, nie pamiętam.

Kaszczak: - Jeśli muszą coś z zachodnim lasem zrobić, niech dają zabużakom, też we wojnę wytracili wszystko. U nas każde drzewko znajome, każde ma imię, bo drzewo jak człowiek. Ja chcę moje, tam pod wierchami, gdzie niebo się chowa.

Paweł Smoleński
18-10-2000 12:26

 


Linia

Linia


Linia