Co wydrukowano: (7/26/2002)
Łemkowyna - nie mój kraj


Władysław Maksymowicz, Łemko spod Waszyngtonu, w poszukiwaniu swoich korzeni


Mimo że urodził się na wygnaniu, w Lubinie koło Legnicy na Dolnym Śląsku, Łemkiem czuł się od zawsze. Nic dziwnego: jego matka pochodziła z Hyrowej, ojciec zaś z Wołtuszowej. Od małego wpajali mu, że jest Łemkiem. Teraz, od dłuższego już czasu, Łemko spod Waszyngtonu, próbuje odtworzyć swe drzewo genealogiczne.

- W wieku siedmiu lat zacząłem nagle mówić po łemkowsku; rodzice podejrzewali, że nauczyłem się tego podsłuchując ich rozmowy, bo w mojej rodzinie, zawsze mówiło się w tym języku - opowiada Walter Maksimovich (ochrzszczony w Polsce jako Władysław Maksymowicz), który po latach powrócił do Polski - na trzy tygodnie, by szukać korzeni swojej rodziny.

Splątane, łemkowskie losy

Przebija się przez splątane losy przodków - urodzonych na Podkarpaciu. W Archiwum Głównym w Przemyślu udało mu się dotrzeć do końca XVIII wieku. W całej genealogii brakowało mu tylko imię ojca jego dziadka po mamie, Teodora Hranycznego.

- Za pomocą Internetu, w archiwalnych wykazach imigrantów na http://ellisislandrecords.org/, udało mi się odnaleźć informacje, że dziadek dwukrotnie odwiedził Stany Zjednoczone: w 1899 r. i nieco później, w 1913 r. - opowiada.

Za drugim razem wyjechał już jako człowiek żonaty - w Hyrowej pozostała jego połowica. To właśnie z tego związku urodziła się matka Władka, Maria Hranyczna. W tej podróży towarzyszyli mu również Łemkowie z Hyrowej (przez amerykańskich urzędników określani mianem "Ruthenian") - Paraska Pysznyk i Matij Posypanko.

Z kolei ojciec amerykańskiego Łemka, Jan Maksymowycz, pochodził z niedalekiej Wołtuszowej. Ale przyszłą żonę poznał dopiero tam - na ziemiach zachodnich - po akcji "Wisła". Stało się to przypadkowo - podczas festynu, na którym bawili się Łemkowie. W kilka miesięcy później byli już parą, a Walter (ochrzczony jako Władysław) urodził się we wrześniu 1949 r.

- Ojciec cudem uniknął wysiedlenia - snuje swą opowieść Maksimovich. - Podczas wojny pracował w Austrii, u "bauera" jako robotnik przymusowy, zastępował go na gospodarstwie, kiedy ten poszedł na front. Wrócił do Polski w 1947 r. Kiedy dotarł na południe, najprawdopodobniej w Rymanowie, Polacy ostrzegli go przed dalszą wędrówka na Lemkowynę. "Nie idź tam, tam już nic nie ma "[na prawde to powiedzieli „Nie idź tam, bo żywym nie wyjdziesz” - przestrzegali. "Cztery wsie: Wołtuszowa oraz sąsiednie Wólka, Bałucianka i Deszno są już opuszczone". Tam też dowiedział się, że jego kamrat, Michał Kuchta z Królika Wołoskiego, osiadł w okolicach Lubinia. Do niego pojechał...

Bardziej burzliwe przygody przeżyła Maria Hranyczna. W czasie bitwie dukielskiej, w jesieni 1944 r., jako 13-letnia dziewczyna, wyjechała pierwszym transportem z Dukli wraz z wujostwem - "dobrowolnie" – aż za Dniepropietrowsk na Ukrainę. Rok pózniej uciekli stamtąd spowrotę do Hyrowej. Nie udało się jednak wrócić do Hyrowej - kiedy była na służbie w Jedliczu, rodzinę wuja deportowano z powrotem, za wschodnią granicę]. Wracali ukradkiem z rodziną Oraz i Pysznyk. Anna Pysznyk w Hyrowej donosła policji ze jej siostra wróciła spowrotę z Ukrainy i ich odprowadzili spowrotę do granicy. Mama, jako 15-letnia dziewczyna poszla na służbę do polaka Klatki we wsi Borek za Krosnem.

- Któregoś dnia w 1947 r. do nas [usuń - Jedlicza] przyjechał na rowerze policjant. Powiedział: w Dukli, w transporcie na zachód jest twój brat Jan Hranyczny. Chce, żebyś jechała z nim - opowiada dalej Łemko. - W ten sposób znalazła się w Lubinie i tam spotkała przyszłego męża.

Żal za Łemkowszczyzną

Walter nie zaznał smaku Łemkowszczyzny. W 1964 r. z rodzicami - na "Batorym" - wyemigrowali za wielką wodę. Do kraju przyjechał ponownie pierwszy raz w 1968 r., tuż przed studiami. Kontaktu ze swymi braćmi, żyjącymi na dalekiej Ukrainie, nie zerwał również Jan Maksymowycz. Często jeździł w odwiedziny. I tam już pozostał w 1995 roku...

