Poniedziałek, 22 października 2001
Poczta  -  Kartki  -  Wyszukiwarka  -  Czat  -  Forum  -  Pogoda  -  Pomoc
 
Kraj Świat Gospodarka Sport Kultura Nauka Opinie Magazyn Gazeta.pl

Zobacz powiększenie
Stefan Hładyk, przewodniczący Stowarzyszenia Łemków
Fot. Krzysztof Karolczyk / AG


Reportaż Jarosława Kurskiego (19-10-01 17:57)

Łemkowie mówią, że Stefan Hładyk jak Mojżesz wiedzie ich przez meandry procedury administracyjnej. Jeśli jemu NSA przyznał prawo do rodzinnej ziemi zagarniętej w akcji Wisła", to i im przyzna. Reportaż Jarosława Kurskiego

Dymitr Sabatowicz jak tysiące innych Łemków został wypędzony ze swej ojcowizny w ramach akcji "Wisła". Od 50 lat zabiega o zwrot 19-hektarowego gospodarstwa we wsi Długie w Beskidzie Niskim, pod samą słowacką granicą.

Całe przedpołudnie opowiadał mi o decyzjach, dekretach, ustawach, o księgach wieczystych i wyciągach hipotecznych. Teraz jadę z nim tam, gdzie w każdą niedzielę przyjeżdża sam albo z wnukami - do Długiego. I choć Długiego już nie ma, choć zdziczały sady i poprzewracały się cmentarne krzyże, dla Sabatowicza Długie jest i nigdy nie przestanie być. - Tu cerkiew, plebania, tam cmentarz. Tu boisko szkolne. Tędy uciekała nam piłka - pokazuje na porytą przez dziki łąkę.

Na miejscu dawnej kapliczki podhalańscy górale przyjeżdżający tu na wypas zbudowali wsparty o wiekowe lipy pomost załadunkowy dla owiec.

Idziemy główną drogą, przy której gęsto stały domostwa. Wieś w układzie typowej ulicówki liczyła 39 numerów. Sąsiednie Czarne położone wzdłuż tej samej drogi - 48 numerów. Gdy Sabatowicz pokazuje domy, stodoły, obory, jadące wozy i skopcowane siano, gdy nadstawia uszu na porykiwanie krów, poranne cerkiewne dzwony, pianie i gdakanie - ja widzę jedynie dziką śródleśną dolinę i słyszę wiatr.


Dymitrowi śnią się trzy rzeczy

- Będzie z miesiąc, jak przyśniło mi się, że znalazłem trzy rzeczy - opowiada Sabatowicz, stojąc na swojej ziemi w Długim. - O jednej wiedziałem, co to jest, o dwóch pozostałych - nie. Następnego dnia wybraliśmy się tutaj jak zawsze w niedzielę. Modliliśmy się tu, gdzie teraz stoimy - przy krzyżu, który po epidemii cholery postawił pradziadek z wdzięczności za ocalenie w 1888 r. Idę potem na plac, a tu motyka. Nasza stara motyka, ale bez trzonka, bo zgnił po 50 latach. Osadziłem motykę na jakimś kiju i okopuję trawę wokół krzyża. Właśnie tę motykę widziałem w nocy. Nagle coś twardego. Myślę: kamień. Kopię dalej, a to żeliwna ręka Chrystusa, co go ktoś kiedyś wyrwał. Znów kopię. Po chwili druga ręka. Zacząłem ryć wokoło - ale reszty już nie znalazłem. Te dwie rzeczy, których nie znałem, to były ręce Jezusa odbite z krzyża. Wziąłem te ręce i je przykręciłem na amen.

Dziś w Długim, wsi której nie ma, Jezus, którego nie ma na krzyżu, wyciąga ręce ku niebu.

Łemkowie spod Gorlic powiadają, że od czasu, gdy ziścił się sen Sabatowicza, ich sprawy mają się lepiej. Oto Stefan Hładyk z Bielanki koło Gorlic, przewodniczący Zjednoczenia Łemków, wygrał na początku października przed Naczelnym Sądem Administracyjnym w Warszawie sprawę z Lasami Państwowymi. Sąd uznał za nieważną decyzję wydaną w 1951 r. przez Prezydium Powiatowej Rady Narodowej w Gorlicach o przejęciu własności Hładyków na rzecz skarbu państwa.

To pierwsza taka decyzja. I choć w polskim prawie nie ma instytucji precedensu orzeczenie to otwiera na oścież zamknięte przed łemkowską krzywdą przez pięćdziesiąt lat drzwi. Teraz i Sabatowicz dojdzie swego.

Co jeszcze mówią Łemkowie? Że przewodniczący Stefan Hładyk jak Mojżesz pokazał drogę i wiedzie łemkowski lud przez meandry procedury administracyjnej. Dzięki niemu Łemkowie złożyli już 230 wniosków o zwrot mienia zagarniętego w akcji "Wisła". Czekali dziesięć lat. Rozumieją, że zabrał PRL. Nie rozumieją, dlaczego Rzeczpospolita nie oddaje.


A ty, Łemko, kto?

- A, Łemko, to kto? - pytam.

Stefan Hładyk, odpowiada z namysłem: - Ja w domu nigdy nie słyszałem słowa "Łemek". Ojciec uważał się za historycznego Rusina. Mawiano: Rusin, Ruski, Rusnak. Historyczny Rusin to współczesny Ukrainiec. Ale to nie Polacy przezwali nas Łemkami, tylko sąsiednie etniczne grupy ruskie, ze względu na używanie słowa "łem" w znaczeniu "tylko". W PRL, gdy słowo Ukrainiec zaczęło nabierać negatywnego zabarwienia, ludzie poczęli uciekać w "łemkowszczyznę". Bo kto to jest Łemko? Może jakiś lepszy rodzaj Ukraińca? Ale dziś nie chcemy negować tej nazwy, bo byłoby to jak zawracanie górskiego potoku.

- Jak na UB wypełniali protokół, to pytali o narodowość - wspomina Dymitr Łukaczyn z Hańczowej. - Człowiek nie wiedział, co powiedzieć. Powiesz, że Ukrainiec, to będziesz za rezuna i banderowca. Jak powiesz, że Polak, to jeszcze gorzej, bo będziesz Ukrainiec, co się pod Polaka podszywa. Więc mówiłem, że tutejszy - ale wtedy też bili i krzyczeli, żeby się przyznać. Tylko do czego myśmy się mieli przyznać? Nie wiem.

Dla Stefana Hładyka Łemko równa się Rusin, a Rusin równa się Ukrainiec: - Będąc jednym i tym samym Stefanem Hładykiem, nie przestaję być i pierwszym, i drugim, i trzecim.


Lekcja dla Hańczowej

Za ten znak równości Łemkom przyszło zapłacić wysoką cenę. Od 1944 do 1946 roku trwały przesiedlenia Łemków do Związku Radzieckiego na podstawie umowy o wymianie ludności polskiej i ukraińskiej. Na początku przesiedlenia miały charakter dobrowolny. Po wioskach chodzili agitatorzy i opowiadali, że ZSRR to kraina mlekiem i miodem płynąca.

- Ojciec opowiadał - mówi Stefan Hładyk urodzony w 1947 r. - że w Kunkowej Ukraińska Powstańcza Armia w 1946 r. zorganizowała zebranie, na którym namawiali, by nie opuszczać rodzinnych miejscowości i nie wyjeżdżać do Związku Radzieckiego. Ojciec znał ten sowiecki "dobrobyt", bo w 1941 r. był w tamtych stronach. Zabrał głos i odradzał wyjazdy. Ktoś jednak doniósł i trafiliśmy karnie na listę osób przeznaczonych na wywózkę do ZSRR. Na szczęście znalazł się jakiś dobry człowiek, który przyjął łapówkę - cztery kwintale zboża. Zostaliśmy cudem skreśleni.

W sąsiedniej Klimkówce gospodarstwa tych, którzy wyjechali na wschód, zostały spalone przez UPA, by nie zasiedlili ich Polacy. Na wyjazd zgłaszało się coraz mniej chętnych, więc w 1946 r. władze zastosowały przymus. Deportację pobliskiej Wysowej zamieniono w lekcję pokazową dla Hańczowej. Wojsko strzelało nad głowami, ludzi stawiano na postrach pod ścianę. Opornych przykuwano łańcuchami do wozów i w ten sposób prowadzono do Gorlic. Dawano dobre rady: jak pojedziecie "dobrowolnie", to sami wybierzecie sobie miejsce pobytu... Poskutkowało. Połowa Hańczowej wyjechała. W ten sposób w latach 1944-46 do ZSRR z Łemkowszczyzny wyjechało

65 tys. Łemków.


Ule pełne miodu

Najgorsze miało dopiero nadejść, gdy fala wysiedleń w ramach akcji "Wisła" dotarła pod Gorlice.

"Nigda ne zabudu toj smutnoj hodyny

Jak my wychodyły z naszoj Łemkowyny

Bo my wychodyły ne po swojoj woły

Zato mene, zato tak serdenko bołyt"

- pisał Piotr Sabatowicz, ojciec Dymitra, który teraz pożółkłą kartkę składa jak relikwię: - W Długim zaczęło się 9 czerwca 1947 r. wieczorem. Przejechał kapral na koniu przez wieś i ogłosił, że rano będzie przesiedlenie i że mamy być gotowi. Mieliśmy rozrobiony zaczyn na chleb, więc mama piekła go całą noc. Bo to najważniejsze. O 4.30 wkroczyło wojsko.

Dzień później, 11 czerwca, we środę, o świcie w cerkwi w Kunkowej zadzwoniono na trwogę. Matka Stefana Hładyka właśnie wypędzała krowy na pastwisko. Ojciec zaprzęgał konia. - Wojsko wyszło z lasu i nikogo już nie puszczano do domu - opowiada Stefan Hładyk. - Było przed szóstą. Mama jednak wyprosiła zgodę, bo w domu została moja sześciomiesięczna siostra, potem dowódca - poczciwiec jakiś - pozwolił wrócić jeszcze po dobytek. Ale druga część wioski miała mniej szczęścia. Pojechali, jak stali - w jednej koszuli. Gdy wyjeżdżaliśmy, to szabrownicy już szli do wioski. Jedne wozy jechały w jedną stronę, drugie w drugą. Drobny inwentarz pozostał cały. Ziemniaki zasadzone, kopy siana na polu, ule pełne miodu. To, co zostało, wywożono na oczach rodziców.


Ogień nie rusza ikonostasu

- Do Bielanki wojsko przyszło rano - kolbą walą do drzwi, okna rozbijają. Mama krzyczy: "Co wy robicie!?". "A to już i tak nie wasze!". A mama: "To już na śmierć nas bierzecie". A oni: "Półtorej godziny na spakowanie. Na wóz i wynocha" - opowiada Anna Adzyma z Bielanki.

W czasie deportacji w tej właśnie Bielance pojawił się znak, którego mieszkańcy przez lata nie będą w stanie odczytać.

Furmanki z ludźmi, dobytkiem i tobołami stoją przed cerkwią gotowe do wymarszu. Żołnierze pokrzykują. Konie parskają. Bydło porykuje. Dwoje młodych Łemków postanawia wziąć ślub. Byleby zdążyć, byleby u siebie. Bo co będzie - nie wiadomo. Zostawiają na ołtarzu palącą się świecę. Wychodzą, zamykają cerkiew. Po chwili zajmuje się ołtarz. Świątynia zaczyna płonąć. Palą się dwie kopuły. Ludzie zeskakują z wozów, rzucają się gasić i wtedy... cud. Ogień nagle przestaje się rozprzestrzeniać. Nie narusza nawet ikonostasu. Zawsze gdy drewniana cerkiew zaczyna się palić, to dogasa dopiero z pogorzeliskiem. Tymczasem cerkiew pod wezwaniem Matki Boskiej Opiekuńczej nie płonie, choć przed chwilą płonęła.

Dziś cerkiew stoi i służy zgodnie prawosławnym, grekokatolikom i rzymskim katolikom. W 1989 r. powstał założony przez Stefana Hładyka komitet odbudowy cerkwi. Trzy religijne społeczności małej Bielanki wspólnie zrekonstruowały dawne kopuły i polichromie. W niedzielę rano jesienne słońce przebija przez witraże cerkwi, gdy stary Hładyk i trzech jego synów-psalmistów, stojąc przy ikonostasie, śpiewa: "Sława Jezu Chrystu!".


Na rampie w Oświęcimiu

Ludzi z Kunkowej, Bielanki i okolic zapędzono do punktu zbiorczego w sąsiednim Łosiu. Trzymali ich pod gołym niebem, za drutem kolczastym. Pod wieczór się rozpadało i padało przez tydzień. Ludzie mówili, że to góry płaczą.

Potem w Gorlicach dalej pod gołym niebem Łemkowie cztery dni czekali na transport.

Transport z Kunkowej tak jak i inne transporty Łemków trafił na rampę w Oświęcimiu - tę samą, na której hitlerowcy dokonywali selekcji Żydów idących do gazu. W Oświęcimiu UB wygarnęło ośmiu kunkowiaków, w tym cerkiewnego psalmistę, sołtysa, nauczyciela. Zarzut - współpraca z Ukraińską Powstańczą Armią. Tych skierowano pod okryty później ponurą sławą adres: obóz koncentracyjny Jaworzno. Pozostałych kunkowiaków rozdzielono i wymieszano z rodzinami z innych miejscowości. Nikt nikogo nie znał. Wszyscy się bali. Dokąd wiozą? Nie wiadomo.

Hładyk opowiada: - Bydło stało siedem dni w wagonach. Ryczało z głodu. Maszynista, widząc tę niedolę, zatrzymywał pociąg przy świeżo skoszonych łąkach. Nasi brali siano, ale wówczas miejscowi ludzie z widłami biegli bronić swego, bo "ukraińscy bandyci kradną". Kogoś omal nie zlinczowano.

Dymitr Sabatowicz: - Gdy nas pędzili do Jasła, jedna dobra Polka dała nam napoić bydło i powiedziała: "Za I wojny Łemkowie uciekali przed Austriakami, ale wrócili, tak i wy tutaj wrócicie". W Jaśle podstawili węglarki. W Oświęcimiu na rampie kazali się rozbierać. Zaglądali pod pachy, czy ktoś tatuażu nie ma, czy aby nie esesman. Jak dotarliśmy do Braniewa, tośmy się cieszyli, że to Polska, bo ludzie już myśleli, że do Rosji wiozą.

Hładyków - ludzi gór - rzucono w bagna noteckie do Starego Kurowa w powiecie Strzelce Krajeńskie. Pierwsze noce spędzili, koczując pod dębem.

Polscy repatrianci gospodarstwa otrzymywali z nadania, Hładyk usłyszał na UB - "Ty Ukraińcu, sk..., gospodarstwa nie dostaniesz" - i musiał swoją ruinę wykupić. Gdy w 1947 okradziono mleczarnię w Górecku, głównym podejrzanym od razu został Hładyk, bo "przecież to mógł zrobić tylko Ukrainiec". Na UB spędził dwa tygodnie, dopóki nie wydało się, że mleczarnię okradł ormowiec.


*

Wiosną 1956 r. Ochab został I sekretarzem, polityczne lody puściły.

- Ojciec pojechał do Kunkowej na rozeznanie - opowiada Stefan Hładyk. - Potem wyjednał zgodę miejscowych władz i aktywu partyjnego na osiedlenie.

W tym samym czasie do Długiego przyjeżdża z Braniewa Piotr Sabatowicz - ojciec Dymitra. Wieś, której grunty przejął PGR, jest już kompletnie wyludniona i splądrowana, a jego dom do połowy w ruinie. Krowy pasą się na cmentarzu, nie ma cerkwi, którą w ramach czynu partyjnego rozebrano na stodołę PGR w Jesionce.

Administracja zezwala Sabatowiczom na osiedlenie w sąsiedniej Radocynie albo Wołowcu, ale tam nie ma żadnego wolnego gospodarstwa. Wracają więc do Braniewa.

- Ojciec bez żadnego żalu zdał na skarb państwa gospodarstwo w Kurowie nad Notecią - opowiada Stefan Hładyk. - Mieliśmy osiem hektarów, ale ojciec nie był emocjonalnie związany z tą ziemią. Powiedział im tak: "Jak ukradłeś, złodzieju, krowę, to bierz i cielaka". W domu ciągle mówiliśmy o powrocie. Tu był raj utracony - Hładyk wskazuje na góry. - Dlatego byliśmy już na Wigilię 1956 r., przyjechaliśmy z całym dobytkiem i nadzieją.

Całą Kunkową zajęli Pogórzanie z Zarzecza - Lachy Sądeckie. Polscy koloniści często osiedlani byli w poukraińskich wsiach pod przymusem. Grożono im, że jeśli nie osiądą we wskazanym miejscu, zostaną deportowani na ziemie odzyskane.

- Trzeba powiedzieć, że Lachy Sądeckie to ludzie honoru. Osadnicy przyjmowali Łemków do siebie, a z czasem na drodze polubownej odstąpili nam gospodarstwa - opowiada Hładyk. - Oni - tak jak my na zachodzie - też nie czuli się u siebie. Potem część wyjechała, część się pobudowała. Ale my nie mieliśmy szczęścia. Na naszym gospodarstwie osiadł aktywista ormowiec z Ropy. Dawał nadzieję, że "jakoś się dogadamy". Ojciec chciał odkupić gospodarstwo - nawet zadatkował. Ale ormowiec nie cieszył się dobrą opinią w rodzinnej miejscowości - gdy tamtejsi ludzie dowiedzieli się, że ma wrócić, spalili dom, który zamierzał tam kupić. I tak zaczęła się nasza tułaczka.

W tym czasie Kunkową wstrząsnęła tragedia. Chłopak z rodziny polskiego osadnika z Kunkowej służył w wojsku. Podczas wydarzeń poznańskich w czerwcu 1956 odmówił strzelania do cywilów. Groził mu sąd, więc zdezerterował z bronią i ukrył się opodal wsi na górze Kopa. Nocą donoszono mu ukradkiem jedzenie. Nie wiadomo, w jaki sposób aktywista ormowiec coś zwęszył i zawiadomił UB. Zrobili obławę i chłopaka zastrzelili. - Dowódca tej akcji jeszcze dwa lata temu był dyrektorem szkoły i uczył w Uściu Gorlickim historii Polski - mówi Hładyk.

Zamieszkali kątem u sąsiadów, w starej łemkowskiej chyży krytej gontem. - Jedna wielka izba, pośrodku piec - ciągnie Hładyk. - Dwie rodziny na kupie - razem 12 osób. Mama, która przed wojną miała pomoc domową, teraz sama pracowała jako wyrobnica. Wóz tu, krowy tam, koń stał dwie zimy w jakiejś prowizorycznej szopie. Mieliśmy tymczasowego nadziału wszystkiego półtora hektara. To nie była gospodarka. Zaproponowano ojcu gospodarstwo po wysiedlonych Łemkach w Nowicy. Ojciec powiedział, że na cudze nie pójdzie. Potem mówili: "Buduj się". Ale działkę pod budowę wyznaczyli dokładnie naprzeciw naszego domu. Ojciec na to: "Czy ja mam co dzień patrzyć na swoją krzywdę?". W końcu po czterech latach, w 1960 r., poddał się. Za trudno było nam żyć w Kunkowej - kątem u ludzi, bez ziemi. Podjął dramatyczną decyzję. Sprzedał cały dobytek i z jednym tobołkiem i łzami w oczach pojechaliśmy na Śląsk do Rybnika. Spędziłem tam trzydzieści lat. Koło Pszczyny pobudowałem dom - ale nie zapuściłem tam korzeni. Ojciec mówił, żebyśmy się nie wiązali z obczyzną, bo wrócimy na swoje.


Jak mam dzieci wołać?

- Pracowałem w kopalni. Cały czas starałem się o odzyskanie ojcowizny - ciągnie Hładyk. - Osadnikowi ormowcowi chciałem kupić inne gospodarstwo, w lepszym miejscu, ale się nie zgodził. Jeździłem z ojcem do Kunkowej. Obeszliśmy wszystko ze trzy razy. Wprowadził mnie w stan posiadania, co do metra kwadratowego. Babka zmarła w 1972 - ojciec pochował ją w Kunkowej. Ojciec zmarł w kwietniu 1986 - i ja pochowałem go w Kunkowej. Ale nadal mieszkaliśmy w Pszczynie. I wtedy stało się coś, co zmieniło nasze życie. Niby nic. Dzieci bawiły się w ogrodzie. Chciałem je zawołać. I nagle głos zamarł mi w gardle. Czy mam je wołać po swojemu - po rusińsku - czy po polsku? Wróciłem do domu. I pytam żony, czy mam tłamsić w sobie to, co jest mi najdroższe, czy do końca życia mam być w konspiracji? Z drugiej strony byłem pomny doświadczeń z dzieciństwa, gdy dostawałem kamieniami za ukraińskość. I wtedy zapadła decyzja: sprzedajemy dom, porzucamy Pszczynę, Śląsk. Wracamy.

Wrócili na Łemkowszczyznę w 1988 r., do gospodarstwa żony, do Bielanki opodal Kunkowej, gdzie mieszkali jeszcze jej rodzice. Obok domu teściów Stefan Hładyk pobudował nowy dom. Wtedy, w wieku 41 lat, spełnił swe marzenie. Zawsze chciał być rolnikiem. Teraz uprawia kilkunastohektarowe gospodarstwo.

- Osadnik w Kunkowej - ormowiec - zmarł, ale mieszkał tam jego syn, z którym chodziłem do szkoły - mówi Hładyk. Mówię do niego tak: "Jak się naszym rodzicom nie udało, to my się dogadajmy". Odpowiedział: "Jak będę to sprzedawał, to wiedz, że cudzym nie sprzedam - będziesz pierwszy". I dotrzymał słowa. W 1991 r. nabyliśmy Kunkową. Mieszka tam brat. Z 16,59 ha, jakie mieliśmy po wojnie, zostało siedlisko i 2,68 ha. Reszta po licznych przekształceniach własnościowych jest we władaniu innych gospodarzy. Hładyk nie zamierza się o nią starać.


Hładyk obala akcję "Wisła"

Spośród 160 tys. przesiedlonych na Łemkowszczyznę wróciło ok. 10 tys., w większości po 1956 r. Po 1989 r. Zjednoczenie Łemków starało się nagłaśniać sprawę zadośćuczynienia krzywdom wysiedlonych w akcji "Wisła". Łemkowie pisali petycje, zbierali podpisy na łemkowskiej watrze.

Ale że III RP nie śpieszyła się z reprywatyzacją, to dlaczego miałaby się śpieszyć z naprawianiem krzywd Łemków. Stefan Hładyk postanowił ugryźć sprawę z innej strony - zbadać zgodność wywłaszczeń z obowiązującym wówczas prawem. Rezultaty przekroczyły najśmielsze oczekiwania.

Łemkowie sądzili, że to sam dekret z 1949 r. przejmuje z mocy prawa ich własność, tymczasem Hładyk już w 1991 r. wykazał, że nie był to dekret nacjonalizacyjny, to znaczy, że do wywłaszczenia potrzebna była osobna decyzja. A decyzję, jeśli w ogóle wydano, to w sposób wadliwy prawnie. I tego właśnie dowiódł Hładyk. Prawdopodobnie na terenach objętych akcją "Wisła" nie ma choćby jednej decyzji o przejęciu mienia Łemków, która byłaby wydana zgodnie z wymogami bierutowskiego dekretu. Wszystkie zawierały wady prawne, bo pisane były na jedno kopyto. Okazało się, że dziś największym sprzymierzeńcem Łemków stała się ignorancja i bałagan w komunistycznych urzędach.

Największa perfidia wszystkich decyzji o przejęciu łemkowskiej ojcowizny tkwiła w ich uzasadnieniu. Otóż stwierdzono, że z uwagi na "nieznane miejsce pobytu właścicieli" przejmuje się ich własność. Tymczasem już w 1946 r. władze opracowały akcję "Wisła" z rozpisaniem, gdzie która rodzina ma być przesiedlona, a Państwowy Urząd Repatriacyjny prowadził dokładną ewidencję.

- Chodziło mi o wykazanie bezprawności całej akcji "Wisła" i to mi się udało - mówi Hładyk. - W Polsce skrzywdzono nie tylko Łemków - przyznaje. - Majątki potracili ziemianie, kułacy, fabrykanci, aptekarze, młynarze, rzemieślnicy, przesiedleńcy zza Buga, ale my możemy teraz skutecznie dochodzić swych praw, mimo że nadal nie ma ustawy reprywatyzacyjnej.

W ubiegłym roku wojewoda małopolski wydał korzystną dla Hładyka decyzję. - Leciałem do domu jak na skrzydłach - wspomina Hładyk. - Mówię synom: "Oddali, oddali!". A jeden z nich na to: "Ojciec, co oni mogli oddać, jak to nigdy nie przestało być nasze!". I wtedy pojąłem, że jeśli nie udałoby mi się odzyskać Kunkowej, to udałoby się to moim synom.


Chcemy lasów od państwa

Gdy Dymitr Sabatowicz z Długiego - za namową i wsparciem Hładyka jako przewodniczącego Zjednoczenia Łemków - rozpoczął peregrynację po urzędach i księgach wieczystych, okazało się, że jego własność przejęto prawem kaduka, bo Prezydium Powiatowej Rady Narodowej nie wydało w ogóle żadnego orzeczenia - nawet wadliwego - o przejęciu jego ziemi przez skarb państwa. Sabatowicz tym samym nigdy nie przestał być właścicielem swojej ziemi. Dziś mieszka w sąsiednich Siarach, ale odzyskaną ziemię chciałby przekazać wnukom.

Co wynika z obalenia podstaw prawnych wywłaszczeń z akcji "Wisła"?

Łemkowie w uchwałach dwóch zjazdów swego zjednoczenia zapowiadają, że domagać się będą zwrotu w naturze lub rekompensaty za dobra będące we władaniu skarbu państwa, na przykład Lasów Państwowych. - Możemy teraz skutecznie dochodzić swych praw bez ustawy reprywatyzacyjnej - mówi Stefan Hładyk. Ale nie będą wnosić o zwrot mienia w stosunku do osób fizycznych, które nabyły ich grunty.

- Podchodzi dziś do mnie w Łosiu osadnik Lach Sądecki i gratuluje mi, że wreszcie sprawiedliwości stało się zadość - mówi Stefan Hładyk. - Ale pyta, czy teraz będą im ziemię zabierać. "Bądźcie spokojni, was ruszać nie będą" - odpowiadam. Moja ojcowizna jest rozdzielona w większości między innych Łemków. Gdybym teraz zaczął starania o zwrot, to krzywdom nie byłoby końca, a młyn wzajemnej niechęci nie przestawałby się kręcić.

Podobnie uważa Dymitr Łukaczyn, który w 1967 r. odkupił swój własny dom w Hańczowej od osadnika. Łukaczyn nie spodziewa się masowego powrotu Łemków na ojcowiznę. - Kto chciał wrócić, już dawno wrócił - powiada. - Do Hańczowej na 70 wysiedlonych rodzin wróciło ok. 30. I teraz nikt nikogo wyrzucać nie będzie. Moje roszczenia dotyczą Lasów Państwowych. O zwrot 6 ha lasu pisaliśmy w 1981 r., jak była "Solidarność". Gdzie tam. Powiat odrzucił, wojewoda odrzucił, w ministerstwie odrzucono. Jeśliby przyszło się starać, chociażby w Strasburgu, to ja tego nie popuszczę. Jak ja nie zdążę, to synowie zdążą, a jak nie oni, to wnukowie. Mówią, że to komuna wzięła. Skoro tak, to dlaczego wolna Polska nie oddaje?


Każą oddawać - oddam!

Kazimierz Żegleń jest nadleśniczym w Łosiach. Mówi od razu, że problem jest ogólnokrajowy i dotyczy kilkunastu tysięcy hektarów: - Niech generalna dyrekcja się wypowiada. To nie leśnicy Łemkom zabrali lasy, ale prezydium powiatowej rady narodowej. Zabrali nie tylko Łemkom, ale i Żydom, i ziemiaństwu, i przekazali w administrację Lasom Państwowym. My się nie poczuwamy, byśmy komukolwiek z tego tytułu zrobili jakąkolwiek krzywdę. W przypadku nadleśnictwa Łosie trzeba by oddać od 600 do 800 ha. Dla nadleśnictwa, które ma 17,5 tys., nie ma to żadnego znaczenia. Chociaż naprawienie krzywd Łemkom stworzy pewien kłopot w uporządkowaniu powierzchni leśnej. Znów pojawią się prywatne enklawy w zwartej strukturze lasu. Wiele z tych gruntów myśmy sami zalesili - zainwestowali pracę i pieniądze. Kto nam to zwróci? Ale ja braci Łemków rozumiem. Stała im się olbrzymia krzywda. Jestem tu nadleśniczym od

26 lat i nigdy żadnych konfliktów z Łemkami nie miałem. Szanujemy się. Połowa mojej załogi to Łemkowie - leśniczowie, podleśniczowie, księgowa. Ale jako urzędnik państwowy muszę wykonywać decyzje sądów i administracji. Będzie decyzja zwracać - będę zwracał. Decyzja będzie nie zwracać - nie dam.

Gdzie jest skarbonka jefrona?

Dziś w nieistniejącej wsi Długie pojawił się jeszcze jeden znak. A ze znakami na Łemkowinie nie wiadomo, czy one dobre, czy może złe.

Przed wojną po łemkowskich wsiach chodził jefron, dziad. Dziad był instytucją życia publicznego, przynosił wieści i zdobywał wieści, które niósł dalej. Cieszył się szacunkiem, podejmowano go w domach. Dziad dostawał dziadowe, w każdej wiosce przy kaplicy miał swoją skarbonkę. Tak było i w Długim.

Choć wsi nie ma od 1947 r., choć dziada nie ma, to jednak skarbonka jefrona - na znak obecności nieobecnego - była. Aż do października 2001 r. Gdyśmy przechodzili koło kapliczki, Dymitr Sabatowicz aż jęknął: - Hospody, pomyłuj! Ktoś ukradł skarbonkę jefrona! Na co komu skarbonka jefrona?

Może niedługo Sabatowicz postawi skarbonkę na własnej ziemi i wrzuci grosz, a dziad poniesie nowinę, że na Łemkowinie Łemki lasy odzyskują.


Jak Stefan Hładyk obalił skutki prawne akcji "Wisła"

Łemkowie na mocy dekretu z 1947 r. przymusowo przesiedleni w ramach akcji "Wisła". W dwa lata później w lipcu 1949 r. władze PRL wydają dekret o przejęciu przez skarb państwa opuszczonych przez nich nieruchomości. Ale by państwo mogło przejąć nieruchomość, potrzebna jest decyzja Prezydium Powiatowej Rady Narodowej.

W precedensowej sprawie Hładyków decyzja o przejęciu ich własności wydana zostaje dopiero 15 lipca 1954 r., czyli w siedem lat po przesiedleniu, i to w sposób wadliwy prawnie. Dekret wymagał, by decyzje wydawać indywidualnie dla każdego z gospodarstw, po uprzednim oszacowaniu jego wielkości i wartości. Tymczasem w sprawie Hładyków oszacowano jedynie - z lenistwa zapewne i poczucia kompletnej bezkarności - wielkość i majątek całej wsi. Tym samym nikt nie dokonał wymaganej dekretem wyceny zajętych gruntów poszczególnych rolników. Tą samą wadą prawną obciążona jest większość decyzji o przejęciu mienia 150 tys. Łemków wysiedlonych w wyniku akcji "Wisła".

Ten właśnie argument podnosił Stefan Hładyk we wniosku do wojewody małopolskiego o uznanie za nieważną decyzji z 1954 r.

Wojewoda przyznał Hładykowi rację, ale Lasy Państwowe, które musiałyby zwrócić Łemkowi 7 ha lasu - odwołały się do ministra rolnictwa. Na próżno. Minister także poparł żądania Hładyka. Lasy odwołały się więc do Naczelnego Sądu Administracyjnego w Warszawie i znów przegrały. Sąd argumenty Łemka uznał za zasadne.

To orzeczenie sądu to precedens na skalę całej akcji "Wisła".




Inne reportaże




Gazeta Wyborcza:  Kraj • Świat • Gospodarka • Sport • Kultura • Nauka • Opinie • Fotografie • Świąteczna • Magazyn • Reportaż • Wysokie Obcasy • Na Plażę

Serwisy:  Auto-Moto • Czas wolny • Dom i Nieruchomości • Edukacja • Film • Kobieta • Komputery • Książki • Kuchnia • Muzyka • TV • Turystyka • Zdrowie

Praca i Pieniądze:  Biznes • Giełda • Moje Pieniądze • Praca • Waluty    Ogłoszenia i Usługi:  Adresy • Bazy Danych • Ogłoszenia

Twój Internet:  Poczta • Kartki • Znajdź! • Katalog • Wyszukiwarka • Czat • Forum • Radio • Gry Online • Gadżety • Pogoda


Gazeta WyborczaCopyright © AGORA S.A.Ochrona prywatności i warunki użytkowania serwisuOgłoszenia u nasReklama u nasPomoc