- Zawsze powtarzałem mu: odwiedzaj rodzinę, dopóki starczy ci sił i zdrowia. Jego życzeniem było, by pochować go tam koło swojich braci i sióstr w Teofipilce koło Kozowy, gdyby tam zmarł - mówi Walter. - Mamusia odeszła tuż po 50. rocznicy akcji "Wisła". Pochowałem ją w stanie New Jersey w lipcu 1998 roku.

Okazją do wędrówek po Łemkowszczyźnie była trzytygodniowa wizyta na dwóch imprezach: "Od Rusal do Jana" w Zyndranowej i "Łemkowskiej Watrze" w Żdyni. - Tak naprawdę Łemkowyna nie jest moim krajem. Przecież nie urodziłem się tam. Może i dobrze, bo rodzice powtarzali, że bieda, i że cierpienia. Ale kiedy widzę zniszczony przez ludzi i zwierzęta cmentarz w Hyrowej, zniszczone nagrobki moich przodków, to żal się robi - łzy w oczach dorosłego mężczyzny potwierdzają, że wizyta w zapomnianej ojczyźnie to dla gościa z Waszyngtonu ogromne przeżycie.

Od kilku lat Walter Maksimovich prowadzi internetową stronę o tematyce łemkowskiej (www.lemko.org). To m.in. dzięki niej Łemkowie żyjący w diasporze mogą utrzymywać ze sobą kontakty.

- Udało się na przykład po 58 latach od aresztu, osobie przeżywającej od 1950 roku w Cleveland w Stanach Zjednoczonych, odnaleźć członków jego rodziny, mieszkających niedaleko miasteczka Amvrosiiwka za Doneckiem na Ukrainie. Czy się spotkali, nie wiem. Córki jego miały lecieć do nich z Ameryki 11 września ubiegłego roku, wieczorem... - mówi Maksimovich.

Niedługo powróci do Stanów Zjednoczonych. Zadowolony - udało się uzupełnić drzewo genealogiczne. Dzięki dokumentom przechowywanym w Urzędzie Stanu Cywilnego w Dukli dość gruntownie zbadał brakującą linię przodków. Czy powróci na Łemkowszczyznę? Pokaże czas. Chciałby - choćby za dwa lata...

PIOTR SUBIK
E-mail: piotrsubik@poczta.onet.pl



Jak ja to sobie wyobrażałem:

Łemkowyna - nie mój kraj


Władysław Maksymowicz, Łemko spod Waszyngtonu, w poszukiwaniu swoich korzeni


Mimo że urodził się na wygnaniu, w Lubinie koło Legnicy na Dolnym Śląsku, Łemkiem czuł się od zawsze. Nic dziwnego: jego matka pochodziła z Hyrowej, ojciec zaś z Wołtuszowej. Od małego wpajali mu, że jest Łemkiem. Teraz, od dłuższego już czasu, Łemko spod Waszyngtonu, próbuje odtworzyć swe drzewo genealogiczne.

- W wieku siedmiu lat zacząłem nagle mówić po łemkowsku; rodzice podejrzewali, że nauczyłem się tego podsłuchując ich rozmowy, bo w mojej rodzinie, zawsze mówiło się w tym języku - opowiada Walter Maksimovich (ochrzszczony w Polsce jako Władysław Maksymowicz), który po latach powrócił do Polski - na trzy tygodnie, by szukać korzeni swojej rodziny.

Splątane, łemkowskie losy

Przebija się przez splątane losy przodków - urodzonych na Podkarpaciu. W Archiwum Głównym w Przemyślu udało mu się dotrzeć do końca XVIII wieku. W całej genealogii brakowało mu tylko imię ojca jego dziadka po mamie, Teodora Hranycznego.

- Za pomocą Internetu, w archiwalnych wykazach imigrantów na http://ellisislandrecords.org/, udało mi się odnaleźć informacje, że dziadek dwukrotnie odwiedził Stany Zjednoczone: w 1899 r. i nieco później, w 1913 r. - opowiada.

Za drugim razem wyjechał już jako człowiek żonaty - w Hyrowej pozostała jego żona. To właśnie z tego związku urodziła się matka Władka, Maria Hranyczna. W tej podróży towarzyszyli mu również Łemkowie z Hyrowej (przez amerykańskich urzędników określani mianem "Ruthenian") - Paraska Pysznyk i Matij Posypanko.

Z kolei ojciec amerykańskiego Łemka, Jan Maksymowycz, pochodził z niedalekiej Wołtuszowej. Ale przyszłą żonę poznał dopiero tam - na ziemiach zachodnich - po akcji "Wisła". Stało się to przypadkowo - podczas festynu, na którym bawili się Łemkowie. W kilka miesięcy później byli już parą, a Walter (ochrzczony jako Władysław) urodził się we wrześniu 1949 r.

- Ojciec cudem uniknął wysiedlenia - snuje swą opowieść Maksimovich. - Podczas wojny pracował w Austrii, u "bauera" jako robotnik przymusowy, zastępował go na gospodarstwie, kiedy ten poszedł na front. Wrócił do Polski w 1947 r. Kiedy dotarł na południe, najprawdopodobniej w Rymanowie, Polacy ostrzegli go przed dalszą wędrówka na Lemkowynę. "Nie idź tam, tam już nic nie ma " - przestrzegali. [na prawde to powiedzieli „Nie idź tam, bo żywym nie wyjdziesz"]. Cztery wsie: Wołtuszowa oraz sąsiednie Wólka, Bałucianka i Deszno są już opuszczone". Tam też dowiedział się, że jego kamrat, Michał Kuchta z Królika Wołoskiego, osiadł w okolicach Lubinia. Do niego pojechał...

Bardziej burzliwe przygody przeżyła Maria Hranyczna. W czasie bitwie dukielskiej, w jesieni 1944 r., jako 13-letnia dziewczyna, wyjechała pierwszym transportem z Dukli wraz z wujostwem - "dobrowolnie" – aż za Dniepropietrowsk na Ukrainę. Rok pózniej uciekli stamtąd spowrotę do Hyrowej. Wracali ukradkiem z rodziną Oraz i Pysznyk. Anna Pysznyk w Hyrowej donosła policji ze jej siostra wróciła spowrotę z Ukrainy i ich odprowadzili spowrotę do granicy. Mama, jako 15-letnia dziewczyna poszla na służbę do polaka Klatki we wsi Borek kolo Jedlicza.

- Któregoś dnia w 1947 r. do nas przyjechał na rowerze policjant. Powiedział: w Dukli, w transporcie na zachód jest twój brat Jan Hranyczny. Chce, żebyś jechała z nim - opowiada dalej Łemko. - W ten sposób znalazła się w Lubinie i tam spotkała przyszłego męża.

Żal za Łemkowszczyzną

Walter nie zaznał smaku Łemkowszczyzny. W 1964 r. z rodzicami - na "Batorym" - wyemigrowali za wielką wodę. Do kraju przyjechał ponownie pierwszy raz w 1968 r., tuż przed studiami. Kontaktu ze swymi braćmi, żyjącymi na dalekiej Ukrainie, nie zerwał również Jan Maksymowycz. Często jeździł w odwiedziny. I tam już pozostał w 1995 roku...

- Zawsze powtarzałem mu: odwiedzaj rodzinę, dopóki starczy ci sił i zdrowia. Jego życzeniem było, by pochować go tam koło swojich braci i sióstr w Teofipilce koło Kozowy, gdyby tam zmarł - mówi Walter. - Mamusia odeszła tuż po 50. rocznicy akcji "Wisła". Pochowałem ją w stanie New Jersey w lipcu 1998 roku.

Okazją do wędrówek po Łemkowszczyźnie była trzytygodniowa wizyta na dwóch imprezach: "Od Rusal do Jana" w Zyndranowej i "Łemkowskiej Watrze" w Żdyni. - Tak naprawdę Łemkowyna nie jest moim krajem. Przecież nie urodziłem się tam. Może i dobrze, bo rodzice powtarzali, że bieda, i że cierpienia. Ale kiedy widzę zniszczony przez ludzi i zwierzęta cmentarz w Hyrowej, zniszczone nagrobki moich przodków, to żal się robi - łzy w oczach dorosłego mężczyzny potwierdzają, że wizyta w zapomnianej ojczyźnie to dla gościa z Waszyngtonu ogromne przeżycie.

Od kilku lat Walter Maksimovich prowadzi internetową stronę o tematyce łemkowskiej (www.lemko.org). To m.in. dzięki niej Łemkowie żyjący w diasporze mogą utrzymywać ze sobą kontakty.

- Udało się na przykład po 58 latach od aresztu, osobie przeżywającej od 1950 roku w Cleveland w Stanach Zjednoczonych, odnaleźć członków jego rodziny, mieszkających niedaleko miasteczka Amvrosiiwka za Doneckiem na Ukrainie. Czy się spotkali, nie wiem. Córki jego miały lecieć do nich z Ameryki 11 września ubiegłego roku, wieczorem... - mówi Maksimovich.

Niedługo powróci do Stanów Zjednoczonych. Zadowolony - udało się uzupełnić drzewo genealogiczne. Dzięki dokumentom przechowywanym w Urzędzie Stanu Cywilnego w Dukli dość gruntownie zbadał brakującą linię przodków. Czy powróci na Łemkowszczyznę? Pokaże czas. Chciałby - choćby za dwa lata...

PIOTR SUBIK
E-mail: piotrsubik@poczta.onet.pl

Local Links:

Icon Return to Lemko Home Page


Document Information Document URL: http://lemko.org/gazeta/dziennik1.html

Page prepared by Walter Maksimovich
E-mail: walter@lemko.org

Copyright © LV Productions, Ltd.
E-mail: webmaster@lemko.org

Originally Composed: September 20th, 2002
Date last modified: